Pisarstwo

„Zawsze gdzieś jest piętnasta” – premiera mojej nowej książki

Nigdy nie wiem, jak powinno się zaczynać takie notki. Może więc po prostu: książka już jest! Dzisiaj – a właściwie wczoraj, bo mamy już kwietniową noc – pierwsze sto sztuk wyjechało z drukarni. Nie miałem ich jeszcze w ręku, bo dostałem informację trochę za późno. Gdyby nie to, być może zamiast pisać ten tekst, nagrałbym vloga. Choć oczywiście nic straconego. I tak poszło szybko, za co podziękowania należą się przede wszystkim Mazowieckiemu Domowi Medialnemu „Dzwon”, z którym współpracowałem również przy poprzedniej książce. Mało że uporali się ze składem w tydzień, do tego tydzień świąteczny, to jeszcze musieli znosić moje ponaglające telefony.

Skąd cały pośpiech, wyjaśnię później. Na razie chciałbym napisać kilka słów o samej książce. Jak już wcześniej nadmieniałem, geneza jej powstania sama stanowi materiał na opowieść. To będzie jej wersja nadzwyczaj skrótowa.

Blisko trzy lata temu wydałem reportaż pod tytułem „Podążaj za snem”. Była to objętościowo nieduża broszurka w bardzo ograniczonym nakładzie, która rozeszła się głównie w najbliższej okolicy. Mimo iż cieszyła się zaskakująco dużym zainteresowaniem, postanowiłem nie robić dodruków ani nie wypuszczać wersji elektronicznej do szerszej dystrybucji. Raz, że byłem z niej średnio zadowolony (pracowałem nad nią dosyć długo, co nie wpłynęło korzystnie na jej styl), a dwa – jej temat dotyczył mocno lokalnych spraw, które raczej nie zainteresowałyby czytelników spoza Mińska, a już na pewno nie w takiej formie, w jakiej zostały przeze mnie ujęte.

W „Podążaj…” opowiedziałem historię Aleksandra Kulmy – prostego rolnika z pobliskiej wsi Osiny Nowe, który wierzył, że objawiła mu się Maryja i nakazała, by wybudował klasztor na odziedziczonej po rodzicach ziemi. Gdy oddawałem manuskrypt do składu, sądziłem, że ten temat – kolokwialnie ujmując – już na dobre ze mnie zszedł. Aleksandra poznałem w 2003 roku. Zaczynałem wówczas przygodę z lokalnym dziennikarstwem i głód ujrzenia swojego nazwiska na papierze ssał mnie tak dogłębnie, że gotów byłem rzucić się na cokolwiek. Nie chcę przez to powiedzieć, że potraktowałem Aleksandra poślednio. Właściwie było zupełnie na odwrót. Stał się dla mnie kimś naprawdę ważnym. Spotkanie z nim stanowi istotny punkt w moim życiu.

We wrześniu 2003 roku trafił do mińskiego szpitala z rozległym nowotworem żołądka. Był na skraju śmierci, a operacja jedynie odsunęła ją w czasie o kilka miesięcy. Właśnie tam zetknęła się z nim pewna moja znajoma, która pracowała na internie. Gdy wyznał jej, że jego ostatnim pragnieniem jest utrwalenie historii klasztoru i stojących u jego źródeł objawień, zadzwoniła do mnie. Ucieszyłem się. Aleksander chciał zostawić po sobie ślad, ja potrzebowałem tematu – idealny układ. Spotkałem się z nim w szpitalu i obiecałem, że postaram się coś z tym zrobić. Zaczęliśmy więc z moją znajomą jeździć do Osin nagrywać jego wspomnienia i porządkować bogate archiwum, jakie zgromadził w ciągu lat. Efektem było kilka artykułów, a później także „Podążaj za snem”.

Kiedy latem następnego roku umarł, nasze kontakty, choć podtrzymywane książką, znacznie się rozluźniły. Odezwała się bodaj w maju albo w czerwcu ubiegłego roku. W międzyczasie odeszła na emeryturę, ale wciąż udzielała się w szpitalu jako wolontariuszka. Akurat ważyły się losy jego restrukturyzacji, do której ostatecznie nie doszło. Rok wcześniej obchodzony był jubileusz stulecia jego działalności, który zorganizowało powołane między innymi w tym celu stowarzyszenie. Moją znajomą poruszyły pewne nadzwyczajne okoliczności mające wpływ na narodziny tego stowarzyszenia. Stanowiło ono – by nie zdradzać zbyt wielu intymnych szczegółów – owoc głębokiej przemiany czyjegoś poranionego serca.

Dobrze zapamiętałem jej słowa, zacytowałem je nawet w książce: „Bóg nie przybija nikogo do krzyża. Chce, byśmy wzrastali. Gdy się otworzymy, czasem dzieją się cuda.” Według niej takim cudem były zarówno narodziny stowarzyszenia, jak i odsunięcie widma restrukturyzacji od szpitala. I właśnie to nasunęło jej myśl o książce. To, jak też Rok Miłosierdzia, którego inaugurację papież Franciszek miał ogłosić w grudniu. Przedstawiając mi enigmatyczny zarys tego, co ewentualnie miałoby się w tej książce znaleźć, stwierdziła, że być może w ten sposób dołożymy małą cegiełkę do upowszechnienia idei Miłosierdzia. Zwłaszcza że szpitale bardzo szczególnie się w nią wpisują. W odniesieniu do mińskiego chodzi nie tylko o wymiar czysto religijny, ale też o fakt, że w szpitalnej kaplicy znajdują się relikwie bł. ks. Michała Sopoćki i św. Faustyny Kowalskiej.

I tak dochodzimy do początku niniejszej opowieści. Opowieści, która – tak jak „Podążaj…” – poniekąd sama wprosiła mi się pod klawisze. Stanowi ponadto, w pewnym sensie, jak gdyby jej kontynuację. Składa się na nią zbiór esejów, w których obierając za punkt wyjścia miński szpital, spróbowałem się zmierzyć z fenomenem wpływu wiary na ludzki los. Czy także mój? No, to zawiła kwestia. Powiedzmy, że dla mnie jest to swego rodzaju pole bitwy, którą także na stronach „Zawsze gdzieś jest piętnasta” stoczyłem.

Natomiast co do pośpiechu… oczywiście nikt mnie nie gonił, ale jako że książkę udało mi się skończyć w marcu, doszliśmy z moją znajomą do wniosku, że dobrze byłoby wstrzelić się z jej premierą na drugiego kwietnia. Właśnie tego dnia w Mińsku będzie się odbywał Festiwal Miłosierdzia, stanowiący część obchodów wspomnianego Roku i preludium do Światowych Dni Młodzieży. Gdzieś tam więc, w morzu atrakcji dla ciała i ducha, najpewniej znajdzie się też skromny stolik, a przy nim ja z naręczem pachnących farbą drukarską egzemplarzy. Jeśli ktoś bawiłby akurat w okolicy i byłby chętny na zakup albo po prostu na przybicie piątki – serdecznie zapraszam. Szczegółowy program imprezy można znaleźć tutaj.

Jeśli zaś idzie o dalsze plany, to oczywiście na bieżąco będę informował o nich na blogu. W najbliższym czasie powinno się też pojawić trochę materiałów promocyjnych na YouTube. Chciałbym między innymi nagrać kilka fragmentów. A już na pewno nie odmówię sobie filmiku, w którym pochwalę się świeżutkim egzemplarzem autorskim i powtórzę lwią część tego, co właśnie napisałem. Z książki jestem na tyle rad, że chyba pokuszę się o szerszą dystrybucję. W tym pod postacią e-booka.

Na koniec jeszcze raz zapraszam na sobotę. Nieco na ostatnią chwilę to wszystko montujemy, ale podobno lepiej późno niż później.

Polecam również