Żywotów świętych przez prof. Zbigniewa Mikołejkę poprawianie

Na lekcji religii w zamierzchłej podstawówce koleżanka wygłosiła kontrowersyjny – mnie przynajmniej się wtedy taki wydał – pogląd na temat świętości. Na pytanie katechetki, czy pragniemy zostać świętymi, ona jedna odparła, że nie. Czemuż to? Bo nie uśmiecha jej się los gipsowej figurynki albo obrazka. Istotną głębię tej myśli pojąłem dopiero wiele lat później. Kultura, w tym chrześcijańska – może ta szczególnie – od wieków serwuje nam opowieści o cudach i otoczonych aurą świętości cukierkowych bohaterach, którzy niby cierpią, chorują i bywają prześladowani, lecz na koniec zawsze wychodzą z opresji piękni i świetliści, budząc w nas nadzieję.

Ten problem zawsze miałem z Chrystusem. Prześledziłem na przykład sporo filmów o nim, starając się wychwytywać, gdzie przedstawiono go jako człowieka z krwi, a gdzie jako słodką kukiełkę w czyściutkiej szacie i z równo przystrzyżoną brodą, przemierzającą Palestynę i klepiącą beznamiętnie formułki przypisywane mu w ewangeliach. Zawsze chodziło mi o to, by pod warstwą poloru pokazał się człowiek w całym obnażeniu, człowiek jak brocząca rana, jak dygotliwy liść na wichurze dziejów. Ale rozumiałem też chęć wyparcia. Rozumiałem, że zarówno świadkowie, jak i późniejsi wyznawcy zgonu Jezusa woleli pamiętać nagły mrok i trzęsienia ziemi, zamiast odoru krwi, potu i fekaliów, które być może pociekły mu po nogach.

Dywagacje powyższe powtórnie mnie nawiedziły w trakcie lektury książki prof. Zbigniewa Mikołejki „Żywoty świętych poprawione”. W pomieszczonych tam szkicach o kilkunastu polskich świętych zamierzył dokładnie to samo, co i mnie się marzyło – przebić mitologię, dotrzeć do ludzkiego oblicza.

Obietnice, jakie składa ów religioznawca, zawsze chętny służyć mediom wnikliwą i na ogół niepochlebną dla Kościoła analizą, zaiste pobudziły mój apetyt. „Nie stanowi ona (książka – przyp. mój) jednak po prostu kolekcji żywotów – pisze Mikołejko we wstępie – lecz – w krytycznym spojrzeniu współczesnym, ocierającym się być może niekiedy o blasfemię czy libertynizm – próbuje odsłonić świętość jako radykalne wydarzenie antropologiczne: jako dramat człowieka, jako dramat jego duszy i ciała, gęsty nieraz od porażających wypadków i paradoksów, od niebywałych zdarzeń i dziejowych zawikłań, które trwają i całe stulecia”. Ten projekt autor realizuje, poczynając od św. Wojciecha, aż po św. Faustynę Kowalską. I robi to – dodatkowy atut jego pracy – w przepięknym, barokowym stylu. Czy jednak rzeczywiście gorszy, bluźni? Czy spełnia swe, trącące z lekka sensacją, zapowiedzi?

I tak, i nie. Jego strategia – tak jak ja ją pojmuje – nie polega na dezawuowaniu potocznie znanych faktów bądź ujawnianiu nowych, szokujących, które by potwierdzoną kanonicznie czystość opisywanych osób stawiały pod znakiem zapytania. Tak przynajmniej mniemam, nie będąc przecież zawodowym historykiem. Tu zamysł jest – jak sam Mikołejko sygnalizuje we wprowadzeniu – czysto interpretacyjny. Coś z grubsza oswojonego, skodyfikowanego, chce on pokazać w innym świetle. Wszak wiedza, którą w tym celu się posługuje, nie jest zakazana i kto ma potrzebę, może po nią sięgnąć.

Mikołejko mówi nam mianowicie, że w procesach duchowych, jakkolwiek by się do nich nie ustosunkowywać z punktu widzenia wiary, nie do przecenienia jest czynnik ludzki. Rolę gra tu i polityka, i ideologia, a nawet wpływy geograficzne. Kościół aż do XI wieku nader hojnie szafował kanonizacyjną tytulaturą i bynajmniej nie czynił tego jedynie z pobudek wysokich. A i gdy łatwość wynoszenia na ołtarze została ukrócona, gdy stopniowo zaczęły wyłaniać się i krzepnąć odpowiednie przepisy, też – nie oszukujmy się – papieże i powoływane przez nich gremia nie mieli na uwadze wyłącznie troski o zgodność ziemskich ksiąg z boskim planem. To samo ze szkicowanymi przez Mikołejkę portretami poszczególnych świętych – nie da się ich doświadczeń wyabstrahować z kontekstu społecznego i kulturowego. Byli niewątpliwie dziećmi swoich czasów, żyli i formowali się w zdefiniowanych przez nie warunkach. O tym – ostrzega filozof, całkiem skądinąd słusznie – łatwo zapomnieć, gdy wkracza mitotwórcza machina.

Czy właśnie tym pragnął profesor zburzyć dumę statystycznego Polaka katolika? Czy mam za blasfemię uznać odczytanie męczeńskiej śmierci św. Wojciecha jako mordu założycielskiego polskiego Kościoła? Jakoś nie wydaje mi się. Statystyczny Polak katolik może zgrzyta zębami – ja z pewnością nie.

Jak już zastrzegłem, w zasięgu moich możliwości absolutnie nie leży rozprawa z warsztatem badawczym autora ani z wynikami jego kwerendy na poziomie tzw. nagich faktów. A co do jego linii interpretacyjnej – cóż, przy całej finezji przedstawienia bez dwóch zdań wynoszącej Mikołejkę lata świetlne ponad tępą antyklerykalną publicystykę takich tuzów jak Magdalena Środa czy Jan Hartman, nie wydaje mi się ona jakoś wybitnie odkrywcza. Rzec, iż Kościół to ciało upolitycznione, uwikłane w przestrzeń i czas, to – przepraszam – nie rzec nic. To raczej takie droczenie się, wymachiwanie płachtą.

Ale trucizna tam jest – jest, a jakże! Tyle że znacznie przemyślniej zaimplementowana i nie dająca oznak wprost. Jej objawy w pełni stały się dla mnie jasne dopiero pod koniec książki, przy próbach rewizji żywotów św. Maksymiliana Marii-Kolbego i św. Faustyny. Mikołejko tam dopiero się przede mną zdradził. Odsłonił, że kierują nim raczej animozje aniżeli pęd ku krytycznemu przeryciu się przez warstwy masek i dekoracji.

Jako niehistoryk mam intuicyjne poczucie, że eseje o świętych ze średniowiecza są zrobione naprawdę przyzwoicie. Skrupulatnie naszkicowane tło, wsparta na źródłach demitologizacja tego, co odkłamać należy. Jednak im bliżej naszych czasów, tym wyraźniej widać, jak do głosu dochodzi emocjonalny stosunek. Mikołejko coraz chętniej popuszcza wodzę ironii, nie kryjąc się z tym, kogo lubi, a kto wydaje mu się śmieszny, zacofany, może i po prostu chory psychicznie. Szacunkiem darzy Alberta Chmielowskiego, uprzednio jednak nie odmówiwszy sobie garści kpin z misyjnych zakusów Stanisława Kostki. Dwa ostatnie portrety pozbawiają złudzeń.

Tutaj z kolei pewnie moje emocje dają o sobie znać. Emocje, ale i – nie będę krył – wiedza. Że według mnie życiorysy Kolbego i Kowalskiej – ale i Chmielowskiego, tak, jego też – są niechlujne, na kolanie jakby sporządzane, to już furda.

Rozdział o św. Faustynie to jedynie skorowidz dat z rzadka przetykanych pochrząkiwaniami, z których w pamięci zostaje głównie to, że w rzeczywistości była ruda, piegowata i nijak nie pasowała do niepokojącej urody grającej ją w biograficznym filmie Doroty Segdy. O Kolbem pisze Mikołejko, że cała jego działalność w Niepokalanowie skierowana była przeciw prądom ateistycznym, ale nie chce mu przejść przez krtań słowo „masoneria”. Nie uznaje za stosowne choćby zająknąć się o fundamentalnym fakcie dla biografii przyszłego męczennika, jakim był widziany przez niego w Rzymie pochód masonów palących kukłę papieża, co było impulsem do stworzenia Milicji Niepokalanej – to, a nie jakaś enigmatyczna „medytacja” w kaplicy.

Z Faustyny zrobił zwykłą wariatkę z kompleksem Chrystusa. O orzeczeniu psychiatry, że jest zdrowa, jak też o tym, że badanie zalecił ks. Michał Sopoćko, jej sceptyczny spowiednik, też nic nie znajdziemy. Nie pasowało do z góry założonej tezy? A może to ja się czepiam? Może. O ile jednak zarzut o niechlujstwo da się obalić moją nadgorliwością, odmiennym widzeniem powiązań faktograficznych, o tyle przy tym, iż właśnie owe dwa rozdziały obnażają intencje, które w mniej lub bardziej zawoalowanej postaci przewijały się przez całą książkę, będę się upierał.

Przez wysiłek Mikołejki prześwieca naczelna idea, że ludzie, których ze swych inteligenckich wyżyn raczył wziąć pod lupę, byli prymitywni, duchowo płytcy, niewyrobieni. Domaganie się jakichś niesamowitych intelektualnych głębin w wierze i notoryczne oskarżanie Polaków o ich rzekomy brak, przeciwstawianie ich ludowej pobożności, jakby to się wzajem wykluczało, jest niezwykle charakterystyczne dla pewnego od dawna usankcjonowanego w naszym kraju typu refleksji o Kościele. I to właśnie dorzucenie doń kolejnej cegiełki, a nie żadne bluźnienie i dekonstrukcja posągów, stanowi – w moim odbiorze – prawdziwy cel profesora. Jest lepszy i gorszy Kościół – mówi nam uczony.

„Nie wiem – wyraża powątpiewanie co do uroczystości kanonizacyjnych św. Faustyny – czy pośród tysięcznych tłumów zgromadzonych wówczas na rzymskim placu i przed sanktuarium w krakowskich Łagiewnikach dobrze słychać było znajomy jej szmer łaski.” Ja myślę, panie profesorze, że jednak pan wie, że już pan wydał wyrok.

Polecam również