Sądy i osądy

Zabawy ze znakami nie są niewinne

Muszę się przyznać do rzeczy strasznej. Jeszcze do minionego tygodnia nie miałem pojęcia o istnieniu fotografii Krzysztofa Raczkowiaka, która została wykorzystana w reklamie wódki Żytniej i wywołała skandal ze stanem wojennym w tle. Kajam się tak trochę z przymrużeniem oka, gdyż sądząc po temperaturze świętego oburzenia na prawicy, z której światopoglądem w jakiejś mierze jednak się identyfikuję, taka niewiedza równa się hańbie i kompromitacji. Ale i poniekąd z autentycznym, pozbawionym cienia złośliwości wstydem, bo przecież uważam się za kogoś, kto w historii najnowszej siedzi ciut głębiej, a w każdym razie czyni w tym zakresie wysiłki.

Skoro zatem ja, lepiej albo gorzej, ale mimo wszystko w zakamarkach Peerelu zorientowany, nie kojarzyłem tego symbolicznego dla owych czasów kadru, tym bardziej do ignorancji miał prawo pracownik agencji wynajętej przez Polmos do przeprowadzenia kampanii ich produktu. Możliwe, że w tym momencie uchybiam czci ludzi z branży, niedwuznacznie sugerując, że są to niedouczeni kretyni, podczas gdy w rzeczywistości – tak przynajmniej słyszałem – tryskają inteligencją i kreatywnością. Może moje wyobrażenie o tym środowisku jest stereotypowe i krzywdzące – cóż, nie należy tego wykluczyć. Tak czy inaczej, opcja, że artysta klecący ową nieszczęsną grafikę po prostu nie miał świadomości historycznego i emocjonalnego ładunku materiału bazowego, nie wydaje mi się aż tak ze szczętem nieprawdopodobna.

Co bynajmniej nie oznacza, że jako stokroć prawdopodobniejsza nie jawi mi się sytuacja, gdy doskonale wiedział, a i tak bez skrupułów po pracę Raczkowiaka sięgnął. Więcej! – wiedzieli jego przełożeni, którzy projekt zatwierdzili. Wszyscy, którzy w rzeczonej sprawie zdążyli już zabrać głos, jednoznacznie wskazali na obecność w takich firmach restrykcyjnych procedur. A gdyby nawet one zawiodły, pozostaje otwarta kwestia, skąd i jaką metodą agencja zdjęcie śmiertelnie rannego Michała Adamowicza pozyskała. Przypadkiem im się wyświetliło, kiedy surfowali po necie? Śmiem wątpić.

Nie chcę snuć teorii spiskowych i domniemywać, kto i w jakim celu zmontował prowokację, ale co do wniosku, że jakiś rodzaj prowokacji to był, wypada mi się zgodzić ze Stanisławem Janeckim. Jego szersza konkluzja, że współczesną sztukę zdominowała idiotyczna tendencja do przekraczania wszelkich granic, a nafajdanie na dywan stanowi nader łatwą wymówkę dla rozmaitych miernot udających wielkich awangardzistów i buntowników, także jest na wskroś słuszna. U podstaw idei dekonstrukcji tkwią mocno ambiwalentne założenia. Bo niby z jednej strony rozbijanie utartych form i odsłanianie ich gramatyki może doprowadzić do wyłonienia nowych jakości, czy też – jak postulował Foucault – do wyswobodzenia się z pęt języka przez samo ich obnażanie, ale z drugiej może się stać pretekstem do ślepej, nihilistycznej destrukcji, na której zawsze ktoś zbija polityczny kapitał.

Obszar znaków i symboli to niebezpieczny teren. To istne semiotyczne pudełko z zapałkami, zabawa którymi może się źle skończyć. Wbrew ezoterycznym zaklęciom Derridy i zastępów jego epigonów znaki – o, zgrozo! – mają to do siebie, że znaczą. Nie odsyłają w pustkę, nie są jedynie tekstami, które można poddawać dowolnym interpretacjom, nabudowywać warstwy i komentarze. To, jakie znaki funkcjonują w przestrzeni i co ze sobą niosą, wywiera całkowicie realny wpływ na świadomość i sposób percypowania świata przez zanurzonych w nich ludzi. Posługiwanie się znakami, manipulowanie nimi, rodzi rzeczywiste konsekwencje, a zatem też nakłada odpowiedzialność na tych, którzy to robią – bez względu na to, czy i w jakim stopniu są jej świadomi.

Derrida i inni postmoderniści wykonali w poprzednim wieku prawdziwie mrówczą robotę, by zrelatywizować i rozbebeszyć do ostatniej śrubki, co tylko się da. A skoro zniknęły absolutne kryteria, to – wedle sztandarowego hasła ponowoczesności – anything goes! Wszystko ujdzie, wszystko jest do pomyślenia. Kultura zmieniła się w szwedzki stół z kolorowymi potrawami, które można swobodnie mash-upować bez obawy o niestrawność. Masowy morderca Ernesto Guevara może bez przeszkód funkcjonować jako nadruk na modnych koszulkach, błyskawice Waffen SS świetnie sprawdzą się w roli ozdoby fikuśnej czapeczki lansującego się celebryty, a podziurawiony milicyjnymi kulami górnik nie trzyma się na nogach, bo ostro zapił.

Po medialnej awanturze z Michałem Witkowskim Jason Hunt zapytał na swoim blogu, co tak oburzającego jest w symbolu SS na czapce. Wskazuje też, jak ma w zwyczaju – a swoją drogą osobliwe, że tym razem nie pokusił się o wetknięcie trzech groszy – na hipokryzję tych, co na biednego Michaśkę tak naskoczyli. Ja bym powiedział, że nie tyle oburzający jest tu sam fakt wykorzystania kontrowersyjnych symboli, co niefrasobliwość, jakaś infantylna dezynwoltura, z jaką się to czyni.

W Polsce od dawna istnieje nurt tak zwanego odbrązawiania narodowych mitów. Jest on tyleż wentylem dla zakompleksionych idiotów, którzy odczuwają nieodpartą potrzebę upuszczania frustracji z powodu brzemienia swej polskości, co bardzo użytecznym instrumentem w rękach cynicznych graczy, którzy dzięki niemu tymże idiotom skutecznie dyktują taneczny krok. Jest wesoło, gdyż możemy wetknąć flagę w gówno, a zamiast hymnu zaśpiewać, że w razie czego spierdolimy z „tego kraju”, gdzie pieprz rośnie, bo sprzątając po swoim psie i płacąc podatki, już uregulowaliśmy patriotyczne zobowiązania, więc się od nas odwalcie. Tylko że wcale tak wesoło nie jest. Niszczenie delikatnej semiotycznej osnowy wytwarza próżnię, w której każdy obalony, zdemitologizowany i rozbrojony znak ktoś zechce zastąpić innym. I może dokładnie o to idzie.

Za wniosek końcowy niech posłuży taka oto anegdota. Wczesny sobotni poranek 15 sierpnia; spacerując z psem, mijam osiedlowy śmietnik, na którym powiewa biało czerwona flaga. Nie wiem, jak się tam znalazła, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że ktoś postanowił zawiesić ją tam, bo na żadnym bloku nie było rurek do zatknięcia drzewca. Owszem, były. Prawdopodobnie z jednej z nich została zabrana. Dobrze przynajmniej, że dowcipniś nie wrzucił jej do kontenera i zadowolił się zaczepieniem o metalowe pręty obudowy. Zdjąłem ją stamtąd i zawiesiłem przy najbliższej klatce. Parę metrów dalej leżała stłuczona butelka po piwie, o którą pies omal nie pokaleczył sobie łap.

Nigdy nie otaczałem flagi szczególnie nabożną czcią, ale to zdarzenie naprawdę potężnie mną wstrząsnęło. Aż sam się zdziwiłem jak. Przez ten krótki moment najszczerzej znienawidziłem rodaków. Głupie polskie buractwo należało do bodajże najłagodniejszych cisnących mi się na usta określeń. Nie tylko dlatego, że noszą w sobie wystarczającą dawkę debilizmu, by szargać symbol własnego kraju. Ani nawet nie dlatego, że w Irlandii, która części z nich ciągle śni się po nocach jako ziemia obiecana, braliby z pocałowaniem ręki najgorszą robotę i wykonywali ją lepiej, niż kiedykolwiek zrobiliby tu. Rozwścieczyło mnie przede wszystkim to, że zastępy odbrązawiaczy i dekonstruktorów w nich tę postawę karmią.

Jedno pociąga drugie, akcja wywołuje reakcję. Zjesz przeterminowany twarożek – dostaniesz rozwolnienia. Szydzisz z ofiar stanu wojennego – nie dziw się, jeżeli jutro znajdziesz flagę na śmietniku. Znaki mają to do siebie, że znaczą. A po psie sprzątnąłem.

Polecam również

  • Marcin Królik

    Musiałem ten wpis opublikować od nowa jeszcze raz. Wczoraj po pierwszej publikacji okazało się, że blog coś szaleje z bezpośrednimi łączami do poszczególnych notek. Mogło to być związane z zainstalowaniem wtyczki do edycji arkusza stylów, której działanie widzicie Państwo na stronie choćby przez zmianę odcienia i wielkości czcionek, ale niekoniecznie. Równie dobrze mogłem zawinić ja, bo gdy próbowałem udostępnić artykuł na Facebooku, robił się odsyłacz do głównej, co mogło wynikać też z chwilowej niedyspozycji fb. A ja w panice zmieniłem ustawienia odnośników, czego absolutnie się nie robi, gdy strona już kawałek żyje, a ty nie masz pojęcia o kodowaniu. Przywróciłem domyślne ustawienia i mam nadzieję, że teraz wszystko już będzie w porządku. To tak gwoli informacji subskrybentom, którzy dostali kolejne powiadomienie o nowym-starym wpisie. Jeśli problemy będą się pojawiały dalej, to chyba zacznę pić… kefir 🙂