Co po latach zobaczyłem w „Zabij mnie, glino”

Czy można lepiej zwieńczyć obchody Dnia Niepodległości, który – tak się składa – jest też dniem twoich imienin, niż oglądając peerelowskie kryminały? Zapewne tak, ale przyznajcie sami, że jest w tym coś nieodparcie perwersyjnego. Zwłaszcza w obliczu wszechobecnych patriotycznych wzmożeń. No dobrze, prawda była bardziej prozaiczna. Po prostu, mając już najserdeczniej dosyć toczących się rytualnie dyskusji, kto jest patriotą, kto faszystą, i czy za rok wreszcie wszyscy pójdą razem, przerzuciłem program telewizyjny i na kanale Zoom TV trafiłem na „Zabij mnie, glino”.

Uznałem, podobnie jak kilka miesięcy temu przy „Zmiennikach”, że to doskonała okazja, by skonfrontować otulone woalem nostalgii wspomnienia z teraźniejszością. I również, tak jak w przypadku Barei, nie byłem całkiem pewien, czy uda się wyrugować kontekst polityczny. Czy w ogóle jest to możliwe w odniesieniu do polskich produkcji z tamtego okresu. Bo niby kino gatunkowe, którego główne zadanie polega na dostarczeniu ci dawki eskapistycznych emocji, lecz z drugiej strony nie wolno zapominać, że w tamtym ustroju wszystko mniej lub bardziej służyło interesowi władzy. Zresztą nie tylko w tamtym. Ale to już odrębny temat.

Schyłek komuny to w przeciwieństwie do sytuacji gospodarczej i społecznej epoka rozkwitu popkultury. Najpierw importowanej, potem już tworzonej na miejscu. W latach 70. TVP pod kierownictwem Macieja Szczepańskiego masowo kupowała amerykańskie filmy i seriale, co stanowiło element strategii ekipy Gierka obliczonej na wyciszenie nastrojów i danie ludziom poczucia obcowania z upragnionym Zachodem. Po Sierpniu i spacyfikowaniu „Solidarności” ten kurs był z powodzeniem kontynuowany, co zaowocowało między innymi takimi dziełami jak „Wilczyca”, „Klątwa doliny węży” albo „07 zgłoś się”. Nie mówiąc już o erupcji literackiej fantastyki.

Powszechny – i chyba słuszny – jest pogląd, że władza traktowała to jak pewnego rodzaju wentyle bezpieczeństwa, które miały rozładować gniew i odwrócić uwagę od sypiącego się państwa. Natomiast zupełnie osobną kwestią – szczególnie narzucającą się w kontekście kryminałów – jest aspekt propagandowy, czyli w tym wypadku ocieplanie nadszarpniętego wizerunku milicji. „07 zgłoś się” będzie tu przykładem modelowym.

„Zabij mnie, glino” wpisuje się w dokładnie ten sam schemat. Przylgnęła do niego opinia, że jest to amerykański sensacyjniak przeniesiony w polskie realia. I to rzeczywiście od razu się rzuca w oczy. Główny bohater, grany przez Piotra Machalicę kapitan Popczyk, to twardziel, który zatraca się w robocie, nie dostrzegając, że rozpada mu się małżeństwo. Aż chciałoby się, by topił smutki w alkoholu, ale przypuszczam, że na aż tak daleko idące uczłowieczenie bądź co bądź ludowego milicjanta nie zgodziłaby się ani Mysia, ani tym bardziej resort gen. Kiszczaka, więc Jacek Bromski odpuścił.

Współpracownicy Popczyka z komendy również wydadzą nam się dobrze znani. Jest więc partner luzak, czyli obdarzony krotochwilną twarzą jeszcze niezgwałconego przez „Klan” Andrzeja Grabarczyka Jakimowski, antypatyczny mózgowiec Kwapiński – w tej roli idealnie dobrany mrukowaty Tomasz Lengren – oraz ich szef: elegancki, szorstki, ale kiedy potrzeba pobłażliwy Jan Machulski. A do tego wszyscy chodzą wyłącznie w cywilnych ubraniach i nie jeżdżą radiowozami. Jedyne sceny, w jakich widać mundury, to te w więzieniu, gdzie noszą je strażnicy, oraz ucieczka Malika i Seweryna z sali sądowej, kiedy biorą umundurowanego funkcjonariusza jako zakładnika.

W jednej ze scen Popczyk spożywa przypominającą hamburgera kanapkę, którą wyciąga z pudełka sieci McDonald’s. Wikipedia podaje, że Bromski przywiózł je specjalnie z Londynu. W innej kobieta w pociągu czyta „Newsweeka”. Zaś broń, którą posługuje się Malik, zostaje zidentyfikowana jako Smith & Wesson. Kiedy „Zabij mnie, glino” weszło do kin, byłem zbyt mały, by odnotować reakcje ludzi, więc trudno mi ocenić, czy kwestia bycia na bakier z tzw. realizmem komuś w ogóle przeszkadzała, ale sądzę, że nie. Zapewne uznano to wręcz za atut. Co, nawiasem mówiąc, dobitnie ukazuje paradoks wynikający z tego, że aby stworzyć pozytywny obraz Milicji Obywatelskiej, musiano się uciec do wzorców z wrogiej kultury i tym samym niejako przypieczętować własną kapitulację.

Zresztą jeśli idzie o realizm, to mimo wszystkich jego zakłóceń, które na pewno muszą razić każdego, kto dobrze pamięta lata osiemdziesiąte, na planie ogólnym – w sensie atmosfery i estetyki – znów, tak jak przy „Zmiennikach”, poczułem się jak w domu. To była dokładnie ta sama Warszawa, którą pamiętałem z dzieciństwa, te same bloki, samochody. Inaczej niż w filmach współczesnych, starających się w miarę pieczołowicie zrekonstruować przeszłość – choćby takich jak „Jestem mordercą” – brak przesadnej dbałości o znajdujące się pod ręką szczegóły sprawia, że zostajesz wrzucony w ten świat na surowo.

Jednak w przeciwieństwie do Barei tu rzeczywistość została całkowicie wyabstrahowana z bieżącego kontekstu. Tak naprawdę jedynym momentem, który możemy – choć wcale nie musimy – interpretować jako aluzję do ducha czasu, jest epizod w przedziale, kiedy Dorota śledzi nerwowe ruchy dłoni Malika i później, flirtując z nim w Warsie, sugeruje, że może ten coś przewozi. Czyli w domyśle bibuła. Ale na dobrą sprawę można to spokojnie zignorować. Przestrzeń, pomijając dekoracje, jest całkowicie przeźroczysta i zuniwersalizowana, dzięki czemu historia mogłaby się dziać dosłownie wszędzie. Nawet w Nowym Jorku.

Zwłaszcza że scenariusz opiera się na typowo amerykańskim, klasycznym dla ich kultury, toposie rozgrywki pomiędzy „tym dobrym” a jego antagonistą. W „Zabij mnie, glino” owym czarnym charakterem jest oczywiście Malik (najprawdopodobniej świadome nawiązanie do łacińskiego słowa „malum” oznaczającego zło), który po ucieczce z mamra planuje zemstę na Popczyku, po drodze wyrównując rachunki z dawnymi wspólnikami oraz wplątując się w skok na wagon pocztowy przewożący większe ilości używanej gotówki. A do tego świst kul i pościgi, które choć biorą w nich udział fiaty 125p, wyglądają tylko o tyle biednie, o ile biedny był ten wykwit rodzimej motoryzacji w porównaniu ze swoimi odpowiednikami zza oceanu.

Tu warto dodać, że w rolę Malika wcielił się Bogusław Linda, co dla znających go wcześniej z występów u Wajdy czy Kieślowskiego musiało być nie lada szokiem. Dla mnie, gdy po raz pierwszy świadomie i na własną odpowiedzialność obejrzałem „Zabij mnie, glino”, właściwie trochę też, tyle że od drugiej strony. Moją znajomość z Lindą rozpocząłem od „Psów”, gdzie image sukinsyna, który u Bromskiego dopiero zaczął się klarować, osiągnął swe apogeum, po którym mógł już jedynie zjeżdżać ku autoparodii. Przyjemnie więc było ponownie cofnąć się do źródła.

Zaś jako świeżo upieczony entuzjasta nonfiction niezmiernie się ucieszyłem, przeczytawszy w Wikipedii, że pomysł filmu został zaczerpnięty z prawdziwych milicyjnych kartotek oraz że pierwowzorem postaci Malika był warszawski przestępca Jerzy Maliszewski, który również dokonywał ucieczek z zakładów karnych i, tak jak Malik, cierpiał na rzadką chorobę. Kiedy „Zabij mnie, glino” debiutował na ekranach, Maliszewski odsiadywał wyrok za postrzelenie funkcjonariusza pod Domami Centrum w 1979 roku. Na początku lat 90. otrzymał od Lecha Wałęsy ułaskawienie. Zginął od wybuchu bomby podłożonej pod willę w Markach.

Ciekawe, czy widział filmową adaptację swojej biografii. Jeśli tak, zapewne gdzieś na skraju świadomości musiała go najść podobna refleksja jak mnie w sobotni wieczór, podczas gdy moi drodzy rodacy licytowali się, kto bardziej kocha ojczyznę. A mianowicie, że ten film to utkany z marzeń o lepszym tu i teraz fantazmat, w którym policjanci… o, pardon, milicjanci są szlachetniejsi, a kryminaliści gorsi i bardziej wyrafinowani, niż byli naprawdę. I w sumie do tego sprowadza się kino, czyż nie?

Czasem po prostu człowiek ma nieodpartą potrzebę odlecieć. A szczególnie gdy stężenie szajb za oknami osiąga poziom bliski masie krytycznej. I na tym w dużej mierze zasadzał się sukces „Zabij mnie, glino” niezależnie od tego, czy miał propagandowy wydźwięk, bez którego przecież w ogóle by nie powstał. Po trzech dekadach wciąż się sprawdza w swojej klasie.

Polecam również