Wojna światów, czyli jak skręcić fejka

Tym razem będzie wybitnie radiowo. Bo też i sam temat dotyczy radia. A konkretnie pewnej słynnej, uznawanej przez wielu za kultową, audycji. Będzie też wybitnie retro, vintage i co tam jeszcze, ponieważ zamierzam zabrać was w podróż w czasie. Konkretnie cofniemy się o osiemdziesiąt lat. Choć bynajmniej nie po to, by snuć jakieś ckliwe wspominki. Raczej po to, by – jak ja to lubię często powtarzać – odnaleźć w przeszłości klucz do lepszego pojęcia teraźniejszości. No i przy okazji przekonać się, że – jak z kolei celnie ujął dobrodziej ksiądz proboszcz w filmie „U Pana Boga za piecem” – czasy niby są zawsze inne, a zawsze jakby takie same.

A owa audycja to oczywiście legendarne słuchowisko „Wojna światów” w reżyserii Orsona Wellesa. Zostało ono, przypomnijmy, wyemitowane przez rozgłośnie CBS 30 października 1938 roku w ramach tzw. Mercury Theatre. Była to adaptacja powieści sf autorstwa innego Wellesa – czy może raczej Wellsa – o imionach Herbert George. Za sprawą obu panów W ten z pozoru zwykły październikowy wieczór w New Jersey miał jakoby przejść do historii. A to dlatego, że – wedle setek utrwalonych przekazów – radiowa wersja „Wojny…” wywołała masową panikę, która wybuchła najpierw w Nowym Jorku i okolicach, by następnie rozsiać się na cały kraj i opanować miliony ludzi.

Mieli oni jakoby uwierzyć, że Stany Zjednoczone zostały zaatakowane przez Marsjan. Bo o tym właśnie traktuje fabuła książki. No, może nie dosłownie, bo w powieści miejscem akcji jest wiktoriańska Anglia, ale chodzi tu o samo sedno. Wszystko miało się wydarzyć w ciągu godziny. Tyle bowiem trwała audycja w CBS. Według zwolenników teorii o panice miało się stać tak między innymi ze względu na wymyślony przez Wellesa sposób jej realizacji. Treść została podana w formie sfingowanego przekazu „na żywo” z rzekomej inwazji przybyszów z czerwonej planety.

A dlaczego tak często czynię tu zastrzeżenia, że „miało” i „jakoby”? O tym za chwilę. Teraz wróćmy do współczesności. Niewątpliwie jednym z ważkich problemów dzisiejszego świata jest zjawisko tzw. fake newsów. Dużo i obszernie się o nim mówi, kto żyw deklaruje walkę z nimi. Zapewne w niedalekiej przyszłości jednym z bardziej pożądanych zawodów w obrębie mediów stanie się tzw. fact checking, czyli po prostu sprawdzanie, co jest prawdą, a co nie. Przez fake newsy upadają rządy. Jedni przegrywają wybory, inni je wygrywają. Za pomocą fake newsów władzę w USA miał (znowu miał) przejąć Donald Trump. I tak dalej, i tak dalej. Ogólnie można by śmiało powiedzieć, iż fake news w naszej rzeczywistości ostro miesza.

Zdaje się to o tyle bardziej przykre, że jego niesamowita kariera to w znacznej mierze efekt rozwoju technologii informacyjnych. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych różni wizjonerzy cyfrowej utopii wieszczyli, że sieć da wreszcie ludziom upragnioną wolność. A tymczasem przez to, że praktycznie każdy może zostać nadawcą, pogłębił się jedynie chaos, co bardzo rozkwitowi fake newsa pomogło.

Ale co to właściwie jest ten cały fake news? Z pozoru niby banalne pytanie. Zamieszczona w anglojęzycznej Wikipedii definicja mówi, że fake news to, ni mniej, ni więcej, taki przekaz, który opiera się na celowej dezinformacji lub oszustwie. Przy czym właśnie ta celowość jest tu kluczowa. Na którymś etapie informacyjnego łańcucha musi zajść świadome fałszerstwo i zniekształcenie rzeczywistości. Ci zaś, którzy się go dopuszczają, robią to zazwyczaj, by osiągnąć konkretne efekty. Najczęściej chodzi o dyskredytację przeciwnika politycznego. A ujmując rzecz zupełnie wprost: fake news to po prostu stare dobre kłamstwo, tyle że w ciut bardziej atrakcyjnym opakowaniu.

Oczywiście sam w sobie nie jest niczym nowym. Istnieje praktycznie od zarania naszego gatunku. Wśród znamiennych historycznych przykładów jego użycia można by wymienić propagandową kampanię oszczerstw rozpętaną przez cesarza Oktawiana przeciwko jego rywalowi Markowi Antoniuszowi, w której został przedstawiony jako pijak, brutal i, ogólnie, zwierzę w ludzkiej skórze. Od razu też na myśl nasuwa się Sun Zi, wielki chiński strateg i teoretyk polityki, który już pół wieku przed Chrystusem zalecał, by walczyć z oponentami, na wszelkie możliwe sposoby mieszając im w głowach.

Tak naprawdę najbardziej niebezpieczni są jednak ci, którzy rozprzestrzeniają fałszywki nieświadomie lub nie do końca świadomie. Kiedy na przykład wielka pani pisarka Maria Nurowska szeruje na Facebooku memy z „Soku z Buraka” o krytykującym PiS generale amerykańskiej armii, który w rzeczywistości jest postacią z filmów porno, to przecież jej intencją nie jest celowe wprowadzanie w błąd. Ona po prostu pała taką szczerą, zdrową, chłopską nienawiścią do PiS i wszystko, co jest mu nieprzychylne, z zasady bierze jako prawdziwe. Najzwyczajniej zgadza się to z jej wizją świata. Tak właśnie działa fake news.

I podobnie było z „Wojną światów” Wellesa. Przez wiele lat wersja o spowodowanej przez nią masowej psychozie była powtarzana jako nieomal dogmat. Ja sam w nią do niedawna wierzyłem. Mimo swojej absurdalności wydawała mi się najzupełniej prawdopodobna. No bo przecież media mają ogromną siłę oddziaływania, prawda? Nawet dziś, a co dopiero w czasach, kiedy – jak zwracali uwagę niektórzy medioznawcy omawiający fenomen owego słuchowiska – ludzie byli o wiele bardziej prostolinijni i skłonni uważać to, co serwowali im dziennikarze, za prawdę obiektywną.

W 1938 roku świat stał na krawędzi wojny. Wyczuwało się narastające napięcie. Hitler w Rzeszy pokazywał już swoją prawdziwą twarz. Welles zresztą mocno bazował na tych nastrojach. Nie wydawało mi się więc aż tak bardzo niemożliwe, że słuchacze mogliby wpaść w popłoch. Można tu zresztą przeprowadzić analogię do dzisiejszej epoki terroru, gdy alarm może wszcząć choćby zwykły plecak zostawiony w metrze lub jakiś strzępek niezweryfikowanej informacji. Więc tak, to było do pomyślenia. Tyle że… się nie zdarzyło.

A właściwie poniekąd się zdarzyło. Już kilka dni po emisji „New York Times” zakrzyczał na pierwszej stronie, że słuchacze wpadli w histerię, biorąc fikcyjną fabułę za fakt, „Chicago Herald” ogłosiło, że fałszywka przestraszyła naród, a „San Francisco Cronicle” napisało o kraju sterroryzowanym przez radiowe istoty z Marsa. W ciągu zaledwie miesiąca na całym świecie pojawiło się blisko 12 tysięcy artykułów prasowych o panice spowodowanej przez audycję Wellesa. Sześć tygodni po emisji Amerykański Instytut Badan Opinii Publicznej wydał specjalny raport o milionach przerażonych, usiłujących uciekać z miast słuchaczy. Ba, w tę narrację włączył się również Hitler, który stwierdził, że jest to dowód dekadencji i rozkładu zachodniej demokracji.

I to wszystko, mimo iż w trakcie trwania audycji trzykrotnie puszczano komunikat, że jest to fikcja literacka. Cóż, może co poniektórzy akurat wtedy wyszli zrobić sobie kanapkę? Albo zbyt późno włączyli odbiorniki? Takie opinie też się pojawiały. Sam Welles, chyba odrobinę wystraszony skalą rozpętanego przez siebie żywiołu, stwierdził później, że „Wojna…” była swego rodzaju eksperymentem, mającym wykazać, jak daleko może sięgać wpływ mediów na ludzi, tyle że nie do końca kontrolowanym. W rezultacie im więcej czasu mijało od emisji, tym więcej osób zarzekało się, że słuchali „Wojny” na żywo lub przynajmniej byli świadkami wzmiankowanej paniki. Po paru latach powszechne stało się przekonanie, że „Wojna” była najchętniej słuchanym programem w ten pamiętny wieczór.

Jedną z pierwszych prób demitologizacji legendy podjął w 1954 roku felietonista i znawca historii radia Ben Gross. Na łamach „New York Daily News” napisał, że nie tylko rzekoma panika była w rzeczywistości niezauważalna, ale też, że większość słuchaczy miała w ów wieczór odbiorniki nastawione na NBC. „Wojny” słuchało zaledwie 2 procent, co niezbicie wykazał telefoniczny sondaż przeprowadzany w New Jersey podczas audycji. Niewiele to jednak pomogło. Przez kolejne dekady legenda żyła własnym życiem.

Oczywiście znane są pojedyncze przypadki. Jeden ze słuchaczy rzekomo domagał się za doznany szok pięćdziesięciu tysięcy dolarów odszkodowania i groził podpaleniem gmachu CBS w razie niespełnienia jego żądań. Sprawa jednak szybko została zamknięta. Z kolei pewien mężczyzna z Massachusetts wystąpił przeciwko Wellesowi na drogę sądową, bo – jak twierdził – uciekając przed kosmitami wydał na pociąg pieniądze, które zbierał na buty. Sąd nakazał Wellesowi wypłatę równowartości jednej pary męskich butów, co też artysta ponoć grzecznie uczynił.

Jednak prawdziwy przełom nastąpił w 2013 roku. Dwaj medioznawcy – Jefferson Peeley z Muhlenberg College i Michael J. Socolov z uniwersytetu stanu Maine – opublikowali wyniki przeprowadzonego przez siebie śledztwa, którego celem było dokładne sprawdzenie, jak to możliwe, że audycja słuchana jedynie przez garstkę odbiorców, z których, jak się okazało, nikt nie wziął jej na serio, dziś jest postrzegana jako impuls do ataku narodowej paniki. Ich ustalenia były mocno zaskakujące.

Otóż wszystkiemu były winne amerykańskie gazety. Ale jeszcze bardziej pieniądze z rynku reklam, które straciły, gdy radio zaczęło zyskiwać masową popularność. W audycji Wellesa wydawcy prasy dostrzegli wyśmienitą okazję do zdyskredytowania nowego medium jako rzetelnego źródła informacji. Zupełnie cynicznie rozpętali więc kampanię, która sprawiła, że „Wojna…” mimowolnie zapisała się na kartach niełatwej historii XX wieku jako niechlubny przykład zbiorowego prania mózgu. Ironia losu, czyż nie? Manipulacja jak najbardziej była, tyle że nie tam, gdzie wszyscy ją widzieli.

Oczywiście, jak zawsze w podobnych wypadkach, możemy się natknąć na głosy, że panika jak najbardziej wybuchła, a cała sprawa została zatuszowana, bo w gruncie rzeczy „Wojna” była eksperymentem psychologicznym, sterowanym przez amerykański rząd. Mniej więcej na analogicznej zasadzie oskarża się Stanleya Kubricka, że pomógł ukartować lądowanie misji Apollo na księżycu, a potem, dręczony wyrzutami sumienia, zakamuflował prawdę w filmie „Lśnienie”. Mnie osobiście wydaje się to mało prawdopodobne, choć cząstka mojego umysłu podatna na doszukiwanie się wszędzie drugiego dna z trudem opiera się pokusie.

Sam Welles, ogólnie rzecz biorąc, wyszedł na tym interesie całkiem nieźle. „Wojnę” zrobił jako zaledwie 23-latek, a już kilka lat później nakręcił słynnego „Obywatela Kane’a”, który co prawda nie odniósł spektakularnego sukcesu, lecz z biegiem lat stał się obiektem kultu rzesz kinomanów. Dziś Wellesa powszechnie uważa się za jedną z najbardziej wpływowych figur amerykańskiej kultury. Jego interpretacja „Wojny światów” na stałe weszła do mitologii XX wieku. Na pewno jest dowodem tego, jak łatwo można manipulować opinią publiczną – i to niezależnie, czy domniemana panika miała miejsce, czy nie.

Dla nas powinno się to stać cenną lekcją. Bo o ile ludzie przed osiemdziesięciu laty wcale nie byli aż tak naiwni, jak często próbuje się nas przekonywać, o tyle my dziś, z całą naszą technologią, mediami społecznościowymi i tabunami wyjaśniaczy rzeczywistości, wcale nie jesteśmy aż tak odporni na fake newsy, jak pragnęlibyśmy wierzyć. Może po prostu lubimy być oszukiwani? I damy się omamić każdemu, kto potwierdzi naszą, jedynie słuszną, wizję świata.


Główne źródło:

Poprzednie