Zagrożenie dla demokracji w polskim obozie śmierci

Kiedyś walczyło się o rzeczy konkretne, mniej lub bardziej namacalne i oczywiste. Choćby o wolność, godność, najzwyklejszy kawałek chleba, bądź też po prostu o władzę. Dziś, w epoce wojen hybrydowych i przyspieszenia informacyjnego, czynniki te co prawda wciąż stanowią główne paliwo konfliktów – i to, znając ludzką naturę, chyba nigdy się nie zmieni – jednakże punkt ciężkości całkowicie przesunął się na język i, ogólnie, sferę idei. Obecnie najostrzejsze spory wybuchają o definicje pojęć. Ten, kto zawłaszczy je dla siebie, zdobywa rząd dusz, ma w ręku carte blanche na kształtowanie obrazu świata.

Pogląd ten miał sformułować Antonio Gramsci. Kto jak kto, ale on, twórca doktryny „marszu przez instytucje”, czyli zastąpienia gwałtownego krwawego przewrotu nieubłaganą pracą nad społeczną świadomością w preferowanym przez globalny obóz postępu kierunku, wiedział, co mówi. Trafnie przewidział nie tylko strategię, lecz również skalę, na jaką semantyczny podbój będzie się odbywał.

Przemiła starsza pani, z którą ostatnio miałem przyjemność zamienić kilka słów o „sprawach bieżących”, święcie wierzy, że już-już, lada dzień, zaczną walić w drzwi o szóstej rano. Kto i do kogo, nie wie, ale to nieistotne. Mądrzy profesorowie w telewizji mówili. Z czułą nostalgią wspomina czasy Gierka. Wtedy to i praca była, i ludzie jacyś tacy życzliwsi, a teraz co? Tylko patrzeć, jak ten cały Duda wszystkich pozamyka. W jej głowie nie istnieje junkting pomiędzy bukoliczną krainą utraconą pod patronatem inżyniera Karwowskiego a kryzysem gospodarki w drugiej połowie lat 70., gdy kelner temuż zbaraniałemu Karwowskiemu podetknął pod nos rachunek za obiad. Że Gierek zadłużył? No, może i zadłużył! Ale oni bardziej zadłużyli. Jacy oni? Ano przecież, Kaczyński z Ziobrą. Że nie decydowali o niczym przez ostatnie osiem lat? E tam.

Starsza pani, mimo iż nie odróżnia Gmyza od Gzymsa (obu niedawno słuchała w „Świat się kręci” – fajne chłopaki), ma też wyrobioną opinię o Trybunale Konstytucyjnym. Zazdroszczę jej, bo ja nie mam. Muszę po prostu ufać, że ci, na których oddałem głos, wiedzą, co robią. A jakkolwiek nie powinno się wydawać osądów jedynie na podstawie emocjonalnych zachowań ludzi, to – jednak – gdybym musiał rozstrzygnąć, kto ma racje, bazując na stylu, w jakim swe argumenty forsowali posłowie opozycji, powiedziałbym, że coś tu niewąsko śmierdzi. Serio – dawno nie widziałem w sejmie – chyba zresztą w ogóle gdziekolwiek – takiego pokazu aż do szpiku klinicznej wręcz histerii.

Trudno byłoby mnie przekonać, że w szeregi PO i Nowoczesnej nagle wstąpił duch Rejtana. I wcale nie dlatego, że PiS uważam za anioły. Przy całym szacunku dla zasług pani Krzywonos (bo nie moją rzeczą je kwestionować): konstytucją to se może pomachać każdy, tak jak każdy może se pokrzyczeć o łamaniu demokracji. Każdy też może sobie wpiąć w klapę oporniczek. Nawet peerelowski trep, który w osiemdziesiątym pierwszym pacyfikował „solidarnościowy element” w Poznaniu.

Tylko pytanie, czy rzeczywiście może. Szczególnie jeżeli się wie, że za ten oporniczek zginął Piotr Majchrzak, zaś koledzy broniącego demokracji pana w kapelutku, którzy go zakatowali, w jakoby wolnej Polsce nigdy nie usłyszeli wyroku skazującego. W jakim świetle powyższy fakt stawia Andrzeja Morozowskiego, który z całą bezczelną dezynwolturą, na wizji, wręczał ten symbol sprzeciwu wobec komunistycznego reżimu Ryszardowi Kaliszowi, najwyraźniej znakomicie się przy tym bawiąc? Jak mam uwierzyć w czystość intencji Komitetu Obrony Demokracji – w ogóle w cokolwiek, co głosi – gdy w jego zastępach, jakby nigdy nic, dumnie maszeruje facet, który w stanie wojennym prowadził Dziennik Telewizyjny w mundurze?

Te pytania oczywiście wysyłam w kosmos, bo i tak nikt mi na nie nie odpowie. To znaczy – o tak, jak najbardziej odpowie: dzisiejsi dysponenci znaku opornika, że jestem podłym faszystą i stanowię śmiertelne zagrożenie dla demokracji już samym tym, że w ogóle otworzyłem usta; no a stanowisko tych z przeciwnej strony barykady już znam, więc nawet nie ma co zaczynać wątku.

Nie mniej kontrowersji budzi sprawa materiału w CNN z 6 grudnia. Jego autor, ponoć słynny politolog i dziennikarz Fareed Zakaria, przedstawiał sytuację w Polsce po zmianie władzy jak „Zamach stanu”, w ramach którego reaktywowano „sowiecki model cenzury” i przebudzono „mroczne siły”. Pikanterii aferze dodaje opublikowany przez Mariusza Pilisa na jego profilu na fb wpis, w którym jasno zostały wskazane związki Zakarii z Radosławem Sikorskim i jego żoną Anne Applebaum. Nie dość, że państwo się doskonale znają, to jeszcze w 1996 roku na łamach redagowanego wówczas przez Zakarię magazynu „Foreign Affairs” ukazał się artykuł Sikorskiego, w którym ten nawoływał do nieprzyjmowania Polski do NATO, bo pod rządami byłych komunistów stanowi zagrożenie.

Jaką woltę Sikorski wykonał w ciągu tych dwóch dekad, każdy widzi. Chociaż składając hołd lenny Niemcom w sumie nadal tak jakby był przeciwko współpracy Polski z NATO, więc nie ma tu sprzeczności. Teraz zaś jego partyjni towarzysze, powołując się – jak zawsze w takich przypadkach – na głosy z zachodnich mediów, zatroskanych o wolność słowa i przestrzeganie prawa w kraju Kaczyńskiego, gotowi są o tym „problemie” debatować na forum europejskim. Bratnia pomoc wszak nigdy nie zawadzi. Czyli wszystko to samo.

Raz zdobytej władzy nad dyskursem, nad semantyką, nikt dobrowolnie nie odda. Demokracja tak, lecz tylko pod warunkiem, że liberalna. Niemieckie obozy koncentracyjne tak, lecz tylko pod warunkiem, że polskie. Każdy inny wybór – nieważne, że dokonany demokratycznie – to fundamentalizm i powód do wielkiego wstydu. Przecież Hitlera też wybrano demokratyczną większością, najzupełniej legalnie. Mnie osobiście najbardziej boli nawet nie to, że dochodzi do takich absurdów, ale to, że sami do nich dopuściliśmy, poddając język bez jednego strzału. Teraz, gdy wajcha się przestawiła, nie może dziwić opór ani tym bardziej jego zaciekłość. Ale jeśli uda się przetrwać fazę kryzysu, może wreszcie stworzy się rzeczywista równowaga sił.

Cóż, kiedyś było takie ludowe porzekadło: diabeł w ornat się ubrał i na mszę ogonem dzwoni. Prof. Andrzej Zoll został niedawno zapytany w telewizji przez młodego narodowca, czy chce żyć w kraju nienależącym do Unii Europejskiej, którego obywatele mają powszechny dostęp do broni i gdzie nie ma Trybunału Konstytucyjnego. Bez wahania odparł: „Nie!” Młodzieniec wyciągnął z tego wniosek nader oczywisty: profesor jest zaniepokojony stanem demokracji w Szwajcarii. Z porównywaniem Polski pod rządami PiS do Iranu też raczej bym nie przesadzał. Podobno tam legalnie wykonuje się in vitro.

Poprzednie