Zimnokrwisty pocałunek bestii

Do odświeżenia sobie tego filmu przywiodło mnie kilka na pierwszy rzut oka niepowiązanych asocjacji. Ich jedyny wspólny mianownik stanowi śmierć. Przede wszystkim niedawna śmierć Nelle Harper Lee. Od dwóch lat nie żyje też Philip Seymour Hoffman, genialny odtwórca roli Trumana Capote, który był przyjacielem Lee oraz prototypem jednej z kluczowych postaci w jej najsłynniejszej powieści. Obraz Bennetta Millera nasunął mi się ponadto na myśl poniekąd w kontekście medialnego spektaklu wokół sprawy Kajetana P. W tej ekscytacji wykolejonym zabójcą Katarzyny J odnajduje wiele z faustowskiego klimatu filmu. Ale od początku.

Wczesnym rankiem 16 listopada 1959 roku na farmie River Valley pod miasteczkiem Holcomb w stanie Kansas znaleziono zwłoki zamieszkującej tam czteroosobowej rodziny Clutterów. Wszyscy zostali zastrzeleni. Herbert Clutter miał dodatkowo poderżnięte gardło. Po żmudnym sześciotygodniowym śledztwie w ręce policji wpadło w Las Vegas dwóch sprawców: Richard „Dick” Hickock i Perry Smith, obaj uprzednio karani. Motyw zbrodni był czysto rabunkowy. Z domu Clutterów zginęło 50 dolarów, lornetka i przenośne radio piętnastoletniego Kenyona. Po procesie, którego rezultat łatwo było przewidzieć, oraz kilku nieudanych apelacjach, 14 kwietnia 1965 roku Hickock i Smith zostali powieszeni.

Mord na Clutterach dogłębnie wstrząsnął okolicą, którą wszelkie zło zdawało się dotychczas omijać szerokim łukiem. Mimo to zostałby zapewne niebawem zapomniany, a w najlepszym razie zasiliłby repozytorium lokalnych makabresek, które robią nastrój przy ognisku, gdyby nie wydana w 1966 roku powieść „Z zimną krwią” Trumana Capote. Pierwsza – jak lubił z emfatyczną dumą podkreślać ów pupil nowojorskiej bohemy – powieść dokumentalna, choć zarazem – jak się wkrótce miało okazać – ostatnia w jego pisarskiej karierze.

„Z zimną krwią” była literackim wydarzeniem oczekiwanym już na długo przed premierą. Na tyle, że za namową wydawcy Capote czytał na wieczorach autorskich fragmenty „surowego”, nieukończonego maszynopisu. Książka stanowiła drobiazgową, bogatą w szczegóły kronikę zarówno samej zbrodni w River Valley, jak i śledztwa. Była też – a wiem, co piszę, ponieważ ją czytałem – naprawdę wnikliwym portretem psychologicznym sprawców, od którego nieraz chodziły ciarki po plecach. Za sprawą marketingowych sztuczek właściwie zaraz po ukazaniu się urosła do statusu legendy. Podobnie zresztą jak nakręcony na jej podstawie przez Richarda Brooksa wstrząsający thriller.

Krwawi zbrodniarze w roli muz artystów i bohaterów popkultury to oczywiście nic nowego w Stanach Zjednoczonych. Kilka miesięcy przed masakrą w domu Clutterów życie na krześle elektrycznym zakończył Charles Starkweather. Pozujący na Jamesa Deana, zaledwie 21-letni Starkweather wraz ze swoją przyjaciółką Caril Ann Fugate zabił w sumie jedenaście osób w Nebrasce i Wyoming. Do fascynacji nim przyznawał się między innymi Stephen King, który – jak później opowiadał w wywiadach – w dzieciństwie gromadził w specjalnym pamiętniku wycinki prasowe na temat Starkweathera. Echa tej poznaczonej trupami odysei, w której tle pobrzmiewa wrośnięty w amerykańską mitologię anarchistyczno romantyczny topos Bonnie i Clyde’a, da się bez trudu wychwycić choćby w „Urodzonych mordercach” Olivera Stone’a czy w „Dzikości serca” Davida Lyncha. Że nie wspomnę o zainspirowanym historią samego Starkweathera „Badlands” Terrence’a Malicka. Tyle że chyba żaden z wyżej wymienionych twórców nie zapłacił za flirt ze złem tak wysokiej ceny jak Truman Capote.

Capote

O tym właśnie opowiada reżyserski debiut Bennetta Millera, w którym absolutnie bezbłędnie w skórę autora „Innych głosów, innych ścian” przebrał się Philip Seymour Hoffman. Ówże skromny niskobudżetowy dramat jak naprawdę mało która produkcja w pełni zasłużenie zyskał miano jednego z najwybitniejszych dokonań amerykańskiej kinematografii ostatnich lat. Godna najwyższego podziwu, wyrażonego zresztą Oscarem w 2006 roku, jest kreacja Hoffmana, który tak dalece upodobnił się do pisarza, że tym większym chłodem wieje zaiste faustowski klincz, w jaki popadł jego bohater chyba już w chwili wycięcia z „The New York Times” notatki o poczwórnym morderstwie w Kansas.

Wychodząca z tego punktu opowieść koncentruje się na latach – kluczowych dla Capote’ego – poświęconych pracy nad „Z zimną krwią”. Coś, co zaczęło się jako pomysł na reportaż dla „New Yorkera” o wpływie mordu na mieszkańców prowincjonalnego Holcomb, stopniowo przeradzało się w obsesję, drenującą pisarza z resztek sił psychicznych oraz rujnującą życie prywatne i zawodowe. Miesiące rozmów z początkowo nieufnymi, traktującymi ciotowatego bubka z NYC z ironiczną wyższością ludźmi z miasteczka, szorstka przyjaźń z dowodzącym śledztwem Alvinem Deweyem i wreszcie wywiady z samymi mordercami, w których przydała mu się legendarna umiejętność zapamiętywania konwersacji w dziewięćdziesięciu czterech procentach; setki stron notatek, a na końcu, już po egzekucji, bez której nie mógł zamknąć książki, depresja – oto niewygórowana cena za literacką nieśmiertelność.

Capote

Ale „Capote” to nie tylko efekciarska historyjka o męce tworzenia. To również, a może raczej przede wszystkim, fabularny esej o granicach, do jakich jest zdolny się posunąć artysta albo dziennikarz, by zdobyć zwalający z nóg materiał i sprzedać go z odpowiednią dawką napięcia i dramatyzmu. Przesłanie filmu Millera wydaje się pod tym względem aż nadto jednoznaczne: ludobójstwo w Rwandzie i głód w Bangladeszu są po to, żeby zdolny fotograf mógł ustrzelić ujęcie życia, zaś dwóch podrzędnych cwaniaczków urządza krwawą łaźnię na farmie, żeby genialny prozaik mógł napisać jeden akapit. A wszystko to z dala od jakiejkolwiek etyki czy śmiesznego, nadającego się wyłącznie dla maluczkich podziału na dobro i zło. Czyż bowiem istnieje zasadnicza różnica między zjedzeniem kurczaka a zjedzeniem człowieka?

Dla zdobycia informacji Truman Capote zaprzyjaźnił się nie tylko z Deweyem, ale również z mordercami. Zwłaszcza z Perrym. W powieści, w odróżnieniu od brutalnego i prostackiego Dicka, został on odmalowany w pełnej gamie psychologicznych niuansów, wręcz z czułością. Zupełnie jakby pisarz poszukiwał dla niego choćby najwęższej dróżki usprawiedliwienia. Nie bez znaczenia jest tutaj zapewne powielana w nieomal wszystkich biografiach Capote’ego pogłoska, jakoby zakochał się w Smithie. Lecz jeszcze bardziej, zdaje się, powodowała nim empatia wynikająca z podobnych doświadczeń z dzieciństwa. W pewnym momencie z ust Capote’ego pada zdanie, że różnica między nim a Perrym polega głównie na tym, że on swoje dzieciństwo opuścił frontowymi drzwiami, Smith zaś tylnymi – prosto w demoralizującą więź z Hickockiem.

I ta ambiwalencja – z jednej strony cynizm, z drugiej autentyczne zaangażowanie – nasila się w miarę rozwoju akcji. Żeby mieć stały dostęp do przestępców, Capote wręcza sutą łapówkę naczelnikowi więzienia. W towarzystwie stroi sobie z nich żarty i okłamuje ich w kwestii tytułu i postępów w pracy. Jednocześnie wysyła im książki i załatwia prawników. Oczywiście początkowo jest to wyrachowana strategia, mająca na celu obu ich oswoić i wydobyć intymne zwierzenia oraz krwawe szczegóły tragicznej nocy. Lecz z biegiem lat pisarz coraz wyraźniej nie jest w stanie unieść tego ciężaru, nie potrafi się zdystansować. Świat wokół pędzi naprzód – towarzysząca mu podczas zbierania materiałów oddana przyjaciółka, asystentka i opiekunka Harper Lee zdobywa sławę nagrodzonym Pulitzerem „Zabić drozda”, podczas gdy jedynym sensem życia Trumana staje się oczekiwanie na odwlekającą się bez przerwy egzekucję oraz spowodowane tym wyrzuty sumienia, przed którymi nie może uciec ani w intensywne balangi ani w słońce Costa Brava.

Capote

W filmie najwymowniejszą metaforą zawartego przezeń przymierza z diabłem jest szatańsko piękna scena, w której nakłania usiłującego zagłodzić się na śmierć Perry’ego do wypicia kilku łyków wody. Wycinając artykuł z gazety, mógł się jeszcze wycofać. Ba, mógł odwrócić się na pięcie i wyjść po obdarowaniu Perry’ego aspiryną na ustawicznie bolące nogi. Jednak z chwilą, gdy zaczął go karmić i gładzić po potarganych, przetłuszczonych włosach, wkroczył na szlak bez powrotu. Odbył zabarwioną erotycznym podtekstem inicjację w ciemny świat potworów. Oswoił bestię i wziął za nią odpowiedzialność aż po stryczek. Choć po prawdzie piętno wypalone na jego duszy przez Smitha i Hickocka zostało z nim do grobowej deski.

Truman Capote zmarł w 1984 roku w wyniku powikłań po chorobie alkoholowej. Ostatnie 18 lat jego życia to systematyczne staczanie się po równi pochyłej, wypełnione piciem na umór, prochami i oplotkowywaniem kogo tylko się da. Z przykrością ogląda się archiwalne talk shows, w których spuchnięty na całej twarzy sypie kiepskimi dowcipami pośród aplauzów głodnej taniej sensacji publiczności. Kolejny dowód na to, że znając dzieło, niekiedy lepiej nie znać jego twórcy. Choćby z telewizji, co w przypadku mającego wyjątkowe parcie na szkło Capote’ego okazuje się niestety niemożliwe.

W szerszym planie dramat Bennetta Millera można interpretować jako diagnozę moralnego i uczuciowego upośledzenia kroczącego ręka w rękę z geniuszem. Ale jest to także o wiele bardziej wyrafinowany niż „Urodzeni mordercy” szkic do swoistej pornografii amerykańskiej kultury, do jakiejś zagnieżdżonej w samym jej rdzeniu socjopatii. Kult broni i przemocy, a zarazem konserwatywny purytanizm jedynie z pozoru wydają się tutaj od siebie odległe. Zaś Perry Smith i Richard Hickock to zaledwie preludium do nadejścia prawdziwych bestii – tych realnych i tych fikcyjnych. Z kolei Truman Capote wyrasta na symboliczne lustro, w którym ta dziwna, paradoksalna Ameryka się przegląda.

I w powieści, i w filmie, kulminację owej amerykańskiej paranoi stanowi scena egzekucji. Ciało z głową w czarnym kapturze spada z szubienicy, lekarz stwierdza zgon, zgromadzona w pomieszczeniu gawiedź oddycha z ulgą. Po chwili karawan wyjeżdża w deszcz. Społeczna tkanka została oczyszczona, można spokojnie wrócić do białych domków na przedmieściach. Przynajmniej do następnego razu. Ale jeszcze nic nie widzieliście – do występu już szykuje się Charlie Manson.

Polecam również