Zapiski czytelnika

Zapomniana pigułka realizmu od Kisiela

Wspominałem już przy różnych okazjach, jak gigantycznym przełomem była dla mnie lektura „Dzienników” Stefana Kisielewskiego. Tym znaczniejszym, że początkowo nie mogłem się w ogóle do tej kolubryny przekonać. Przez dobrych parędziesiąt stron okrutnie mnie drażniła, aż coś zaskoczyło. Owym punktem przełomu było uświadomienie sobie, że portretowana przez Kisiela rzeczywistość sprzed lat zgoła czterdziestu to tak naprawdę nasz świat, który jedynie, dla niepoznaki, trochę się poprzebierał, pomalował, powyginał. Jednak dopiero teraz, bojąc się, że zniszczę mistykę tamtego obcowania, postanowiłem sięgnąć po Kisielewskiego prozę – a konkretnie jego debiut: „Sprzysiężenie”.

Powieść ta, pisana w najciemniejszych miesiącach niemieckiej okupacji, narobiła po wojnie sporo szumu. Każdy, zależnie od ideologicznego wychylenia, znalazł w niej to, co było mu wygodne. Lewica – piórem Jana Kotta – cudownie ożywczy paszkwil na polską stęchliznę i kult narodu, prawica wraz z kręgami około kościelnymi – bluźnierstwo, wyrzeczenie się Boga i wyuzdaną pornografię. Dość tu wspomnieć, że trzydziestoparoletni autor musiał na pewien czas rozstać się z „Tygodnikiem Powszechnym”, z którym dopiero co zaczął współpracować. Próżno rozwodzić się tu o kulisach tzw. sprawy „Sprzysiężenia”, choć niewątpliwie byłoby o czym, również dlatego, że takich awantur o literaturę dziś ze świecą szukać i mimo wszystko łza się w oku kręci. Zainteresowanych odsyłam do eseju Ludwika Bohdana Grzeniewskiego, otwierającego wydanie książki nakładem Iskier z 1997 roku.

O co cała ta draka? O historię trzech młodzieńców – nieodrodnych synów Dwudziestolecia – którzy w czasach szkolnych zawarli swoisty pakt, przysięgając sobie, że siłą umysłu ujarzmią naturę. Ceną pędu do doskonałości miało zaś być całkowite wyrzeczenie się życia płciowego i przyziemnych spraw.

Najbardziej ambiwalentną postacią jest inicjator przedziwnej akcji – błyskotliwy, demoniczny Henryk. Jego towarzysze to obdarzony pisarskim talentem Zygmunt oraz nieco safandułowaty muzyk Stefan. To właśnie z perspektywy Zygmunta śledzimy ich splątane, wieloznaczne losy – on też, jak się okazuje, w największym stopniu stał się ofiarą psychologicznych manipulacji Henryka. Zaowocowały one w nim niemożnością stanięcia na wysokości męskiego zadania, co z biegiem czasu przysporzy mu wielu zgryzot, a także najzupełniej realnych kłopotów, gdy jego wstydliwy sekret odkryje szantażysta Lewandowski – powieściowy szwarccharakter.

Od strony formalnej ta proza wywołała we mnie podobny efekt jak „Dzienniki”. Ciężki styl, fabuła rozdęta ogromnymi partiami eseistycznymi i praktycznie całkowity brak dialogów. Ale właśnie to hipnotyzuje. Wszystkie dłużyzny, które dziś każdy redaktor powycinałby w pień, okazują się niezbędne, tworzą ideowy i filozoficzny szkielet, bez którego powieść nie warta byłaby zachodu.

„Sprzysiężenie” bezapelacyjnie należy do nurtu obrachunkowego. Kisielewski postanowił się w nim zmierzyć zarówno z etosem polskiego inteligenta – stąd „powieść klerkowska” – jak i z samą II RP. Co ciekawe właśnie przy tej okazji, już tu objawia się charakterystyczna cecha późniejszego Kisiela – alergia na ideologię. Dostaje się na równi wszystkim. Nacjonalistyczna prawica to banda tępaków, którzy nie dysponują niczym poza nagą brutalnością i hasełkami o żydowskim spisku przeciwko cywilizacji helleńskiej. Lewica z kolei to naiwni, karykaturalni utopiści, odurzający się opium pacyfistycznego internacjonalizmu i trawiący życie na jałowe deklaracje, memoriały i wiece. Atmosfera pustego gadulstwa i niemocy dosłownie wylewa się z knajp, uniwersyteckich korytarzy i redakcyjnych biur.

Pod tym kątem niewątpliwie najbardziej tragicznym bohaterem będzie Gieysztor – naczelny tygodnika „Polityka i Sztuka”, w którym Zygmunt pracuje. Ośmielę się zaryzykować tezę, że w Gieysztorze, pomimo wysiłków maskowania, dość łatwo rozpoznać Giedroycia. Uprawiana przezeń intelektualna i polityczna ekwilibrystyka świetnie się sprawdza do wsadzania kija w mrowisko, lecz ponosi absolutne fiasko w zderzeniu z hekatombą wojny. A też sam Gieysztor pada ofiarą własnego knucia, by koniec końców przepaść w wirach kataklizmu.

Intrygującego zabarwienia nabiera w tym świetle także impotencja Zygmunta. Bo wszak jest ona nie tyle czysto seksualna, ile, u swych korzeni, duchowa. Wynika ze swoistego zarażenia przewrotnymi banialukami Henryka, zrodzonymi przez jego labilny umysł i rozchwierutaną płciowość. Można by zatem wysnuć z tego konkluzję, że paraliż, który uniemożliwił polskiej inteligencji sprostanie wyzwaniom epoki, wziął się od wichrzycieli, którzy od pokoleń wodzą ten kraj na manowce. Przebudzenie z ułud, a wraz z nim oczyszczenie, przynosi dopiero czyn. Zygmunt zanurza się w niego jak Hans Castorp po otrząśnięciu się z onirycznego sanatorium. Dopiero wojna sprawia, że staje się zdolny posiąść kobietę, a gruzy na ulicach Warszawy jego młodości uświadamiają mu, że zawsze jest jakieś życie i należy je celebrować bez wspierania się protezami.

A bodaj najbardziej niebezpieczną z nich jest tromtadracki patriotyzm, ów odwieczny polski mit, bez mała narodowa mistyka, od której bezradnie odbijają się zarówno jej kapłani, jak też zwalczający ją postępowcy. Jej krach przynosi tragedia września. Pisarz doprowadził go do rozmiarów groteski, gdy Zygmunt bezskutecznie usiłuje się zaciągnąć do armii i napotyka tam jedynie bałagan, demoralizację i głupich dowódców. A wszystko to oczywiście podlane sosem patetycznych bzdur o powinności wobec ojczyzny i honorze.

Na tle tych zgliszcz tym wyraźniej więc wybrzmiewa manifest Zygmunta, że najbardziej liczy się indywidualne istnienie. To w nim wszystko się poczyna, w nim i podejmowanych przezeń suwerennych decyzjach. To, co tak z gruntu gombrowiczowskie, i co powieść Kisielewskiego aż przepaja, wyraził on w dykcji od Gombrowicza jak najdalszej. To według mnie ogromnie cenne.

Bo „Sprzysiężenie” pokazuje, że jest trzecia droga w mówieniu o Polsce i polskości – droga między karmieniem naszych demonów i szyderstwem. Droga, co trzeba odnotować z żalem, niezrozumiana, czego najjaskrawiej dowodzi recepcja powieści. Wreszcie jest to droga, którą Kisiel konsekwentnie rozwijał później. Droga trudnego, ale przecież fascynującego realizmu. Prorocy, moralizatorzy, wizjonerzy – jest to sekta, oględnie mówiąc, dość mocno podejrzana. Mogą, jak Henryk, okazać się szaleni, albo, jak Lewandowski, być zwykłymi cwaniaczkami. A rzeczywistość? Ona zawsze o włos wyprzedza idee – choćby i te najszlachetniejsze.

Polecam również