Życie pisze najlepsze scenariusze

Pewnego niedzielnego popołudnia mniej więcej w połowie listopada 2016 roku siedziałem w prawie pustej salce projekcyjnej niedużego, ale bardzo przyjemnego kina Mikroklimat w miejscowości Mrozy. Nazwa – kina, nie miejscowości – była adekwatna do jego atmosfery, stanowiącej połączenie nowoczesności z prowincjonalnym retro. Działało przy tamtejszym Gminnym Centrum Kultury i od dobrych kilku lat ratowało honor powiatu w kwestii dostępu ludności do aktualnych wytworów dziesiątej muzy. Nowe tytuły pojawiały się w nim zazwyczaj tydzień, góra dwa po premierze.

Określenie „prawie pusta” odnosi się w tym konkretnym przypadku nie tyle do nadmiaru wolnych foteli, co raczej obrazuje kontrast z dwoma poprzednimi seansami, na których zdarzyło mi się tutaj być. Oba przyciągnęły naprawdę sporą publiczność. Czemu nie należy się dziwić, zważywszy że były to filmy głośne i szeroko dyskutowane, zanim jeszcze trafiły na ekrany. Ten trzeci przemknął jakby nieco w cieniu.

Byłem jedynym widzem w moim rzędzie. W kilku przede mną i co najmniej jednym za mną nie siedział nikt. Uznałem to za atut. Gdyby tylko było to możliwe, najchętniej zawsze chodziłbym na filmy do pustych kin. Samo w sobie jest to zresztą niezwykle filmowe. Pamiętacie finałową scenę „W paszczy szaleństwa”? Tę, w której Trent po ucieczce ze zdemolowanego szpitala psychiatrycznego udaje się do opuszczonego kina i z kubłem popcornu, zaśmiewając się opętańczo, ogląda adaptację najnowszej bestsellerowej powieści Suttera Cane’a? Pomijając lovecraftowskie kreatury i zabawy z rozmywaniem granic między rzeczywistością a fikcją, taki scenariusz bardzo by mi pasował.

Seans trwał już od jakiegoś czasu, gdy nagle zdałem sobie sprawę z kilku rzeczy. Przede wszystkim z tego, że tej jesieni odwiedziłem kino więcej razy niż w przeciągu ostatnich kilkunastu lat. Częściowo należało to przypisać tak zwanym obiektywnym trudnościom komunikacyjnym. Po prostu nie zawsze się chce taszczyć tyłek do pociągu, gdy w perspektywie masz świadomość, że jeżeli na jakimś tytule naprawdę ci zależy, niebawem pojawi się na DVD lub online. Po drugie – filmy, jakie dotąd obejrzałem w Mikroklimacie, były produkcji polskiej. Zresztą kolejne, na które ostrzyłem sobie zęby w najbliższych miesiącach, też.

Wreszcie po trzecie i najważniejsze: wszystkie, absolutnie wszystkie, były oparte na faktach. Nie dobierałem ich specjalnie według tego klucza. Po prostu tak się złożyło, że interesowały mnie stojące za nimi autentyczne historie. Nie fabuła, nie aktorzy czy reżyser – no dobrze, w jednym wypadku może trochę – lecz właśnie stanowiące inspirację ich scenariuszy prawdziwe zdarzenia i sposób, w jaki zostały przetransponowane na język fikcji.

Kiedy później w pociągu powrotnym głębiej się nad tym zastanowiłem, doszedłem do przekonania, iż jest to niezwykle znamienne w kontekście trendu, jakim jest nasilająca się od kilkunastu lat moda na szeroko rozumiane nonfiction. Oczywiście głównie w literaturze, choć w filmie także. Filmowe dokumenty już od dawna nie są jedynie nudnymi rozprawkami na zadany temat, lecz stojącymi na wysokim artystycznym poziomie dziełami, które mogą bez kompleksów konkurować z płodami nawet najbardziej szalonej wyobraźni.

Oczywiście filmy, o jakich tutaj mówię, nie należą do tej kategorii. Poza jednym, który swój początek ma właśnie w dokumencie przerobionym następnie przez reżysera na pełnoprawną fabułę. Ale o tym przy innej okazji. Idzie mi po prostu o naszkicowanie pewnego klimatu na tzw. opowieści z życia wzięte. Nawiasem mówiąc, kiedy zacząłem ten temat zgłębiać, doznałem szoku, jak wiele filmów, które dotąd uważałem za wytwór czystej fikcji, ma gdzieś w tle rzeczywiste wydarzenia.

Czasem jest to faktyczna adaptacja z prawdziwymi lub lekko zmodyfikowanymi imionami postaci i nazwami miejsc. Czasem jedynie swobodna interpretacja czy luźny zarys. A bywają i takie wypadki, gdy rzeczywistość miesza się z fikcją, by uzyskać lepszy efekt dramatyczny i poczucie większego realizmu.

Osobna kwestia, że mający stanowić wabik napis „oparte na faktach” lub struktura filmu sugerująca, że mamy do czynienia z rekonstrukcją prawdziwych wydarzeń, to często po prostu naciągany chwyt. Choć bywa, że przeradza się on w kulturowy fenomen, jak w przypadku „Blair Witch Project”. Co i tak nie zmienia faktu, że na ogół działa. Do tego w obie strony, bo przecież rewersem kina bazującego na rzeczywistości jest cały, rozwijający się nadzwyczaj dynamicznie, nurt „found footage” i paradokumentów. Jasne, że przeważnie są to produkty mocno paździerzowe technicznie, żenujące fabularnie i kiepsko zagrane, ale choćbyśmy nie wiem jak wyśmiewali wszystkie mięsne jeże, jest to niepodważalny dowód, że „z życia wzięte” rządzi.

Nie zamierzam przesadnie teoretyzować, czemu tak się dzieje. Może po prostu wiedza, że jakiś film czy powieść powstały w oparciu o prawdziwe wydarzenia, pozwala nam lepiej odnieść je do własnego życia, nawet jeśli wydają się całkiem od niego odległe, osadzone w zupełnie dla nas egzotycznych dekoracjach i okolicznościach. Twórcy być może sięgają po ten sztafaż z lenistwa albo z niedostatku wyobraźni. A może życie naprawdę pisze najlepsze scenariusze.

W tym momencie ktoś oburzony może rąbnąć pięścią w stół. Zaraz, jakie życie? Jaki scenariusz? Co ty w ogóle, Króliczku, tutaj gadasz! Przecież każda forma sztuki jest zmyśleniem. W każdym reportażu znajdziesz elementy fikcji, a w każdej fikcji rzekomo opierającej się na faktach – od metra przekoloryzowań. Czyż Kapuściński nie wydłużał traw? Czy nie zrobił z Hajle Selasje despotycznego idioty, podczas gdy wielu historyków twierdzi, że był całkiem inteligentny? A wykreowany przez Mela Gibsona harlequinowy William Wallace – czy aby nie był totalną bujdą, mającą z prawdziwym przywódcą szkockiej rebelii tyle wspólnego co śledź z batonem mars?

Zgoda, tylko że to są zagadnienia warsztatowe. Życie przy całym swym bogactwie i różnorodności jest szalenie chaotyczne, niezborne. Sztuka je porządkuje, czyni strawnym dla widza lub czytelnika. Weźmy „Ostatnią rodzinę” – film bezsprzecznie oparty na życiu Zdzisława Beksińskiego i jego bliskich. Ponieważ Beksiński miał obsesję dokumentowania wszystkiego wokół kamerą VHS, istnieje mnóstwo materiałów, które potencjalnie można by wykorzystać. Twórcy postawili jednak na stuprocentową inscenizację, mimo iż zapewne znacząco podnosiła koszty. I dobrze. Życie odtwarzane saute jest torturą zmysłów. Spróbujcie pooglądać nagrania z wesel czy chrzcin. Po godzinie będziecie mieć dość.

Ważny jest pierwotny impuls. A tak się akurat składa, że o wiele częściej niż moglibyśmy podejrzewać i w wielu przypadkach na pozór nieoczywistych jego źródłem jest realny świat. I to właśnie ten impuls mnie fascynuje.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.