Złota godzina

Jest dobrze właśnie tak, jak jest. Właśnie teraz, w tym przedziale czasu między osiemnastą a dwudziestą, w mistycznej złotej godzinie, kiedy światło nasącza się spokojnym, szlachetnym odcieniem najczystszego kruszcu. Barwy stają się łagodnie pastelowe, a zarazem wydobywa się z nich cała bujna intensywność. Zieleń drzew o żadnej innej porze nie wydaje się tak cudownie soczysta i żywotna, przezierające między koronami kontury budynków tak wyostrzone i namacalne. W przestrzeni dopiero wówczas w pełni otwiera się trzeci wymiar, buduje się poczucie perspektywy i autonomicznej odrębności poszczególnych elementów krajobrazu. Ich istnienie objawia się oczom w apogeum dostępnej ludzkim zmysłom postaci, w – jak napisał Miłosz – wypełnienia łunie.

Na naszych szerokościach geograficznych złota godzina trwa od maja do września, szczytowy zaś punkt osiąga w okresie przesilenia letniego. Tak naprawdę, co potwierdzą wam specjaliści od fotografii, występuje dwa razy na dobę: o świcie, około czterdzieści minut przed pojawieniem się tarczy słońca i pół godziny po wschodzie, gdy światło jest przesunięte w stronę niebieskiego widma, oraz wieczorem, gdy dominuje pasmo zbliżone do czerwieni. Jako stworzenie nocne znam specyfikę obu pór i uważam – jestem gotów kłócić się o to z każdym uczniem Galena Rowella – że na miano rzeczywiście złotej zasługuje tylko ta wieczorna. I bynajmniej nie chodzi tu o charakter barw lub unikatowy sposób, w jaki rozpraszają się padające z ukosa promienie. Ciepła świetlistość wiosennych i letnich zachodów jedynie pozornie rozsnuwa nad rzeczywistością magiczny, upiększający filtr – w istocie wydobywa ukrytą prawdę o rzeczach i ludziach.

To, co wymaga uwznioślenia, zostaje uwznioślone. Zaś wszelka niedoskonałość jest brutalnie demaskowana. Zauważyliście, jak w złotej godzinie jarzy się każda drobinka kurzu na ekranie laptopa, każda tłusta smuga czy odcisk palca na wypucowanej szybie, każde pęknięcie, odprysk farby? Jak nieomal płoną włoski na waszych rękach? Ale zarazem jak piękna jest twarz dziewczyny oglądana z profilu i częściowo skryta w delikatnym półcieniu?

zg

Dla mnie jednak najważniejsze jest coś innego. Na płaszczyźnie emocji chodzi o nostalgię: o to, że miękki, bursztynowy blask późnych popołudni i refleksy w oknach sklepowych wystaw i mieszkań zalewają mnie istną lawiną wspomnień z dzieciństwa, niesamowicie wyraźnych i obfitujących w odtworzone z filmową precyzją szczegóły. Dzieje się tak najprawdopodobniej dlatego, iż jedynie wówczas, tuż przed skryciem się słońca za horyzontem, tonacja obrazu jest identyczna jak ta zapamiętana z lat spędzonych na Błoniach. Popołudnia były najgwarniejsze, najbardziej wypełnione spotkaniami, a ja, otoczony ludźmi, których znałem, czułem się najszczęśliwszy. Owszem, jestem melancholikiem, i to w stylu tu i ówdzie dosyć kiczowatym, i tak, zdradzam skłonność do myślenia, że kiedyś było lepiej. No bo, nie oszukujmy się, w jakimś stopniu było. Choćby dlatego, że ludzie żyli bliżej siebie, nie zamykali drzwi na klucz i – co szczególnie mnie irytuje, kiedy, coraz zresztą rzadziej, wpadam na Błonie w odwiedziny do babci Heni – nie stawiali tych głupich ogrodzeń wokół bloków. Nie, nie każcie mi zrozumieć, dlaczego ktoś dobrowolnie zamyka się w getcie! Nigdy tego nie zaakceptuję. Udławcie się waszymi wspólnotami mieszkaniowymi! Elektroniczne płoty odcinają większość moich starych ścieżek, a piaszczysta górka, którą zbiegało się na Siennicką, żeby kupić lody i oranżadę, została wyrównana i pokryta kostką. Tak więc złota godzina przywraca mi przynajmniej drobną część utraconego raju.

Ów metafizyczny most, przerzucony między teraz i kiedyś, ma wszakże donioślejsze znaczenie. Obcując z rzeczywistością opromienioną nimbem złotej godziny, widzę świat oraz siebie w nim nie tylko w tej najintymniejszej perspektywie czasoprzestrzennej, ale – by tak rzec – w globalnej, ba, kosmicznej sieci wzajemnych powiązań. Rzeczy odzyskują właściwą im miarę i zaczyna się dostrzegać łączące je nici. W filozofii na pewno jest na to jakieś okrągłe określenie, ja na własny użytek po prostu nazywam to Zrekonstruowaną Jednią. Wszystko, co za dnia wydaje się poszatkowane, fragmentaryczne, w trakcie złotej godziny w niepojęty sposób spaja się.

I wtedy jest dobrze. I wtedy w mojej duszy rozlewa się zgoda na kształt najdoskonalszego ze światów, na moje miejsce na ziemi, na czas, w którym wypadło mi je zasiedlać, na język, którym o tym opowiadam, nieprzyzwoicie mnożąc słowa. Bo doświadczenie zakorzenienia należy do tych niewerbalnych. Tak jak pierwsze rozpoznanie odbicia w lustrze jako czegoś zarazem swojego i zewnętrznego, obcego. Tyle że tu każdy raz jest pierwszy.

Polecam również

  • Wtedy tez zarlok próbuje krecic filmy, jednak nie zawsze jest to mozliwe. Czasami ustawianie sprzetu zajmuje godzine i wypadalo by dopiero tak zaczekac i krecic na nastepny dzien. Ale jest tez NIEBIESKA godzina – tuz przed wzejsciem slonca, wtedy jest niebiesko 🙂 Chcialem tak krecic ten filmik o zombie co juz go mam, ale nie bylo chetnych do krecenia o 4 w nocy 🙂

    • Marcin Królik

      Żarłoku, witam w moich skromnych progach! Kręcić o 4 w nocy? Ja zawsze 😉 Niestety chyba odległość uniemożliwiałaby nam ewentualną współpracę 🙁 Zagranie zombiaka to jedno z wielkich marzeń mojego życia.