Zapiski czytelnika

Z Hemingwayem na Golfsztromie, czyli idealna lektura na lato

Moją miłość do prozy Ernesta Hemingwaya ostatecznie zabiły „Zielone wzgórza Afryki”. Jest to książka tak potwornie nudna i napompowana ego autora, że choć wydanie, które posiadam, liczy niecałe dwieście stron, jej zmęczenie zajęło mi kilka tygodni. Papa by się na taką opinię wściekł, bo uważał ją za jedną ze swych najbardziej udanych. Poza tym do szaleństwa kochał Afrykę, omal nie przypłaciwszy tej namiętności życiem, gdy miał tam wypadek samolotowy i przez kilka dni świat stawiał na nim krzyżyk. Zarówno przed „Zielonymi wzgórzami”, jak też i po nich, spłodził kilka lepszych rzeczy, jednak właśnie ta spowodowała u mnie przesyt.

Twórczość Hemingwaya zestarzała się być może dostojnie, lecz wyjątkowo szybko. Choć jest jedna jego powieść, o której nadal myślę ciepło i chętnie do niej wracam. W każdym razie do jej części. „Wyspy na Golfsztromie” zostały pierwszy raz opublikowane w 1970 roku, a więc blisko dekadę po samobójstwie pisarza. Mary, jego ostatnia żona, wydobyła ów tekst ze sterty pozostałych po Papie rękopisów, wśród których znalazł się też między innymi „Rajski ogród” – kawałek dosyć zagadkowy i z pewnością wart osobnego omówienia. Hemingway rozpoczął pracę nad „Wyspami” jeszcze przed wypadkiem, a ich fragment ujrzał światło dzienne za jego życia jako słynny „Stary człowiek i morze”.

Książka, mimo iż – jak w krótkim wstępie zastrzega Mary – w całości jest autorstwa Ernesta, tak naprawdę stanowi kompilację trzech odrębnych nowel, które łączy tylko postać głównego bohatera – malarza Thomasa Hudsona. I właśnie ta ich wzajemna autonomiczność sprawiała mi zawsze trudność w lekturze. Za każdym razem musiałem na nowo wczuwać się w sytuację Hudsona i poznawać go od zera. Dlatego robiąc sobie powtórki, zwykle poprzestaję na części pierwszej.

Poznajemy w niej Hudsona jako typowego hemingwayowskiego stoika, który to po burzach i naporach młodości osiadł na tropikalnej wysepce w archipelagu Bimini – wysuniętej najdalej na zachód i jednocześnie położonej najbliżej wschodniego wybrzeża Miami części Bahamów. Hudson to oczywiście przetworzone artystycznie alter ego Hemingwaya, a jego rajski zakątek odgrywa tu rolę Key West, gdzie Hemingway mieszkał mniej więcej w czasie opisywanych w powieści wydarzeń. Stary Tommy uprawia tam zaawansowany eskapizm, na który pozwalają mu dochody ze sztuki. Zimą przygląda się płonącemu w kominku drewnu, latem zaś studiuje huragany. No i pije.

Wątek alkoholowy, swoista celebracja picia jako rytuału tyleż estetycznego, co mistycznego, zajmuje tu – jak zresztą w całej twórczości oraz biografii autora – poczesne miejsce. Niezbyt czuję się na siłach ją analizować, bo na drinkach się nie znam, nie sposób jednak zaprzeczyć, że towarzyszenie Hudsonowi w barze, kiedy sączy daiquiri z wysokiej oszronionej szklanki, pobudza kubki smakowe. Zresztą w ogóle zmysły mają przy tej książce obfitą ucztę. Jej język jest niesamowicie malarski, jak gdyby Hemingway rzeczywiście pragnął uchwycić w słowach esencję plastycznego widzenia świata przez Hudsona.

Równie subtelnie oddaje też Papa charakter swego bohatera – jego wycofanie się, otorbienie w kokonie drobnych czynności i budowanie w nim intymnej przestrzeni, która ma go odciąć od dawnego życia. Życia – jak to u Hemingwaya – zarazem ekscytującego i tragicznego. Są tu i słyszane w podmuchach wiatru echa wojny, i żal po zniszczonych uczuciach. Lecz są także i synowie, którzy pewnego lata przybywają na wyspę w odwiedziny do ojca. Hudson, choć się autentycznie cieszy na spotkanie z dawno niewidzianą progeniturą, gdzieś w głębi hoduje też strach. Ale, jak się wydaje, nie tyle przed tym, że potomkowie zrujnują mu idylliczny spokój, co raczej przed emocjami, jakie ich pojawienie się niechybnie wywoła. Od tej sfery Hudson wszak uciekł na piękne Karaiby.

Wzrusza obserwowanie jak stopniowo, poniekąd wbrew sobie, ale i z rosnącą przyjemnością, wychodzi z tej skorupy. Z rozdziału na rozdział jego wychłodzone serce coraz to intensywniej się żarzy. Hemingway z niezwykłą, nawet jak na niego, czułością pokazuje więź ojca i synów. „Wyspy” to w ogóle kolejny w dorobku Papy portret męskości. Ze współczesnej perspektywy może nieco sztucznej, uwierającej swym jeszcze dziewiętnastowiecznym archaizmem, mimo to, w przeciwieństwie do wcześniejszych dzieł, na tyle dojrzałej i pogłębionej, że można się z nią chyba zidentyfikować. Bije z niej w każdym razie jakiś uniwersalizm.

Dlatego tym większym ciosem – zarówno dla Hudsona, jak i dla czytelników – będzie później śmierć chłopców. W dalszych częściach otrzymujemy wgląd w świat pewien czas po tragedii. Trwa wojna, a Hudson – jeszcze bardziej zdystansowany i zamknięty w sobie, niż z początku – na przemian rozmawia z kotami, wspomina dawne stracone szanse i wraz z garstką kumpli z wyspy ściga niemieckie łodzie podwodne. Jest to kolejny biograficzny ślad Hemingwaya, który zabawiał się w tropienie u-bootów u wybrzeży Kuby na swoim jachcie Pilar, przy okazji przynosząc chyba więcej szkód niż pożytku amerykańskiej marynarce wojennej.

Nie to jednak stanowi główną słabość tych partii książki. Pomijając wzmiankowany powyżej fakt, że pierwotnie miały one być samoistnymi zamkniętymi utworami, Papa najzwyczajniej traci cudowną lekkość z pierwszej części. Popada w swą typową pompatyczną manierę. Znów kreuje pomnikowego macho, który utraciwszy wszystko, co kochał, ma do utracenia jeszcze tylko honor, a zanim bohatersko zginie, spełni męską powinność wobec ludzkości najlepiej jak umie.

Tak naprawdę całość niebezpiecznie balansuje na krawędzi autoparodii. Pomimo to pierwsza część oprócz według mnie bardzo realistycznie nakreślonej psychologii broni się samą akcją, jak też – dodatkowa wartość – licznymi retrospekcjami z paryskich lat Hudsona, czyli samego Papy. Wiele z tego, co Hudson opowiada chłopcom, zostało, już bez masek, rozwinięte przez Hemingwaya w „Ruchomym święcie”. Mamy więc przepyszne anegdoty dotyczące Joyce’a, Picassa oraz innych mniej lub bardziej znaczących przedstawicieli bohemy z dwudziestolecia. A wszystko podane z mieszaniną dowcipu i poetyckiej melancholii. Plus znakomity epizod z łowieniem marlina, który skądś jakby już znamy.

Na moim egzemplarzu „Zielonych wzgórz Afryki” jest zdjęcie Hemingwaya z Bronisławem Zielińskim, zrobione podczas trzydniowego pobytu polskiego tłumacza w Ketchum w 1958 roku. Zieliński opisał ową wizytę w prowadzonym niezwykle skrupulatnie dzienniku, który wszedł w skład zredagowanej przez Mirę Michałowską książki „Do zobaczenia, stary wilku”. Gdy więc Zieliński odnotowuje, że Papa pokazał mu swoją pracownię i rozłożone na pulpicie kartki, zachodzi prawdopodobieństwo, że mógł to być właśnie szkic któregoś z aktów „Wysp na Golfsztromie”.

Hemingway – wówczas już praktycznie pokonany przez swoje demony – pokładał w morskiej trylogii wielkie nadzieje. Miała ona być triumfalnym powrotem po zmiażdżonej przez krytykę –rzeczywiście fatalnej – powieści „Za rzekę w cieniu drzew”. To, co ostatecznie poznaliśmy jako „Wyspy…”, może i nie do końca spełniło aspiracje, jest to jednak nadal proza miejscami naprawdę świetna, w której Papa, choć musiał sobie zdawać sprawę, że przegrywa, potrafił tu i tam zabłysnąć kunsztem.

Polecam również