Zanim doktor Lecter stał się Anthonym Hopkinsem

Z publikacją kolejnego tekstu o perłach epoki VHS zwlekałem stanowczo zbyt długo. Sam nie wiem… chyba po prostu nie chciałem zacząć się kojarzyć. Nostalgia za „tamtymi czasami” zajmuje w moich myślach coraz więcej miejsca. Odczuwam jakąś wręcz biologiczną potrzebę przegadania ich samemu sobie, wskrzeszenia wystygłych, pokrytych kurzem emocji. Co jednak mocno osobliwe, najwyraźniej nie tylko ja. Tekst o filmie „Paco – maszyna śmierci” to jeden z najczęściej klikanych wpisów. Nie ma tygodnia, by ktoś nie trafiał nań przez wujaszka G.

Obawie, że zacznę się kojarzyć, chyba towarzyszył lęk, że stanę się monotematyczny. Chociaż z drugiej strony… po co udawać, że się jest kimś, kim w rzeczywistości się nie jest? I że oglądało się inne filmy, niż się faktycznie oglądało? Teraz zresztą wiele z nich sobie odświeżam, co na bank poskutkuje wysypem tekstów, które ostatecznie udowodnią, jak w istocie mam płytki gust i jak na wyrost przebieram się w szaty intelektualisty. Nie przeszkadza mi to. A co do powtórek, to na ogół i tak nie wytrzymują próby czasu. Co mnie nie boli, bo przecież szukam w nich czegoś innego – przede wszystkim ludzi, którzy odeszli, i atmosfery, którą roztaczali.

W tym wypadku warto by jednak zacząć nie od filmu, lecz od ścieżki dźwiękowej.

Strong As I Am” to jeden z tych kawałków, gdzie muzyka nierozerwalnie łączy się z kinem. Ba, ono może nawet wręcz nad nią góruje. O samej grupie „The Prime Movers”, która nagrała tę piosenkę, nie da się napisać za wiele ponad to, że stanowi typowy przykład glam rockowej estetyki zaawansowanych lat 80 w USA. Ich styl zawierał wyraźną domieszkę przetworzonej przez kulturę tamtych czasów psychodelii. Ona zapewne sprawiła, że wypatrzył ich Michael Mann, postanawiając ten właśnie utwór wykorzystać w reżyserowanym przez siebie „Łowcy” (oryg. „Manhunter”).

Gdyby nie ten szczęśliwy zbieg okoliczności, ekipa Seversa Ramseya zniknęłaby w pomroce niepamięci. Tak przypuszczam. Postaci Michaela Manna dzieciom epoki późnego VHS chyba przedstawiać nie trzeba. Zanim nakręcił epickie obrazy w rodzaju „Ostatniego Mohikanina” czy „Gorączki”, dzierżył rząd dusz w telewizji. Niezapomniane serialowe hity plastikowo różowej dekady MTV to w znakomitej większości jego dzieci. Bo nawet jeśli osobiście nie maczał w nich rąk – a wbrew obiegowym opiniom pełnił na ogół rolę nie reżysera, lecz producenta – odcisnął się na nich jego niezatarty sznyt.

I tak oto dochodzimy do „Łowcy”. Jest to ekranizacja powieści Thomasa Harrisa „Czerwony smok”, w której po raz pierwszy pojawia się demoniczny doktor Hannibal Lecter. Pamiętam, że dostałem tę książkę bodaj na mikołajki w ósmej klasie. Samego „Łowcę” obejrzałem kilka lat później w telewizji.

Harris nie ma według mnie szczęścia do filmu. Kolejne adaptacje przygód ludożercy z piekła rodem to równia pochyła. Nie ratuje ich ani Antony Hopkins, ani materiał literacki – zresztą tak samo obniżający loty z książki na książkę. Mimo iż w „Czerwonym smoku” i „Milczeniu owiec” doktor Lecter miał być z założenia figurą drugoplanową, za każdym razem całkowicie kradł show, by w końcu otrzymać od pisarza główną rolę. W „Smoku” polujący na seryjnych morderców agent specjalny Will Graham zwraca się do niego o pomoc przy sprawie zabójcy rodzin, zwanego, jeśli mnie pamięć nie myli, Szczerbatą Lalą. Lecter jako psychiatra i psycho w jednej osobie wydaje się mieć do tego zadania szczególne predyspozycje. Nie wspominając o tym, że za kratki trafił właśnie dzięki Grahamowi. Teraz widzi szansę na „słodką” zemstę.

O ile w adaptacji „Owiec” jest dokładnie tym, kim miał być w zamyśle Harrisa, o tyle Mann sprowadza go do absolutnego parteru, zmieniając mu nawet pisownię nazwiska. Tu świat leży u stóp głównego złoczyńcy, proporcje zostały odwrócone na jego rzecz. Francis Dolarhyde u Manna to autentyczny świr, wokół którego z każdą minutą gęstnieje opar paranoi, by w finale dosłownie zryć mózg. I nie dziwię się, że jako muzyczną ilustrację Mann wybrał właśnie ten kawałek Moversów. Jest w nim cała moc i cały obłęd Smoka.

Po pierwszym obejrzeniu „Łowcy” czułem lekki niesmak ingerencjami w fabułę. Zwłaszcza w ostatecznej potyczce, w której całe zgromadzone napięcie pęka raptem jak przekłuty balon. Nie za bardzo też – prawdopodobnie za sprawą „Milczenia owiec” i fenomenalnej kreacji Scotta Glena – jako Jack Crawford widział mi się etatowy mannowski gliniarz Dennis Farina. Jednak z każdym kolejnym seansem coraz bardziej dawałem się przekonać. Kupiła mnie mistrzowska wizyjność i psychodeliczno-transowy niepokój, który w powieści został zaledwie naszkicowany. „Milczenie owiec” było klasą samą w sobie. Inne ekranizacje Harrisa, mimo iż bezczelnie na nim pasożytowały, stanowią co najwyżej blady cień zabarwiony manierą, która swój niechlubny szczyt osiąga w serialu o Lecterze.

Na przeciwnym biegunie mamy „Łowcę” – mrocznego brata „Miami Vice”. Film, który wcale się nie zestarzał. Scena z tygrysem – jakże dlań esencjonalna – do dziś budzi u mnie dreszcz. No i ścieżka dźwiękowa. Cała jest absolutnie hipnotyzująca. Gra tam na równi z bohaterami.

Polecam również