Ziemia jest wklęsła, a Władimir Putin to reptilianin

Do sporządzenia tych kilku okołomedialnych uwag skłonił mnie wpis Michała Góreckiego. A właściwie nie tyle skłonił, co raczej przelał pewien kielich, którego zawartość i tak prędzej czy później spłynęłaby mi na klawisze. Górecki jedynie ten proces lekko przyspieszył. Nie jest to więc żadna polemika z nim – o co byłoby trudno, zważywszy na fakt, że w zasadzie z jego obserwacjami się zgadzam – a jedynie mój równoległy głos w tym samym temacie, który siłą rzeczy do tekstu Góreckiego mniej lub bardziej będzie zmuszony się odnieść.

A tekst ów można by streścić następująco: wraz z rozwojem internetu miała wreszcie nadejść epoka informacji, tymczasem stało się dokładnie na odwrót – zapanowała jeszcze gorsza dezinformacja i bałagan niż w czasach, gdy medialny monopol dzierżyły duże koncerny i ściśle wyselekcjonowani specjaliści. Wtedy wiedzieliśmy tylko tyle, ile oni chcieli, żebyśmy wiedzieli – dziś, choć praktycznie każdy ma w zasięgu ręki narzędzia, dzięki którym może się stać dziennikarzem, wiemy jeszcze mniej. Dawniej informacji było jak na lekarstwo – teraz jest ich za dużo. Dosłownie zalewa nas informacyjny śmieć (fast food) o zerowej wartości, a media zmieniły się w ośrodki propagandy.

Tak zupełnie na marginesie – że pozwolę sobie na drobną złośliwość – skoro Górecki sam się deklaruje jako niekibicujący obecnej ekipie, to skąd w takiej sytuacji może mieć pewność, że dane wejściowe, które go do tejże ekipy zraziły, są wiarygodne? Skąd wie, czy komuś nie zależało, by właśnie taką opinię w nim wyrobić? Zwłaszcza że – wedle jego własnej diagnozy – manipulują i na potęgę kreują wszyscy. Co oczywiście nie zmienia podstawowej konkluzji, że trafił w punkt.

W dniu, w którym zacząłem pisać ten felieton, sieć emocjonuje się wpadką Krystyny Jandy. Aktorka, powszechnie znana z dużej niechęci do PiS, wstawiła na swojego Facebooka mem o szalejącym w tej partii nepotyzmie. Problem w tym, że obrazek okazał się fałszywką, którą w politycznym zacietrzewieniu Janda wzięła za prawdziwą informację – prawdopodobnie tylko z tego tytułu, że krytykował nielubianych przez nią polityków. Niedawno w podobny sposób wyłożył się Janusz Korwin-Mikke, podchwytując primaaprilisowy żart o rzekomym romansie Angeli Merkel z syryjskim uchodźcą, z czego później musiał się gęsto tłumaczyć.

Piszący niniejsze słowa wcale nie jest lepszy. Też kilka razy dał się nabrać na jakiś news bez uprzedniego sprawdzenia, bo akurat pasował do jego wizji świata. Były to niezwykle bolesne pomyłki. Pocieszać się może jedynie tym, że o ile zna specyfikę dzisiejszej tak zwanej debaty publicznej, najpewniej większość z nas ma tego rodzaju grzeszki na sumieniu. Podobnie było przecież z przywoływaną również przez Góreckiego sprawą Wojciecha Manna, w którą – jak przyznaje – dał się wkręcić czy, wcześniej, z hejtem, jaki wskutek dziennikarskiej prowokacji rozpętał się wokół Jerzego Zelnika. Dziwić może jedynie naiwność Góreckiego, gdy pyta, po co, do cholery, coś takiego idzie w Polskę. To akurat jest niestety dosyć jasne. I nie, nie mam spiskowej obsesji.

Fakt, moja osobista styczność z mediami na szczeblu wyższym niż lokalny nie była duża, lecz wystarczająca, by odrobinę zgłębić rządzące nimi mechanizmy. Znam przypadek odrzucenia recenzji książki o Polakach ratujących Żydów, ponieważ linia redakcji zakładała, że Polacy to antysemici. Byłem świadkiem, jak duży ogólnopolski dziennik kłamał, kiedy zabrakło innych metod w walce z ideowym oponentem. Mniejsza o nazwy – w pierwszym przypadku nie mam nadających się do przedstawienia w sądzie dowodów, zaś w obydwu moim celem bynajmniej nie jest wzbudzanie tabloidowej sensacji.

I naprawdę nie ma tutaj szczególnego znaczenia, czy podłoże tych praktyk jest ideologiczne, polityczne, czy stricte biznesowe. Abstrahując od tego, że wyżej wymienione czynniki mogą się splatać, i to w najosobliwszych konfiguracjach, efekt jest dokładnie taki sam: podważenie zaufania, sprawienie, że wielu z nas (ja na pewno) trzy razy się zastanowi, nim pod artykułem kliknie „Lubię to” bądź się na niego gdzieś powoła. A co gorsza, dotyczy to już nie tylko tzw. szemranych mediów, lecz coraz bardziej także tych uważanych za prestiżowe.

Czytamy więc, że tygodnik „wSieci” nagrodził Jarosława Kaczyńskiego tytułem „Człowieka Wolności”, i z politowaniem wzruszamy ramionami. Ale zaraz potem przypominamy sobie – w każdym razie niektórzy z nas – jak podobnym laurem „Gazeta Wyborcza” obdarowywała Bronisława Komorowskiego, albo gdy on sam zawieszał order na piersi Tomasza Lisa, i coraz bliżsi jesteśmy smutnego wniosku, że od czasów PRL w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło.

Osobna kwestia to coś, co ja nazwałbym dyktaturą opinii. A do tego – i tu znów odwołam się do Góreckiego – na ogół opinii śmieciowej, serwowanej przez byle kogo, byle jak i na bazie byle jakich źródeł. W starych mediach prawo do wygłaszania własnych poglądów stanowiło ukoronowanie kariery, ambicjonalny próg, do którego docierali najwytrwalsi. Dziś jest to w zasadzie opcja minimum, dostępna dla każdego, kto posiada jakiekolwiek łącze internetowe. Wystarczy skompilować parę newsów z kilku portali, dorzucić do tego swój komentarz i już jest się wielkim liderem opinii – a przynajmniej wielkim na tyle, na ile zasięgowy będzie nasz post czy film.

Tyle że te portale – i nie mam na myśli jakichś demotywatorów czy innych memowisk – też stanowią problem. Moim osobistym „faworytem” jest tu zwłaszcza Pikio, które rości sobie pretensje do obiektywizmu, bo przytacza informacje z obu stron naszej umownej barykady, chełpiąc się, że nie stoi po żadnej z nich. Jednak zdaje się przy tym zapominać, że upichcenie artykułu metodą kopiuj-wklej z kilku miejsc, w których materiał powstawał mniej więcej podobnie, jeszcze nikogo nie czyni rzetelnym. Jest to tylko agregowanie infoszumu.

W tym sensie internet rzeczywiście zawiódł pokładane w nim nadzieje. Nie dość, że zniszczył dawne media, zmuszając je do konkurowania na swoim śmieciowym poziomie, to jeszcze nie zaproponował nic w zamian. Blogerzy nie stali się alternatywą wobec dziennikarzy. Uważany przez niektórych za wzór blogera politycznego Azrael Kubacki – a właściwie Jacek Gotlib – był po prostu zwykłym antypisowskim cynglem, a nie żadnym niezależnym analitykiem. Nie, nie szkaluję zmarłych – stwierdzam jedynie widoczny gołym okiem fakt. Zresztą to nie jego wina. Bo on też – tak jak my wszyscy, w tym piszący te słowa – zachłysnął się baśniowymi nowymi możliwościami.

Górecki ma rację. Sytuacja, w której na dobrą sprawę wypadałoby samemu zadzwonić do Manna, by się dowiedzieć, jak to rzeczywiście z tymi jego brakami warsztatowymi było, to czysty absurd. Absurd, który niestety jest naszą codziennością. Mamy prawo nie musieć brać na wiarę tego, co czytamy lub słuchamy. A od tych, którzy opowiadają nam świat, wcale nie wymaga to mitycznego obiektywizmu. Obiektywny w ścisłym znaczeniu tego pojęcia może być chyba tylko wszechwiedzący Bóg. Wystarczy, by dobrze przyłożyli się do swojej roboty.

Źródło grafiki ASZdziennik


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również