Zrobiłem to! W końcu obejrzałem „Misia”

Postanowiłem więc iść za ciosem i po nostalgiczno-refleksyjnej podróży ze „Zmiennikami” wreszcie zmierzyć się z „Misiem”. Podejrzewałem, że nie będzie to łatwe doświadczenie. Nie tyle nawet ze względu na formę, co raczej na fakt, iż jest to jedno z tych szczególnych dzieł, do tego stopnia zakorzenionych w kulturze i przyswojonych przez masową świadomość, że nie trzeba bezpośrednio go znać, by poczuwać się do partycypowania w nim. Konfrontacja z rzeczywistym materiałem źródłowym często w takich wypadkach potrafi przynieść głębokie rozczarowanie. Może zresztą po części właśnie dlatego tak długo „Misia” unikałem.

Od razu zastrzegam, że ta obawa niestety się sprawdziła. A przynajmniej na początku. Dość powiedzieć, że już dawno żadnego filmu nie przyswajałem na raty. „Misia” mam na dwóch płytach i po zakończeniu pierwszej byłem nim już tak znużony i zagubiony, że po prostu nie włożyłem drugiej. I nawet nie było mi z tego powodu specjalnie żal ani wstyd. Z jednej strony ucieszyłem się, że wreszcie mogłem te kultowe cytaty, którymi wszyscy się przerzucają – a w każdym razie część z nich – umiejscowić w konkretnych sytuacjach. Z drugiej dominującym uczuciem była kompletna bezkształtność i niemożność zżycia się z bohaterami, wejścia w ich położenie.

Kiedy na gorąco podzieliłem się tymi spostrzeżeniami na Facebooku, to oprócz żartów, że to chyba musi być prowokacja artystyczna, otrzymałem od jednego ze znajomych standardowy argument, że aby ten film dobrze zrozumieć, trzeba pamiętać tamte czasy. No bo wiadomo – absurdy Peerelu. Tylko że to nie jest kwestia pamiętania lub niepamiętania czasów, lecz tej konkretnej konwencji. Tego, że niby mamy do czynienia z jakąś fabułą, jednak równocześnie konstrukcja scen sprawia, że właściwie ślizgamy się jedynie po powierzchni historii, śledząc ciąg niespójnych i poodrywanych od siebie zdarzeń. Tak, wiem, że są ze sobą powiązane, ale chodzi mi tu o wrażenie.

Tylko że – jak to się kolokwialnie mówi – ów znajomy wjechał mi na ambit, przekonując, że druga część jest lepsza, i że zakończenie odwołuje się do pewnych uniwersalnych wartości, dzięki którym film nabiera humanistycznej wymowy. Postanowiłem więc dać Barei – a może raczej sobie – kolejną szansę i tydzień później włączyłem drugą płytę. Efekt? Cóż, poczucie dezorientacji nie zniknęło, niemniej – może pod wpływem zachęt znajomego, a może po prostu zażenowania własną płytkością i dziwnymi uprzedzeniami – przestrzeń znaczeniowa naprawdę zaczęła się przede mną odsłaniać.

Na wypadek, gdyby było więcej takich dziwolągów jak ja, pozwolę sobie zacząć od starego dobrego streszczenia. Mamy więc schyłek epoki Edwarda Gierka, na której tle poznajemy Ryśka Ochódzkiego – prezesa klubu sportowego Tęcza. Na początku filmu reprezentacja klubu wyjeżdża do Anglii, jednak Ochódzki planuje przy okazji załatwić sprawy całkowicie odmiennej natury. Oto bowiem w jednym z londyńskich banków znajduje się większa sumka, którą chce podjąć w tajemnicy przed żoną Ireną. Podczas odprawy okazuje się, że część stron z jego paszportu została wyrwana, więc musi zostać w kraju.

Oczywiście o dokonanie tego sabotażu podejrzewa Irenę, która już wcześniej związała się z wysoko postawionym partyjnym dygnitarzem. Ale Rysiek nie w ciemię bity i jako nieodrodne dziecko swoich czasów natychmiast zaczyna kombinować. Namawia znajomego reżysera, by pod pretekstem obsadzania aktorów do filmu znalazł mu sobowtóra, którego paszport będzie mógł wykorzystać. Po licznych komplikacjach z gigantycznego tłumu chętnych udaje im się wyłuskać niejakiego Stanisława Palucha – prostego chłopa rozwożącego z kolegami węgiel furmanką. Plan się udaje. Ochódzki „wyskakuje” do Londynu, podbiera pieniądze praktycznie tuż spod nosa Irenie i lokuje je w solidnym żydowskim banku… na koncie na hasło.

Oczywiście po drodze są różne perypetie, które stanowią sam miąższ filmu i sprawiają, że jedni tęsknią za Peerelem jako „najweselszym barakiem obozu socjalistycznego”, zaś inni modlą się, aby nigdy nie wrócił. Palucha trzeba bowiem ucywilizować, ożenić, a następnie, kiedy już dostanie upragniony paszport – w komunie dobro luksusowe, które trzeba było zwracać po powrocie – jakoś, że tak się oględnie wyrażę, wycyckać. A jako że Rysio łebski gość, to przy okazji koncertowo nabija w butelkę również głupiutką, niewinną aktoreczkę, którą wcześniej uwiódł i omamił wizją wielkiego świata i bogactwa, by pomogła mu całą intrygę przeprowadzić.

Wszystko to aż ocieka rzeczywistością z tamtych lat. Przejaskrawioną i ukazaną w krzywym zwierciadle, co tym, którzy ją pamiętają, zapewne pozwala wyraźniej dostrzegać jej faktyczną groteskowość, z kolei u cierpiących na retromanię młodszych roczników wyzwala niezdrowy i, ośmielę się zauważyć, dość chyba niebezpieczny sentyment. Niebezpieczny, bo oparty na czystej estetyce bez bagażu etycznego i na grzechu ahistoryzmu. Nadzwyczaj częstym, kiedy wzdychamy do tych czy innych „cudownych lat”.

Dla mnie osobiście było to doświadczenie niczym z koszmarnego snu. Cały film zdaje mi się wręcz przepojony oniryczną logiką rodem z „Małej apokalipsy” Konwickiego. Czułem w nim tę samą paranoję, ten sam kipiący tuż pod powierzchnią rozkład, identyczną niewyobrażalną i przerażającą mękę kogoś, kto jest świadom, że śni, ale nie może się obudzić. I znów – ciężko mi oceniać, na ile był to celowy zabieg Barei, jednakże pomimo zadeklarowanych powyżej kłopotów z odbiorem jestem w stanie zrozumieć, dlaczego „Miś” wciąż wywołuje tak silny rezonans. A też że objawia uniwersalny potencjał, wykraczający poza doraźny, związany z konkretnymi uwarunkowaniami kontekst.

No dobrze, ale kim, a raczej czym, jest tytułowy miś? Pomijając fakt, że ksywą Ochódzkiego, tudzież naprawdę ohydną słomianą kukłą, kojarzącą się z chochołem, która służy Tęczy jako maskotka – oczywiście metaforą tej całkowicie potiomkinowskiej, fikcyjnej rzeczywistości. Wszystko w niej jest wypchanym trocinami fałszem i grą pozorów. Symboliczna jest scena pod koniec, gdy to kuriozalne monstrum wreszcie się rozlatuje i trociny obsypują wszystkich wokół, tak jakby kryjąca się za nimi bylejakość ich zarażała. Idealnym produktem tego piekła jest, rzecz jasna, Ochódzki – człowiek bez właściwości, właściwie nikt, którego jedyną racją bytu i nadrzędnym imperatywem jest biologiczny instynkt przetrwania.

Poniekąd mógłbym powtórzyć tutaj to, co napisałem już przy „Zmiennikach”, a co – jak teraz widzę – tam stanowiło jedynie powidokowe rozwinięcie. A mianowicie, że ten film to obraz totalitaryzmu w fazie rozpadu. System toczy się do przodu już wyłącznie siłą własnej inercji, a zżerającą go od wewnątrz zgniliznę maskuje fasadowymi atrapami – domami z tektury oraz „misiami na miarę naszych możliwości”. Nawiasem mówiąc, podobnie jak w „Zmiennikach” występuje tam też motyw kręcenia propagandowego filmu – również historycznego, tyle że w tym wypadku mającego za zadanie uświadomić „ludowi pracującemu miast i wsi”, czym był klasowy wyzysk chłopstwa przez krwiożerczych panów.

Ale dyktatura to też skrajne zrytualizowanie wszelkich aspektów życia, permanentna celebra i sztucznie stymulowany stan ustawicznego wzmożenia. Ślub Palucha – oczywiście cywilny – zmienia się w groteskową ceremonię, okraszoną ludowymi tańcami i zwieńczoną łaskawym wydaniem paszportów na szkarłatnych poduszkach. Awaria tramwajów przeistacza się zaś w kipiący urzędowym optymizmem festyn ze sztucznymi ogniami, który – jak się domyślamy – ma zneutralizować w zarodku gniew uziemionych pasażerów. Jest także uruchamiający się na zawołanie jak katarynka „wesoły Romek, co ma na przedmieściu domek”.

Lecz najciekawszymi i – w moim poczuciu – kluczowymi dla znaczenia filmu postaciami są koledzy Palucha, węglarze. Są to ludzie – tak jak wszyscy inni – wydziedziczeni, odcięci od historycznej ciągłości, spauperyzowani. Zarazem wszak stanowią ukoronowanie robotniczego ustroju, czyli nominalną klasę panującą, której drenowana przez tyle stuleci wyzysku krew zabarwiła sztandary niosącej dziejową sprawiedliwość proletariackiej rewolucji. Tej samej, której żałosne dogorywanie obserwujemy, i której cynicznym wcieleniem jest pan minister, czyli obleśny absztyfikant Ireny.

Ale znamienne, że właśnie jeden z węglarzy dał swojej córeczce imię Tradycja. Obce słowo, którego znaczenia żaden z nich nie pojmuje, ale które ich pociąga. I tu otwiera się droga do metafizycznego, zupełnie nie komediowego i jakby nie przystającego do całej reszty finału. Finału o wymowie jednoznacznie chrześcijańskiej, niosącego promyczek nadziei w morzu syfu. Tak, pewnych rzeczy nie da się ustanowić dekretem. A misiek niech spada.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również