Wildstein w dolinie cieni

cienie moich czasów

Często powtarza się pogląd, że Bronisław Wildstein ma kiepski warsztat literacki. Jest ostrym i celnie wymierzającym publicystyczne razy diagnostą współczesności, jednak jako prozaik w ogóle się nie sprawdza. Szczególnie głośno podnoszono tę kwestię po otrzymaniu przez niego „Mackiewicza” za „Dolinę nicości”. Krytycy zarzucali, że nagroda – już z samej swej natury tożsamościowa i ściśle powiązana z konserwatywnymi środowiskami – przypadła mu nie za artystyczną wartość dzieła, której w „Dolinie” tyle co kot napłakał, lecz za właściwą postawę wobec III RP.

Nie przesadzałbym z tą jego ciężką ręką. Może nie jest to rzeczywiście talent pierwszej wody, może próżno szukać u niego charakterystycznej frazy, ale czytać się go da i bywa, że sprawia to bezinteresowną przyjemność. Choć fakt pozostaje faktem – po Wildsteina nie sięga się dla przeżyć estetycznych. Jego czyta się po to, by się z nim zgadzać. I praktycznie tylko po to, bo według uświęconej intelektualnej tradycji III RP ci, którzy się z kimś nie zgadzają, zazwyczaj wolą przemilczenie lub atak bez lektury, z okopu słuszności. Z drugiej strony nie ma też co tu ulegać tyranii sztucznych podziałów na etykę i estetykę, bo skończy się tak, jak w dyskusjach o wypindrzonej „Idzie”.

Wildstein jest dla mnie ważny i absolutnie nie zamierzam tego kryć. Nie będę też udawał, że jego nową książkę – zbiór mocno podszytych autobiografią esejów „Cienie moich czasów” – przeczytałem z innych powodów niż ten, by owo znaczenie potwierdzić, tudzież lepiej zgłębić jego mechanikę. Owszem, wstrząsnęła mną informacja o jego śmiertelnej chorobie, niemniej na tyle, na ile zdołałem poznać filary jego refleksji, nigdy nie wątpiłem, że byłby ostatnim do rozdzierania szat, więc traktowanie „Cieni” jak testamentu nawet mi nie zaświtało.

Śmierć w tej książce przemyka zresztą gdzieś na dalekich marginesach, niemal niezauważona, nieistotna, wspomniana jak gdyby przy okazji. Wildstein przyznaje, że cierpi na białaczkę i że jest już za późno na leczenie. Jednak natychmiast neutralizuje ewentualny szok stwierdzeniem tyleż, zda się, oczywistym co dla wielu dziś nie do przyjęcia, że od każdego innego człowieka różni go jedynie to, iż jest swojego rychłego kresu bardziej świadomy. Mając w pamięci jego liczne tyrady wymierzone w dominujący w zachodniej kulturze czułostkowy kicz, trudno się tej sokratejskiej postawie dziwić. Wildstein, który w latach szlifowania paryskich bruków był zwolennikiem eutanazji, stopniowo, i nie bez potknięć, odkrywał aksjologiczny fałsz tkwiący u korzeni pooświeceniowego humanizmu.

I nawet nie chodzi o datujące się od Kartezjusza metodyczne negowanie idei Boga. Wildstein ma, nawiasem mówiąc, mocno niejednoznaczny stosunek do wiary, w czym też jest mi bliski. Fałsz ów ciekawie obrazuje na przykładzie Kundery. Czy raczej reakcji wielu wpływowych intelektualistów – nie tylko czeskich – na sprawę domniemanego donosu, jaki przyszły pisarz miał złożyć, gdy był studentem. Znamienna była przyjęta przez jego stronników linia obrony. Pojawiały się dobrze znane również z polskich awantur około lustracyjnych argumenty, że to skomplikowane i nie da się precyzyjnie oddzielić dobra od zła.

Zawiłe nastawienie Wildsteina do metafizyki sprawia, że ciut kłopotliwe staje się wskazanie źródeł rozmydlenia podstawowych moralnych kategorii. Kluczowe są jednak jego rezultaty – widzialne i odczuwalne w życiu publicznym. Zarówno w „Dolinie nicości”, jak w „Cieniach” wyraża to wprost: mamy funkcjonować w szarości, w etycznej magmie, w której kaci i ofiary ważą tyle samo, w której prezydent może bez przeszkód ochraniać agentów sowieckich służb i przemawiać na uroczystości ku czci bohaterów antykomunistycznego podziemia. Mamy nie osądzać, bo tak robią tylko nienawistnicy, i słuchać autorytetów, które pilnują, aby debata nie skręciła w niewłaściwą stronę.

Analizę tej atrofii autor oczywiście rozciąga na wymiar uniwersalny. Od młodości skłonny do radykalnych ocen odrzuca zwyrodniały, patologiczny antropocentryzm tak samo żarliwie, jak wcześniej afirmował bałamutny kult indywidualizmu. Co jednak ciekawe, wędrując po pałacu jego wspomnień możemy odnieść wrażenie, że tak naprawdę destrukcyjny wpływ liberalnych idei zrozumiał on w pełni nie we Francji, lecz po powrocie do Polski. Dopiero tutaj, wpadłszy w transformacyjny tygiel, z rosnącym rozczarowaniem zaczął orientować się, iż to, co Zachód aplikuje swoim obywatelom na miękko, u nas – jak to u nas – wbija się młotkiem.

Cóż takiego zastał w odrodzonej III RP ów nadpobudliwy trzydziestokilkulatek? Ano przede wszystkim dawnych przyjaciół z opozycji, którzy z niejakim zakłopotaniem przechadzali się po korytarzach ministerstw, i gotowych służyć im radą aparatczyków, którzy, biorąc rzecz na zdrowy chłopski rozum, powinni siedzieć w więzieniu albo być odsunięci na boczny tor. Jako szef Radia Kraków bardzo szybko na własnej skórze przekonał się, że w Polsce po Okrągłym Stole nie należy zadawać pytań o przeszłość.

A kilka ich miał. Szczególnie o zabójstwo Stanisława Pyjasa. Jak można było się spodziewać, jego duch dyskretnie unosi się nad tą książką. Wildstein szczegółowo relacjonuje początki ich studenckiej przyjaźni. Opowiada – może nieco idealizując, a może i nie – jak Pyjas wyciągnął go z gierkowskiej beznadziei, jak dzięki niemu przestał zapijać się na umór i ponownie wziął się za czytanie, a także porzucone wcześniej próby twórcze. Fragmenty o Pyjasie autentycznie wzruszają. Dlatego tym większy jest kontrast, kiedy okazuje się, że wyjaśnienie okoliczności jego śmierci napotyka na opór. Że Pyjas to piach ciśnięty w szprychy doktryny powszechnego wybaczenia.

cienie moich czasów

Jest również i ten trzeci, główny szwarccharakter. Dla TW Ketmana Wildstein nie ma litości. Gdy się czyta te partie, a jeszcze bardziej gdy ogląda się słynnych „Trzech kumpli” (słynnych głównie z uwagi na fakt, że powstali dla TVN, co dziś wydaje się wprost niemożliwe), można dojść do wniosku, że kreując w „Dolinie nicości” sylwetkę diabolicznego Returna, Wildstein wyświadczył Lesławowi Maleszce przysługę. Rozdygotany, odpalający jednego papierosa od drugiego neurotyk, który najpierw zgadza się na rozmowę, po czym zbywa Ewę Stankiewicz mało wyrafinowanymi unikami, nie licuje z wizją zimnego gracza.

Kwestia agenturalnej współpracy Maleszki jest dla Wildsteina emblematyczna. Rekonstruując okoliczności publikacji ujawniającego ją listu krakowskiej grupy SKS, przypomina niechęć, z jaką ta inicjatywa spotkała się w „Gazecie Wyborczej”. Wbrew pozorom problemem nie jest dlań to, że „Wyborcza” się od Maleszki nie odcięła. Jako prawdziwy skandal postrzega to, że powołując się na te same względy humanitarne, bez mrugnięcia okiem pozbawiła środków do życia Romana Graczyka. Oto sama kwintesencja świata odwróconych pojęć.

Trzeba tu jednak, niestety, podkreślić, że bezkompromisowość wpycha Wildsteina w pułapkę. Demaskatorska pasja niekiedy zbyt go ponosi. Niektóre personalne wycieczki budzą niesmak. To, na co można by sobie pozwolić w fikcji literackiej – nawet jeżeli tworzymy tzw. powieść z kluczem – odkodowane i wywalone saute czasami po prostu razi zwykłą małostkowością. W tych akapitach do głosu zdecydowanie dochodzi mroczniejsza połowa duszy Wildsteina. Podobnej pokusie ulegał Kisiel w dziennikach. Im dobrze zrobił czas, jaki upłynął od chwili ukończenia do ukazania się. Nabrały historycznego dystansu, a i Kisiel przecież trochę opinii zrewidował.

Tylko postawmy sprawę szczerze: czy można było inaczej? I nie mam tutaj na myśli doboru konkretnych sformułowań a regułę. Obrana przez Wildsteina poetyka świadectwa ma pewne prawa. Jeśli już decydujesz się wystąpić bez kostiumu, nie wolno ci zatrzymać się w połowie drogi. W ostatecznym rozrachunku tylko to ma sens. Żeby dać świadectwo epoce, ponazywać nienazwane. Czas i jego okrucieństwa muszą być utrwalone. Taka już poślednia rola skryby. Nawet gdy – tak jak Wildstein – niekiedy niepotrzebnie patetyzuje i popada w maglarstwo.

Kończąc zaś, muszę się przyznać, że chociaż zarzekałem się, iż wiedza o śmiertelnej chorobie autora nie wpływa na moją recepcję tekstu, to jednak jakoś nie potrafię tego odsunąć. Usiłuje sobie wyobrazić, jak to jest, gdy nagle budzisz się w środku nocy i jedyną rzeczą, jaką masz, jest nieubłagana, lodowata świadomość pasożyta drenującego twoje ciało. Co się wtedy dzieje z językiem? Jak tę konfrontację wytrzymuje pieczołowicie przez całe życie wznoszony gmach słów? Próbuję i… cofam się.

Fot. wPolityce.pl

Polecam również