Dossier

Zaskakująca ostatnia rozmowa Benedykta XVI

„Z prawdą można współpracować, ponieważ jest osobą. Można też zagłębiać się w prawdę i próbować zapewniać jej skuteczność oddziaływania. To (…) wydało mi się być właściwą definicją fachu teologa, że on, którego prawda dotknęła, który poniekąd ją ujrzał, jest gotowy wstąpić na jej służbę.” – mówi w najnowszej książce emerytowany papież Benedykt XVI. Wyznaje też, że jeśli jakakolwiek inskrypcja miałaby już znaleźć się na jego nagrobku, to właśnie taka – „współpracownik prawdy”. Zresztą w ogóle dużo tu o śmierci, o przygotowywaniu się do niej i o akceptacji jej nieuchronności. Ale po kolei.

Nie, nie szukałem w tej książce pikantnych szczegółów zza kulis ustąpienia ze stanowiska pierwszego pontifeksa od blisko tysiąca lat. Faktem jest, że utrzymaną w sensacyjno-tabloidowym tonie atmosferę jeszcze przed publikacją rozdmuchiwało wiele mediów – w tym również uważających się za katolickie, a niekiedy – jak to się kolokwialnie mawia – świętsze od papieża. Wokół abdykacji Josepha Ratzingera narosło sporo teorii spiskowych i nawet jeżeli on sam im zaprzeczał, powtarzając, że nikt nie wywierał na niego nacisków i zachował pełną wolność wyboru, bezustannie dostarczają one pożywki rozmaitym samozwańczym internetowym tropicielom.

Z całą pewnością nie tego szukałem w ostatnim tomie rozmów papieża emeryta z Peterem Seewaldem. Nie mam również powodu poddawać w wątpliwość oficjalnej wersji. Watykan zapewne toczy niemało patologii – wiele z tych bardziej zamierzchłych znamy, o kilku współczesnych dowiedzieliśmy się przy okazji tak zwanej afery Vatileaks, w wyniku której do więzienia trafił osobisty papieski kamerdyner – a „swąd szatana” wciska się doń przez niejeden szyb wentylacyjny, ale Joseph Ratzinger nie wygląda mi na kogoś, kto dałby się łatwo złamać czy zastraszyć. Zresztą lektura bardzo jasno to potwierdza. Nie w sensie, że on sam to z buńczucznie wypiętą piersią deklaruje, lecz tak po prostu i zwyczajnie wynika to spomiędzy słów. Czegoś tam jednak szukałem. Czy znalazłem? Chyba tak.

Pomimo iż jestem – jak to się eufemistycznie określa – wątpiącym poszukującym, nigdy nie kryłem, że chrześcijaństwo ma dla mnie duże znaczenie. I to nie tylko jako pewna propozycja duchowa, lecz także jako antropologia, sposób definiowania człowieka w relacji ze światem. Czynię to zastrzeżenie, bo bez niego ciężko zrozumieć, jak gigantycznym ciosem było dla mnie to, co stało się w tamten ponury dzień w lutym 2013 roku.

Dowiedziawszy się o decyzji papieża, doznałem zaskoczenia, szoku, lecz i poczucia zawodu, jakiejś… zdrady. Tak, zdrady – nie waham się tego tak nazwać. Niezależnie od tego, czy chodziłem do kościoła, czy nie, w moim świecie papieże nie opuszczali posterunku inaczej niż w trumnie. Nieważne, że kiedyś abdykacje, o podwójnych pontyfikatach czy osobnikach wątpliwej konduity nie wspominając, nie były niczym aż tak wyjątkowym. Dla mnie papież był kimś więcej niż po prostu wysokiej rangi urzędnikiem kościelnym, godnością wplecioną w historyczne uwarunkowania. A nabyłem owego przeświadczenia, żyjąc przez dwie dekady w wielkim niczym baobab cieniu Karola Wojtyły. Racjonalnie pojmowałem, że moje wybitnie polskie postrzeganie papiestwa jest wypaczone i wraz z jego śmiercią nieodwołalnie pryśnie, jednak w duchu pielęgnowałem archetyp następcy świętego Piotra jako jednego z nielicznych stałych punktów w płynnej rzeczywistości.

To było coś wykraczającego poza wiarę czy też jej brak. Nie miało znaczenia, że Ratzinger charyzmą i osobowością nie dorównywał poprzednikowi. Liczyło się, że trwał na straży. A teraz to zniweczył. Bez względu na to, kogo wybiorą, to już będzie zwyczajny biskup, który będzie mógł przejść na emeryturę, gdy zrobi się za stary. Mało tego: będzie się tego po nim oczekiwać i dziwić się, jeśli tego nie uczyni. Czego więc po tej książce oczekiwałem? Cóż, chyba… wyjaśnienia, usprawiedliwienia się. Nie faktów, lecz motywów, jakiegoś głębokiego ich umocowania… właściwie sam nie całkiem umiem sprecyzować w czym.

Jednak zanim ten – i nie tylko ten – wątek rozwinę, muszę się zwierzyć z czegoś nader osobliwego. Czytałem sporo tekstów Jana Pawła II – zarówno jego dzieł literackich, oficjalnych dokumentów, jak i wywiadów z nim – i, paradoksalnie, wbrew otwartości i ciepłu emanującym z niego czy to w trakcie wystąpień publicznych, czy sytuacji nieformalnych (wiem, co mówię, bo uczestniczyłem w prywatnej audiencji), w zapisie zawsze wydawał mi się jakby niedostępny, nieziemski, tak zanurzony w swojej eschatologii, że aż nierealny. Podczas lektury książki Petera Seewalda doznałem krańcowo odwrotnego uczucia.

Oto ówże nieprzystępny, „pancerny” – jak niekiedy go nazywano – pełen chłodnego dystansu dostojnik okazał się tak niesamowicie, rozbrajająco wręcz prostoduszny. Oczywiście w jak najlepszym znaczeniu tego słowa. Przy całym szacunku dla Karola Wojtyły jakoś nie wyobrażam sobie, by był w stanie aż tak się otworzyć i, na przykład, wzruszająco opowiadać, że śmierć traktuje jak powrót do domu, w którym znów spotka ukochanych rodziców. Oto ten znakomity teolog – podobno jeden z najwybitniejszych w XX wieku – w dialogu z Seewaldem niejednokrotnie ukazuje niemal dziecięcą twarz, pełną dziecięcej ufności i pokory.

Odebrałem to jako niesamowicie ważne zarówno na poziomie czysto ludzkim – w sensie obcowania z wnętrzem innej osoby, utożsamienia się z nią – jak i w kontekście spraw kościelnych, które poruszają z Seewaldem. Jeżeli o ten wymiar idzie, zetknąłem się z opiniami – wygłaszanymi zresztą głównie przez prawicowych recenzentów – że Joseph Ratzinger obnaża w tej książce całą swoją polityczną naiwność, nieporadność, a nawet kompletne niezrozumienie gry, w której jako postać tak znacząca już od czasów Vaticanum II chcąc nie chcąc uczestniczy. Cóż można na takie dictum rzec? Jeśli Tomasz Terlikowski za przejaw tej naiwności, a może i infantylizmu, uważa odnoszenie wszystkiego do Boga i pokładanie w Nim ostatecznej nadziei, to ja chyba wolę to od machiawelicznego wyrafinowania, którego brakiem, po ludzku patrząc, papa Benedykt rzeczywiście nieraz się wykazał.

Przypomina mi się tu – o ile mogę sobie pozwolić na drobną dygresję – pewien epizod z biografii św. Alberta Chmielowskiego. Już jako przełożony powołanego przez siebie zgromadzenia Albertynów miał raz problem z naciągaczem. Udał się do znajomego księdza poprosić o pomoc. Ksiądz sprawę załatwił, oszust szybko trafił do więzienia. Jakiś czas później Chmielowski zjawił się u niego z wyrzutem: „Coś ty, ksiądz, najlepszego zrobił! Człowieka żeś zgubił!” Uderzająca analogia choćby do „nieżyciowego” stylu, w jakim Joseph Ratzinger obszedł się z głównym bohaterem Vatileaks, interweniując, żeby go ułaskawiono.

I właśnie coś takiego przebija się przez całą tę książkę. Nie jest to w żadnym wypadku naiwność czy pięknoduchostwo. Ratzinger jest doskonale świadom popełnionych przez siebie błędów i nie uchyla się od osobistej odpowiedzialności. Sęk jednak w tym – i chyba to może najbardziej drażnić zarówno ludzi niewierzących, jak i wierzących, którzy w ferworze walki politykę niekiedy przedkładają ponad krzyż – że wszystko, o czym mówi, odnosi do perspektywy chrystologicznej. Nawet kiedy wspomina swoje spotkania ze światowymi przywódcami – zwłaszcza tymi, z którymi mu nie po drodze – pragnie w nich widzieć bardziej bliźnich niż medialne figury.

Prezentowana przez niego logika to właśnie logika krzyża, która przekracza materialistyczne kategorie. Tu nie ma wygranych ani przegranych, a jedynie mniejsze lub większe zakręty na ścieżce zbawienia. W tym ujęciu abdykacja papieża absolutnie nie jawi się jako znak czasu ani tak wyczekiwany przez rzesze komentatorów symptom, że Kościół może wreszcie się dostosuje. Tu każdy ruch wypływa z ewangelii, z wsłuchiwania się w nią oraz próby odczytania z niej woli Boga wobec jednostki. Dla postchrześcijan, jakimi jest dziś tak wielu ludzi deklaratywnie wciąż religijnych, to trudne wyzwanie, a co dopiero dla neopogan.

O okolicznościach rezygnacji nie dowiemy się wiele więcej ponad to, co już tu i ówdzie usłyszeliśmy. Paradoksalnie, najwięcej światła na jej zasadnicze powody może rzucić nie wywiad z Seewaldem, lecz zamieszczony w aneksie artykuł Ratzingera z 1958 roku pt. „Neopoganie i Kościół”. Był to w swoich czasach tekst na tyle rewolucyjny, że jego autor został obwołany nieomal heretykiem i bluźniercą. We wciąż jeszcze formalnie chrześcijańskiej Europie pogląd, że sakralizacja instytucji niszczy jej duchowy rdzeń, wydawał się nie do pomyślenia. Czy zatem Benedykt XVI ustąpił, by – idąc za własną diagnozą sprzed ponad pół wieku – przywrócić zachwiane proporcje?

Choć moje wątpliwości co do jego decyzji nie rozwiały się, jej głęboko eschatologiczne przedstawienie poniekąd mnie przekonuje. Być może jest to najwymowniejsza katecheza, jaką mógł dać dzisiejszemu skrajnie utylitarnemu światu ten uśmiechnięty starzec. Może właśnie w takim celu został powołany na dziedzica kluczy. Może naprawdę na konklawe jest obecny Duch Święty i pisze prosto po krzywych liniach ludzkich knowań. Może.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również