Zapiski oglądacza

Zimnowojenna strefa mroku

Niezmiernie ucieszyłem się na wieść o kolejnym podkastowym projekcie Jacka Rokosza. Fanom podkastingu dał się poznać kilka lat temu, kiedy z Patrykiem Tomiczkiem otworzyli „Sklepik z horrorami”. Audycja ta, choć z początku słaba technicznie, zawsze stała na bardzo wysokim poziomie merytorycznym, dzięki czemu w pełni zasłużenie zyskała sobie miano kultowej wśród wielbicieli tak zwanego kina klasy B. Teraz po dłuższej nieobecności w Internecie Jacek wrócił z podkastem poświęconym oryginalnej „Strefie mroku” w reżyserii Roda Serlinga.

Podkast Jacka i Patryka był pierwszym, jakiego zacząłem słuchać. Zachwyciło mnie nie tylko to, że odgrzebują przykurzone perły kinematografii, ale też to, że potrafili o nich opowiadać z pasją i znawstwem. Kiedy więc odkryłem, że Jacek upichcił coś nowego – Patryk od pewnego czasu ma odrębny program na YouTube – od razu postanowiłem po to sięgnąć. Tym bardziej, że niegdyś nosiłem się z zamiarem obejrzenia produkcji Serlinga. Pamiętam, że oglądałem w telewizji kilka odcinków jej remake’u nakręconego w latach osiemdziesiątych. Poza tym – co Jacek przypomina już we wstępniaku – wpływ „Strefy mroku” na popkulturę był gigantyczny i wciąż jest eksplorowana przez nowe pokolenia twórców jako źródło inspiracji.

Jacek – jak się okazuje, istny psychofan „Strefy” – podjął się zadania karkołomnego, bo chce omówić każdy epizod, co, jeśli utrzyma tygodniowe tempo, zajmie mu trzy lata. Pomyślałem, że to dobry kop motywacyjny, by posiłkując się jego wiedzą, „Strefę” wreszcie nadrobić. I tak poznałem już sześć odcinków. Spokojnie, nie zamierzam tutaj referować każdego z osobna – nawiasem mówiąc, niedługo przed startem podkastu Jacka powstał blog w całości poświęcony „Strefie” – ale o wrażeniach z kilku z nich z pewnością będę chciał napisać. Między innymi o pierwszym.

Fakt, że jestem dopiero na początku podróży przez „Strefę”, średnio mnie uprawnia do takich osądów, lecz jakoś nie mogę się oprzeć poczuciu, że „Gdzie są wszyscy” wyróżnia się na tle całości. I to chyba nie tylko z uwagi na to, że jest pierwszy. Wyróżnia się wyjątkowo ciężkim klimatem i aż narzucającym się – o czym Jacek zresztą wspomina – politycznym kontekstem. „Strefa mroku” debiutowała w amerykańskich telewizorach w okresie szczególnego nasilenia zimnej wojny, kiedy już nie tylko nabierał rozpędu wyścig zbrojeń i wzajemne straszenie się USA i ZSRR atomową anihilacją, ale front działań przeniósł się w przestrzeń kosmiczną. O tym jednak szerzej za chwilę. Tak czy inaczej, rzeczywiście wydaje się, że epizod ów zawiera w sobie jak w pigułce esencję ówczesnej paranoi.

Zresztą pod tym względem – że odwołam się do podkastów Jacka i Patryka, ale też do książki Stephena Kinga „Danse Macabre”, do której jeszcze wrócę – w ogóle znamienny jest pejzaż amerykańskiego sf z lat pięćdziesiątych. I chodzi zarówno o wszechobecny w nim lęk przed bronią jądrową, symbolicznie uosabiany przez całą galerię mutantów i kosmicznych stworów, jak też o obraz stosunków międzyludzkich. Bo o ile jeszcze na początku dekady dominowała retoryka – by tak ją oględnie nazwać – pozytywna, o tyle u jej schyłku coraz silniejszy stawał się archetyp wroga i antagonizm jako naczelna zasada.

Weźmy choćby kilka dosyć znanych tytułów opowiadających o zetknięciu ziemian z obcymi. W „Dniu, w którym Ziemia się zatrzymała” z 1951 roku dyplomata z innej planety przybywa do nas z pacyfistycznym przesłaniem i przestrogą, byśmy się nie wyniszczyli. Podobnie rzecz ma się w nakręconym dwa lata później „To przybyło z kosmosu”, w którym pobyt obcych na Ziemi spowodowany jest jedynie potrzebą naprawy statku. Jednak już w „Inwazji porywaczy ciał” sytuacja radykalnie się zmienia. Tutaj kosmici chcą nas skolonizować i stworzyć idealne społeczeństwo pozbawione uczuć. Zaś w „Ziemia kontra latające spodki” już nie bawią się w żadne subtelności, lecz po prostu burzą Waszyngton promieniami śmierci i piorą wojskowym mózgi.

Długo można pisać o społecznym podglebiu tych przeobrażeń. Wystarczy zwrócić uwagę na takie kwestie jak choćby sprawa Rosenbergów czy polowanie na komunistów. Na marginesie warto odnotować, że twórca „Inwazji porywaczy ciał” Don Siegel podobno był sympatykiem McCarthy’ego, co stoi niejako w opozycji do powszechnie utartej interpretacji tego filmu jako ponurego podsumowania epoki makkartyzmu. Na pewno, bez względu na polityczne afiliacje poszczególnych reżyserów, trzeba zgodzić się co do jednego: sztuka filmowa była wówczas nadzwyczaj poręcznym narzędziem propagandy. I tu znowu pojawia się Serling.

Oto w „Gdzie są wszyscy” poznajemy bezimiennego mężczyznę w dziwnym kombinezonie, który, ni stąd, ni zowąd, znalazł się nagle na drodze do, jak się szybko okazuje, opustoszałego miasteczka. Człowiek ów nie wie, kim jest, ani skąd się wziął. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że mieszkańcy miasteczka zniknęli bez śladu całkiem niedawno. W ekspresie bulgocze świeża kawa, w popielniczce na posterunku szeryfa dymi jakby dopiero co odłożony papieros, a afisz przed kinem zaprasza na wieczorny seans. Gdy zaś w ulicznej budce zaczyna dzwonić telefon i zdesperowany bohater dopada do słuchawki, słyszy tylko suchy głos automatu.

Jedyny napotkany przez niego człowiek – kobieta siedząca nieruchomo w samochodzie – jest manekinem. Jacek w swoim omówieniu zwrócił uwagę, że mogłoby to nasuwać skojarzenia z poligonem, na którym testuje się wpływ eksplozji bomby atomowej na zamieszkałe tereny. A mnie – trochę a propos zakorzenienia motywów ze „Strefy” w kulturze masowej – dodatkowo skojarzyło się ze sceną otwierającą „Królestwo kryształowej czaszki”, w której Harrison Ford rzeczywiście jest w takiej właśnie atrapie miasteczka i cudem przeżywa wybuch nuklearny w lodówce. No ale to offtop.

Żeby nie przedłużać. I tu nielubiący spojlerów proszeni są o przerwanie lektury i powrót po obejrzeniu epizodu! W finale wychodzi na jaw, że bohater jest pilotem sił powietrznych USA, który bierze udział w eksperymencie mającym sprawdzić, jak będzie się zachowywał ludzki organizm podczas wielodniowego lotu na Księżyc. Wymarłe miasteczko zaś to spowodowana stresem izolacyjnym i załamaniem psychicznym wizja. Na końcu, gdy bohater zostaje wyjęty z umieszczonego w hangarze lądownika, niesiony na noszach patrzy na Księżyc i wygłasza płomienny monolog, że już wkrótce, już niebawem.

Propagandowy wydźwięk wydaje się tu aż nadto oczywisty. Tylko dlaczego mowa jest o locie na Księżyc dziesięć lat przed faktycznym lądowaniem? Czemu nacisk został położony akurat na to? Przyczyna jest banalnie prosta. Dwa lata przed rozpoczęciem emisji „Strefy mroku – 4 października 1957 roku – Związek Radziecki uzyskał niekwestionowaną przewagę nad USA w wyścigu do gwiazd, umieszczając na orbicie pierwszego w dziejach ludzkości sztucznego satelitę o nazwie Sputnik.

Z dzisiejszej perspektywy może to wyglądać kuriozalnie, ale wtedy w tak zwanym wolnym świecie był to szok. Jak wielki, świadczy dobitnie anegdota, którą King rozpoczyna „Danse Macabre”. Opisuje w niej, jak w dniu wystrzelenia Sputnika oglądał w kinie „Ziemia kontra latające spodki” i nagle, w kulminacyjnym momencie, na sali zapaliły się wszystkie światła, wszedł kierownik kina i grobowym głosem poinformował o tym zgromadzone na widowni dzieciaki. Istniało wówczas powszechne przekonanie, że stanowi to wstęp do uzyskania przez sowietów możliwości bombardowania amerykańskich miast z kosmosu. Ruchy Sputnika oraz emitowane przez niego sygnały śledziło zarówno wojsko, jak i zwykli amatorzy.

Po naszej stronie żelaznej kurtyny ekscytacja była znacznie skromniejsza, co wiem niejako z pierwszej ręki od mojej babci, która wtedy miała dwadzieścia lat i powiedziała mi, że podano po prostu suchy komunikat w radiu. Za to zasiadający w piątkowe popołudnia do telewizorów Amerykanie najwyraźniej łaknęli pokrzepienia. Chcieli, by ktoś ich upewnił, że to jedynie zły sen, z którego lada moment się obudzą, tak jak bohater „Gdzie są wszyscy”, a wysforowanie się komunistów na czoło peletonu to pomyłka, którą zaraz ktoś naprawi. No i trafił się wujcio Rod.

Polecam również