Z Bukowskim przez mrok

Do tematu Charlesa Bukowskiego postanowiłem wrócić pod wpływem filmu „Bukowski – wędrówka przez mrok”, który ostatnio znalazłem, przeczesując swoje zbiory i szukając czegoś na wieczór. Kilka lat temu, gdy miałem ostrą fazę na Hanka, ten dokument zrobił na mnie duże wrażenie. Pokazywał Bukowskiego nie tylko jako ikonę czy obiekt kultu, ale też jako zwykłego człowieka – starzejącego się, nie zawsze radzącego sobie z dorównaniem własnej legendzie. Weźmy choćby scenę, gdy Bukowski traci nad sobą panowanie i robi żonie awanturę przy włączonej kamerze. Nawiasem mówiąc, powinni byli to wyciąć.

Od razu drobna uwaga co do tytułu. W polskim obiegu zetknąłem się z dwoma – tym, który podałem i pod którym film został pokazany między innymi na kanale Planete, oraz bardziej dosłownie przetłumaczonym z oryginału „Bukowski – stworzony do tego”. Stanowi on bezpośrednie nawiązanie do wersu „born into this” pochodzącego z wiersza Bukowskiego „Dinosauria, We”. Wiersza – jeśli mogę się tak wyrazić – mimo wszystko nietypowego dla dorobku tego autora. Bukowski napisał go pod koniec życia, podobnie jak powieść „Szmira” – według mnie jedną z jego najlepszych, o ile w ogóle nie najwybitniejszą. Wyjątkowość obu utworów polega przede wszystkim na tym, że Bukowski nie pisał w nich o sobie – a w każdym razie nie aż tak wprost.

Oglądając ten film teraz, zadawałem sobie przede wszystkim pytanie, dlaczego właściwie Bukowski stał się jednym z moich mistrzów. Bo chyba mogę go tak śmiało określić. Miał na moje własne pisarstwo naprawdę duży wpływ. Co jest przecież o tyle dziwne, że absolutnie nic nas nie łączy, poczynając od biografii, a kończąc na podejściu do rzemiosła. Nie uważam bowiem, by do pobudzania twórczych fluidów konieczne były hektolitry wódy i dupczenie. On zresztą też więcej gadał, niż faktycznie rżnął i chlał.

Tak naprawdę im więcej się Bukowskiego czyta – zwłaszcza prozy, bo z poezją jestem mniej zaznajomiony, więc wolę się nie wypowiadać – tym bardziej monotematyczny się jawi. Dość częsta przypadłość u pisarzy, którzy bazują głównie na własnym życiu. Oczywiście, że mniej lub bardziej je koloryzują – choć Bukowski gdzieś podobno przechwalał się, że zmyślił tylko trzy procent – niemniej już sam fakt, że czynią swoje literackie alter ego głównym bohaterem, znacznie zawęża paletę chwytów. No bo w końcu ile i jak bardzo różnorodnych przygód może się przydarzyć jednemu człowiekowi? Są oczywiście tacy twórcy jak Philip Roth, którzy z autobiografizmem artystycznie pogrywają, ale Bukowskiego nie należy zbytnio o takie pomysły podejrzewać.

Fabularnie mamy więc zawsze do czynienia z pierwszoosobowym narratorem, niejakim Henrym Chinaskim, który pije, pisze, miota spermą na prawo i lewo, wylatuje z kolejnych posad i cierpi, gdy wydawnictwa odrzucają jego teksty. Bukowski niekiedy porzuca ten sztych w opowiadaniach, ale powieści są już stricte gombrowiczowskie – poniedziałek ja, wtorek ja, środa ja. Ów egocentryzm, jakkolwiek stanowi jedno ze źródeł jego kultu, w większej dawce staje się po prostu nudny. Mi na przykład szczególnie doskwierało to w powieści „Kobiety” i w „Faktotum”.

Ale Bukowskiego da się – a wręcz się powinno – czytać między wierszami. Bo właśnie tam kryje się to, co najciekawsze. Nie tylko opis brzydszego oblicza Los Angeles i bezgranicznej samotności zdanych na jego pastwę wykolejeńców, ale choćby rozrachunek z protestanckim etosem pracy, na którego fundamencie opiera się mit o amerykańskim śnie. Bukowski przez całe lata czterdzieste tułał się za robotą po kraju, a potem gnuśniał na poczcie. I najbardziej w tej jego robotniczej odysei paradoksalne jest to, że jeśli ktoś ów etos ucieleśniał, to właśnie on – niezmordowany cieśla w warsztacie języka, dostający bez przerwy kopniaki w zad, zżarty przez alkohol i beznadzieję, a mimo to wytrwale brnący do przodu.

Właśnie to mnie najbardziej uderzyło – to bezpardonowe oskarżenie, jakie Bukowski chyba nie do końca świadomie wymierzył amerykańskiemu kapitalizmowi. Na kartach jego historii roi się od szefów-kretynów i sprowadzonych do roli bezmyślnych automatów podwładnych, którzy w tępym wzroku mają wytrawione tylko jedno marzenie: dostać tygodniówkę i czniać to gówno do poniedziałku. Pozornie to z nim coś jest mocno nie halo. To on, wieczny abnegat i pijak, nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca na dłużej ani się nigdzie wpasować., ale gdy się uważnie przyjrzeć, nagle ze zdziwieniem odkrywasz, że to on z tym swoim uporczywym trwaniem przy pisarstwie, z wiarą w nie, jest depozytariuszem prawdziwych amerykańskich wartości.

Jego koronnym atutem okazuje się indywidualizm. Skrajny, patologiczny – ktoś mógłby rzec. Tak bardzo, zdawałoby się, sprzeczny z modelem umasowionego społeczeństwa, w którym przyszło Bukowskiemu wyrąbywać sobie ścieżkę przez mrok, ale jednocześnie tak bardzo nieodzowny, by nie postradać w nim zmysłów. Owszem, możemy się zżymać na formę jego ekspresji. Z dzisiejszego punktu widzenia może ona nam się wydawać przereklamowana – w końcu oglądaliśmy już „Californication” – ale co do zasady musimy przyznać, że celebracja odrębności to jedyna skuteczna odtrutka na kolektywne szaleństwa. I Bukowski ją właśnie sobie aplikuje. Na właściwą sobie miarę.

Na tle innych jego powieści oprócz „Szmiry” zdecydowanie na plus wybija się „Hollywood”. Osnuł ją wokół swoich doświadczeń z okresu kręcenia „Ćmy barowej”. Dupczenia zbytnio tam nie uświadczymy, a i z procentami Chinaski wyhamowuje, ale mamy za to bezpardonową i niepozbawioną satyrycznego sznytu wiwisekcję przemysłu filmowego od kuchni. Bukowski już tu wykonał wysiłek, by swoje zaborcze ego wycofać w cień i być może utorować drogę do „Szmiry” właśnie, która stanowiąc postmodernistyczny żart z popkultury w duchu Tarantino, jednocześnie dowodzi jego artystycznej klasy i głębokiej samoświadomości. Nie mówiąc już o zmaganiach z czyhającą za rogiem Panią Śmiercią. Mocna rzecz.

Co więc mnie do Bukowskiego przyciągnęło? Sądzę, że przede wszystkim nauczył mnie, jak wejść w kontakt z własną osobowością, jak się tego nie bać i czerpać z tego inspirację. Chyba w ogóle na tym polega owocne branie od innych. Największym darem, jaki jeden pisarz może ofiarować drugiemu, to pokazać mu, jak on sam radził sobie z oporem materii. Nikt nigdy nie powtórzy niczyich zmagań, nie uwłaszczy się ani nie wybije na cudzych patentach, ale może czerpać otuchę z myśli, że inni tę ścieżkę przez mrok przeszli już wcześniej. I że dokądś tam jednak dotarli.

Jedno, czego Bukowskiemu szczerze zazdroszczę, to jego wydawca John Martin. Facet postawił na szali całe swoje życie – z domem i małżeństwem na czele – tworząc oficynę Black Sparrow Press tylko po to, by móc Bukowskiego drukować. I to niezależnie od tego, czy odnieśliby sukces, czy by wtopili. No ale cóż – jedni mają Black Sparrow Press, a inni… WordPress. Też w sumie git.

Polecam również