Zaczynamy od nowa

Naprawdę od nowa, od przysłowiowego zera. To są drugie narodziny tej strony, a razem z nią w pewnym sensie również mnie. Wszystko, co na niej zrobiłem przez ostatnie trzy lata, zostało dosłownie i w przenośni zaorane do gołej ziemi. Nawet podstronę z informacjami o autorze stworzyłem od nowa, choć nie różni się znacząco od poprzedniej. Zależało mi, aby to rzeczywiście był totalny reset. Że tak nagle? Może dla postronnego obserwatora, ale dla mnie nie. Ten ruch powinienem był wykonać już dawno temu. Co najmniej w grudniu. Tyle że nie starczyło mi wtedy odwagi.

Paradoksalnie do podjęcia tej decyzji przyczyniło się przeziębienie. To tak a propos uwagi jednego z moich czytelników o destrukcyjnym wpływie wirusów. Po prostu – ledwo zipiąc przez ostatni tydzień i nie mogąc zdziałać za wiele ponadto, co absolutnie niezbędne (a i to najwyższym wysiłkiem woli), miałem sporo czasu na zatrzymanie. I oto nagle okazało się, że kilka SUPERWAŻNYCH tekstów, które MUSIAŁEM napisać, bo czekał na nie cały świat, wcale nie jest aż tak istotnych, a jedynymi oczekującymi jest garstka moich stałych odbiorców plus trochę przypadkowych ludzi, którym Facebook mnie wyświetli, bo mu za to zapłacę. To naprawdę bardzo odświeżające i przywracające rzeczom właściwe proporcje doświadczenie.

Jak już wielokrotnie wyznawałem – a że wszystko wysadziłem w niebyt, wyznam jeszcze raz, z miną niewiniątka udając, że odkrywam Amerykę – w ciągu ostatnich dwóch lat blog stał się dla mnie bardzo ważny. Pomógł mi przełamać twórczy impas i odnaleźć właściwy ton. Ale jednocześnie stałem się trochę jego zakładnikiem. A może raczej nie tyle jego, co różnych projekcji na temat mnie samego jako, powiedzmy, zawodowego blogera. Tak, tak, zawodowego, bo dzięki blogowaniu od ponad roku możecie mnie codziennie posłuchać w Polskim Radiu 24. Gdybym nie prowadził bloga, nie otrzymałbym tej intratnej propozycji.

W tym sensie blog spełnił, można by rzec, swoje zadanie. Wprawdzie nie do końca tak, jak sobie wyobrażałem, rejestrując domenę, bo w pierwotnym założeniu miał mi służyć przede wszystkim jako platforma do promowania i sprzedaży mojej twórczości, ale jednak. Dał mi wymierny w pieniądzach dochód, włożony w niego wysiłek oraz poniesione koszty zwróciły się. Nie krzywcie się, drodzy idealiści. Nie bądźcie hipokrytami. Ale też muszę tu uczciwie przyznać, że bardzo szybko odszedłem od tej podstawowej linii. Być może – ba, na pewno – właśnie tu tkwił problem.

Zacząłem kombinować. Kombinować, co zrobić, ażeby dotrzeć do jak najszerszych rzesz odbiorców. Eksperymentowałem z różnymi tematami i wątkami przewodnimi, obserwując, co się sprawdza. Potem, kiedy w akcie rozpaczy zdecydowałem o całkowitym zerwaniu z literaturą, pomyślałem, że może właśnie blog stanie się moją główną twórczością, więc tym usilniej starałem się zbudować mu jakąś własną tożsamość. Efekt? Zapędzenie się w kozi róg. Ponieważ ciągle coś zmieniałem, przesuwałem akcenty a to na kulturę, a to na publicystykę, tak naprawdę byłem dla nikogo. Czułem, że miotam się w niemożliwej do rozplątania pętli.

Nie zrozumcie mnie źle. Każda rzecz, o jakiej tu napisałem, sama w sobie była dla mnie ważna. Obchodziła mnie. Rzeczywiście miałem o niej coś do powiedzenia. Sęk w tym, że powody, dla których otwierałem edytor, nie zawsze były czyste. No i jeszcze ta presja, że muszę być jakiś – że skoro mam swoje pięć minut w radiu, to powinienem pisać o polityce czy ogólnie sprawach społecznych, że grupa docelowa, że to, że śmo. Tyle że radio kiedyś się urwie, a ja zostanę… z ręką nie powiem w czym.

Robiłem więc mnóstwo pozorowanych ruchów. Przywracałem i wycofywałem raz jedne raz inne teksty, zmieniałem ich poetykę, przekonując samego siebie, że w końcu znajdę złoty środek. Dojrzewająca powoli myśl o wypaleniu całego tego bardaku do korzeni i zaczęciu od nowa napełniała mnie grozą. Ale czasem po prostu nie da się inaczej. Czasem można jedynie sformatować system. Jak to błyskotliwie ćwierć wieku temu zauważył Houellebecq: „Jeśli idzie o formę, nigdy nie wahaj się sprzeciwiać samemu sobie. Działaj wielotorowo i zmieniaj kierunek tak często, jak trzeba. Nie staraj się zbyt usilnie mieć spójną osobowość. Ona i tak istnieje bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie.”

Nie powiem, żeby nie było mi żal niektórych tekstów. Wiele z nich (większość?) to, że tak nieskromnie stwierdzę, kawał świetnej roboty. Odłożyłem je do archiwum i zapewne mi się jeszcze nieraz przydadzą. Ale pora odciąć przeszłość grubą kreską i rozpocząć nowy etap. Na którym zapewne też się pobłądzi, aż za kilka lat znów trzeba będzie podłożyć dynamit. A może nie?

Bo tak naprawdę jest coś jeszcze, coś fundamentalnego. W tym roku mija dekada mojej działalności w sieci. Rozpocząłem ją z bardzo prostego powodu. Chciałem być pisarzem, opowiadać historie, dzielić się z ludźmi moimi spostrzeżeniami o rzeczywistości. Wszystko co wydarzyło się później – włącznie z moją obecną pracą w radiu – było konsekwencją tamtego impulsu, który zrodził się jako naiwne chłopięce marzenie, gdy miałem piętnaście lat i dostałem pod choinkę pewną książkę. Daleko odszedłem od tamtego ideału. Czasem go odnajdywałem, a potem znów gubiłem.

Gdzieś po drodze uciekła mi ta prosta radość tworzenia, bez której nie ma nic. Chcę znów ją odzyskać. Blogowanie pomogło mi wykonać krok w tym kierunku, ale teraz trzeba zrobić kolejny, nie oglądając się więcej wstecz i nie stosując półśrodków. Może źródła, z których wyruszyłem, wystukując pierwsze nieporadne zdania na moim pececie z procesorem 386 i edytorem TAG, jeszcze całkiem nie wyschły. Może jeszcze gdzieś tam są. Może… Warto chyba sprawdzić.

A co to oznacza praktycznie? Po prostu więcej luzu. I to pod każdym względem. Zarówno doboru tematów, jak też i częstotliwości publikowania. No i więcej literatury. Chcę, żeby ta strona znów była tym, czym miała być na początku. Mam nadzieję, że tym razem się uda. I pomyśleć tylko, że to wszystko przez zwykłe przeziębienie. Zresztą wciąż pokasłuję.

Polecam również

5 thoughts on “Zaczynamy od nowa

    1. Raz, raz, działa!!!

      Panie Marcinie, zaczynanie od nowa to moja ulubiona czynność życiowa. Miałam tych początków setki, tysiące, a nawet chyba miliony. I to w różnych dziedzinach.
      Gratuluję zatem i życzę powodzenia. Tak właśnie można kogoś przywitać jako nowego, lub odnowionego, prawda?
      Będę się przyglądać z zaciekawieniem tym nowościom, które będzie Pan publikował po swojemu i podążając własnym nurtem.

      P.s. co to była za książka pod choinką?

      Pozdrawiam,
      Anna

      1. Tak, zaczynanie od nowa to bardzo przyjemnie uczucie. Można się od niego uzależnić, prawda? A co to była za książka… hmm, nic wybitnego, ale sprawiła, że podjąłem decyzję na resztę życia bez świadomości jej potencjalnych konsekwencji. Jak to nastolatek. Napiszę kiedyś o tym, ale musi nastąpić odpowiednia okoliczność. Również pozdrawiam 🙂

        1. Tak, zaczynanie jest przyjemne i dobre 🙂 nie trzeba się tego bać, chociaż czasem jawi się jako trudne.
          Z lat nastoletnich pamiętam Hłaskę, wszystko co było przed i długo po zostało przez to zauroczenie przysłonięte.
          Miłego dnia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.