Zapiski czytelnika

Zbiorowa autobiografia – “Znaki szczególne” Pauliny Wilk

Od razu zastrzegam – książka Pauliny Wilk podobała mi się, uważam ją za wartościową, i być może jedną z ważniejszych wydanych w ostatnich latach. Asekuruję się, gdyż to, co za chwilę napiszę, mogłoby świadczyć przeciw. Prawdopodobnie popełniłem błąd, sięgając po recenzje przed czytaniem samej książki. I to nie tylko ze względu na fakt, iż „ustawiły” mi jej odbiór w trakcie lektury, ale głównie dlatego, że musiałem się z nimi zgodzić. Właśnie ambiwalencja – z jednej strony utożsamienie, poczucie, że tekst mówi coś również o mnie, z drugiej niechętne przychylanie się do wytykanych mu mankamentów – kreśli mój stosunek do tej pozycji, moje zmagania z nią. Choć może słowo „zmagania” jest tu ciut na wyrost.

„Znaki szczególne” to – jak zachwala wydawca – pierwsza autobiografia dzieci transformacji, urodzonych około 1980 roku. I to, niestety, jest największa wada opowieści Pauliny Wilk. Nie samo podjęcie tematu, lecz jakieś jego natrętne uogólnianie, czasem aż zwyczajnie sztuczne. O podstępach kategorii pokoleniowości, kolektywizowania jednostkowych doświadczeń, już wiele powiedziano. Taki twór na dłuższą metę zawsze musi przegrać. W socjologii jeszcze od biedy się broni, w literaturze, nieważne czy beletrystycznej, czy faktu, jest kamieniem u szyi. Paulina Wilk sobie go uwiązała i poniosła klęskę. Czytelnik ze strony na stronę coraz bardziej się gubi, nie wiedząc, czy ma tutaj do czynienia z autobiograficzną powieścią o dojrzewaniu, czy z przebranym za te gatunki esejem socjologicznym, bądź też z „ochrzczoną” przez artyzm publicystyką.

Autorka objawia irytującą manierę. Wychodząc od jakiegoś, zazwyczaj bardzo osobistego, szczegółu – bawienie się na trzepaku, podróże z mamą do Warszawy pociągiem, toast w dniu wejścia Polski do Unii Europejskiej – rzuca go na szersze społeczne tło, by rzecz zakończyć moralizatorską tyradą o tym, jak strasznie skrzywdził nas kapitalizm, jak straciliśmy zdolność do bezpośrednich kontaktów itp. Chciałbym sam móc na to wpaść, śledząc perypetię postaci, zamiast mieć to autorytatywnie wyłożone kawa na ławę.

Co zatem sprawia, że mimo wszystko odczuwam głęboką jedność z tą narracją? Na poziomie generacyjnym oczywiście wspólnota doświadczeń. Na osobistym, a więc tym, na który kładę większy nacisk – nostalgia połączona ze smutkiem, że w gruncie rzeczy oglądałem ten świat przez szybę. Ja też wychowałem się w małym miasteczku, też znam trzepaki, kopanie piłki w trawie, sąsiedzką zażyłość, której dziś ze świecą szukać – szkoda tylko, że w tak niewielkim stopniu jako uczestnik. Słaby wzrok wepchnął mnie w mimowolną izolację. Byłem trochę takim chłopczykiem jak w „Zabić drozda”, obserwującym życie z cienia zamiast pływać w jego nurcie. O podkładaniu złotówki pod ekspres Warszawa – Berlin czytałem z zazdrością. I na tej kanwie naszła mnie taka oto średnio krzepiąca refleksja – nie wiedząc o tym, byłem jak gdyby prekursorem teraźniejszości, której poprzez swoje/nieswoje wspomnienia Paulina Wilk wystawia tak boleśnie druzgocącą ocenę.

W czasach, gdy moi rówieśnicy wisieli na trzepakach, ja wybierałem telewizję. Gdy ludzie ze sobą rozmawiali bez elektronicznych protez, ja unikałem bezpośrednich kontaktów, bo było mi wstyd rozbieganych oczu i dziwnych tików. Dziś powinienem się cieszyć – wszyscy stali się pustelnikami, zamkniętymi w swoich cybernetycznych eremach, stosującymi do perfekcji sztukę ignorowania innych – a jednak jakoś wcale nie jest mi lepiej.

Bo diagnozy Pauliny Wilk – jakkolwiek rzeczywiście może wyłożone zbyt wprost – wydają mi się jednak słuszne. Tak, staliśmy się ofiarami kultu posiadania. Tak, nadmiar materialnych dóbr zdewaluował w nas ich wartość. Tak, transformacja nas oszukała, obiecując wielki ocean nieskończonych możliwości, który w praktyce okazał się otchłanią frustracji, niespełnień oraz kredytowych smyczy. Tak, mieliśmy być wolni, a podmieniliśmy przaśne chomąto socjalizmu na jedwabny sznur banków, korporacji, coraz to nowszych i nowszych gadżetów, bez których stajemy się ślepi i głusi.

A najgorsze pomyśleć, że zalążki tych zmór kiełkowały już w mitycznej krainie naszego dzieciństwa i nastoletniości. Nie zostaliśmy uodpornieni na podsuwane nam kolorowe szkiełka. Wpadliśmy w pułapkę, odbijamy się od ściany do ściany. Z jednej strony trudno gloryfikować PRL – przecież bliskość, za którą Paulina Wilk tak tęskni, miała swoją realną cenę, którą do samego końca płacili za nas nieliczni niepokorni więzieni, topieni, oczerniani, bici – z drugiej wyrzekanie na współczesność w stylu „bo ktoś nas tak ohydnie urządził” też jest naiwne. Przecież ostateczny wybór zawsze należy do ciebie. A wyjdź do tego sąsiada, powiedz mu „Dzień dobry”. Nie zadłużaj się na nowy telewizor, skoro stary jeszcze sprawny.

„Niepokoi mnie – wyznaje Paulina Wilk – prawdopodobieństwo, że moja śmierć nie wywoła w nikim uczucia dojmującej pustki. Być może nikt nie przechowa mnie w swojej pamięci. A więc koniec też będzie na niby.” Dla mnie to jest wstrząsające memento, po którym długo nie mogłem odzyskać rezonu.

Polecam również