Publicystyka

Zawsze jest jakaś religia

Przed piętnastu laty, w samym środku łagodnego rzymskiego grudnia, zwiedzałem bazylikę Matki Bożej Większej. Wraz z watykańską św. Piotra, św. Jana na Lateranie i św. Pawła za Murami należy ona do bazylik papieskich, nazywanych również patriarchalnymi, w których znajduje się tron z ołtarzem zarezerwowanym dla namiestnika Chrystusa oraz upoważnionych przez niego prałatów. Był to bodajże drugi albo trzeci dzień pobytu i miałem już lekki przesyt kościołów. Nie umiem się rozsmakowywać w architekturze, a zmysł metafizyczny skutecznie przytłumiło mi zmęczenie spowodowane przeciskaniem się przez horrendalne tłumy turystów i pielgrzymów, którzy ściągnęli do Wiecznego Miasta wziąć udział w zamknięciu Wielkiego Jubileuszu i powitać nowe tysiąclecie.

Jednak mimo to w Santa Maria Maggiore moją uwagę przykuła zarówno odklepywana przez przewodnika wycieczki historia świątyni, jak i biegnąca przez jej główną nawę niesamowita kolumnada. Według legendy w 352 roku papież Liberiusz i pewien rzymianin imieniem Jan ujrzeli we śnie Matkę Boską, która powiedziała im, że tam, gdzie w środku lata spadnie śnieg, ma zostać wybudowany kościół. I tak też się stało: w nocy z 4 na 5 sierpnia biały puch pokrył wzgórze Eskwilin. Stąd alternatywna nazwa bazyliki – Santa Maria della Neve, czyli Matka Boska Śnieżna. Po otrzymaniu obiecanego znaku Liberiusz wytyczył zarys przyszłej budowli, ale do jej powstania doprowadził dopiero jego daleki następca – św. Sykstus III. Wcześniej na wzgórzu była pogańska świątynia Junony. Właśnie z niej pochodzą kolumny, które wzbudziły we mnie taki zachwyt, a które Sykstus polecił wykorzystać do budowy.

I tu kryje się zasadniczy paradoks religii. Religii w ogóle, bez względu na wyznanie i czczone bóstwa. Im usilniej próbujemy otoczyć ją mistycznym woalem, tym wyraźniej uwidacznia się jej wymiar czysto ludzki, przyziemny. Jeśli odłożymy na bok wiarę – której, o ile jest szczera, nie należy przecież nikomu odmawiać – rychło dostrzeżemy, iż dzieje Santa Maria Maggiore to podręcznikowy przykład kulturowego i aksjologicznego triumfalizmu, z jakim zwycięzcy zawsze, jak zawikłane losy ludzkości długie i szerokie, odnoszą się do dziedzictwa i symboli  pokonanych. Co mogą, inkorporują, a resztę, nierzadko przemocą, wyrzucają na śmietnik.

Po podbiciu Greków Rzymianie z wielką ochotą przywłaszczyli sobie ich panteon. Junona to wszakże nic innego jak transfiguracja Hery. Gdy z kolei rzymskie bóstwa zaczęły przegrywać wojnę o rząd dusz z chrześcijaństwem, Kościół równie żarliwie wziął się do konwersji, którą w teologii, szczególnie zaś w teologii misyjnej, określa się mianem inkulturacji, czyli procesu adaptowania pogańskiej symboliki w taki sposób, by dostosować ją do Magisterium i zarazem nie wyalienować tych, których chce się nawrócić. Włączenie artefaktów z miejsca dawnego kultu bluźnierczej bogini w Misterium Crucis można więc interpretować nie tylko jako coś w rodzaju uświęcenia czy budowania historycznej ciągłości pomiędzy starym i nowym światem, lecz właśnie jako swoistą semiotyczną pieczęć, zatknięcie własnej flagi na gruzach rozbitego imperium. Nawiasem mówiąc między świętą Dziewicą i Junoną też występuje całkiem sporo podobieństw.

Kolejny kluczowy, i bezpośrednio związany z poprzednim, paradoks religii polega na tym, że im wytrwalej najróżniejsi sekularyści drą sobie gardła i pióra, by ją wytrzebić ze zbiorowego życia, tym gęściej wyrastają jej nowe manifestacje. Co doprowadza do paradoksu finałowego, spajającego powyższe – wrogami religii też kierują immanentnie religijne pobudki. Dlaczego? Bo w świetle najszerzej rozumianej definicji religii nie jako eschatologii, lecz po prostu jako dowolnego, niekoniecznie otwarcie deistycznego systemu wierzeń, przekonań, doktryn etc., religią jest wszystko.

Religijność to najgłębiej zakorzeniona dyspozycja ludzkiej natury. Każde działanie mające na celu ujarzmienie rzeczywistości, zwłaszcza jeżeli przyjmuje charakter zbiorowy, jest z gruntu religijne. Zawsze bowiem występują w nim pewne stałe elementy. Zawsze musi istnieć obiekt kultu – w tym momencie nieważne, czy będzie nim Jezus Chrystus, Bóg Izraela, Allach, leśne nimfy czy też ateizm; liczy się to, że mamy coś, wokół czego możemy się organizować. Musi być objawienie i wynikająca z niego doktryna, a ponadto głoszący ją prorocy, kapłani i święte księgi. Muszą pojawić się męczennicy, którzy będą cierpieć prześladowania, oraz misjonarze gotowi nieść ewangelię w najdalsze krańce ziemi. I wreszcie – ponad wszystko – wierzącymi musi kierować niezachwiana pewność, że do nich i tylko do nich należy prawda.

Mechanizm ów z mniejszym lub większym natężeniem poszczególnych składników bez trudu da się zaobserwować i we wspólnotach wyznaniowych i w ustrojach politycznych – na czele z tymi najbardziej totalitarnymi, gdzie daje o sobie znać z wyjątkową mocą, bezpardonowo tnąc i neutralizując wszelkie odchylenia, które mogłyby zagrażać usankcjonowanej metafizycznie ortodoksji. Bo tu zawsze jest metafizyka! Bez różnicy czy funkcjonująca jawnie jako wiara w transcendentną Istotę, czy pod postacią zakamuflowaną jako niby wynikły z międzyludzkich ustaleń, choć w gruncie rzeczy tak samo nieweryfikowalny i autorytatywny jak w otwartym deizmie, zbiór reguł porządkujących świat.

Właściwie powinienem darować sobie ten rozwlekły wywód i od razu przejść do clou, jednak zależało mi, ażeby nie pozostawić żadnych niedomówień. Zaś owym clou jest po prostu to, że kiedy na przykład słyszę argumenty organizatorów akcji na rzecz walki o świecką szkołę bądź krytyków tzw. klauzuli sumienia dla lekarzy, jakoś nie mogę nie dostrzec paralel z tym, co sie wydarzyło na Eskwilinie szesnaście wieków temu. Bo dziś właśnie chrześcijaństwo – to samo chrześcijaństwo, które położyło podwaliny pod ducha nowożytnej Europy i przez całe stulecia stymulowało jego wzrost – gra rolę przybytku żony Jowisza, który należy usunąć, by torować szlak nowym bogom. Oto na naszych oczach historia się powtarza.

Choć fakt, że nie są oni już tacy zupełnie nowi. Liczą sobie już coś koło trzystu lat z okładem. Od czasów Woltera, Rousseau i rewolucji francuskiej – którą można chyba uznać za analogię do ukrzyżowania, przynajmniej w sensie bycia kamieniem węgielnym nowej religii – mocno ewoluowali, niemniej wytyczony przez nich paradygmat stał się dominującym dyskursem w zachodnim kręgu cywilizacyjnym, a od mniej więcej sześćdziesięciu kilku lat przechodzi do zdecydowanej kontrofensywy. A co ciekawe, jego współcześni kapłani, których ordynowały bruki Paryża 1968 roku, popadli w swej gorliwości w tak skrajną sprzeczność, że aby zburzyć obóz niewiernych, gotowi są gasić ogień benzyną, choćby i stanowiącym najnowszy fetysz eurolewicy islamem. No, może poza Dawkinsem. Ale umówmy się – nie każdy ma esprit św. Pawła.

Zasada prostej zastępowalności także niezmiennie obowiązuje. Obecna Europa, choć de facto już postchrześcijańska, czy wręcz antychrześcijańska, cały czas pasożytuje na wytworzonym przez chrześcijaństwo kodzie kulturowym. I nie mam tu bynajmniej na myśli tak oczywistych spraw jak, dajmy na to, kalendarz. Większość kluczowych dla dzisiejszego Zachodu pojęć – z odmienianymi przez wszystkie przypadki prawami człowieka na czele – to najzwyczajniej nic innego jak zeświecczone, wykastrowane ze swych ontologicznych rdzeni skarby Christianitas. Trochę niczym Boże Narodzenie nadpisane niegdyś na rzymski kult narodzin synkretycznego boga słońca.

I tak oto dziś w roli męczennicy za wiarę występuje nie Augeda Hernandez – zamordowana w pobliżu Walencji w roku 1936 przez bojowników o wolność, równość i powszechne szczęście – lecz Dorota Rabczewska. Paweł Pollak w zamieszczonym na swoim blogu hymnie ku czci jej heroicznych cnót pisze: „Szacunek, bo może dzięki takim ludziom jak Dorota Rabczewska w końcu doczekamy się, że polskie władze nie będą obywatelowi dyktowały, w jaki sposób wolno mu powiedzieć, że Boga nie ma”. Błąd. Niedługo władze – może nie w Polsce, lecz w Europie na bank – będą dyktować, w jaki sposób obywatelowi wolno mówić, że Bóg jest. A wyznawcy Nowej Religii będą to aprobowali jako szczyt tolerancji dla głupich pogan.

Polecam również