Wielkie amerykańskie marzenie Jasona Hunta

Nie bez kozery na obrazek ilustrujący ten tekst wybrałem kadr z filmu „Kwaśne pomarańcze” z 2002 roku. Jest to bardzo przyjemna, przepełniona kalifornijskim słońcem i szumem oceanu komedia o chłopaku, który marzy o karierze pisarskiej. Niestety, jak to w takich opowieściach bywa, wszystkie okoliczności sprzysięgają się przeciwko jego planom. Zarówno fabuła, jak i klimat nadmorskiej miejscowości, gdzie szczytem osiągnięć jest złapanie jak najwyższej fali, jakoś nieodzownie kojarzą mi się z powieścią „THORN” Jasona Hunta, którą w końcu, dosyć przypadkowo, miałem okazję przeczytać.

Dla formalności przypomnijmy: pod nazwiskiem Jason Hunt nie kryje się żaden amerykański autor, lecz jak najbardziej polski bloger Tomasz Tomczyk, znany niegdyś pod pseudonimem Kominek. O Tomczyku z całą pewnością można powiedzieć dwie rzeczy: jako bodaj jeden z pierwszych internetowych twórców w Polsce zrozumiał, jak duży medialny oraz komercyjny potencjał kryje się w blogach. Zrozumiał to w czasach, gdy sieciowe pamiętniki były głównie domeną nastolatków publikujących swe epokowe przemyślenia. Poza tym jest niewątpliwym mistrzem autokreacji i wie, jak wykorzystywać do tego nowoczesne narzędzia.

Jason Hunt umie sprzedawać swoją historię. Jest trochę jak połączenie Charlesa Bukowskiego z baronem Münchhausenem, gdyby darowano im podłączony do sieci komputer i klawiaturę. Nieważne, czy uwierzymy, że Tomczyk / Hunt faktycznie posiada biuro w Nowym Jorku, ani czy naprawdę spotkał w metrze sławną aktorkę. Liczy się, że to się po prostu czyta. Płynie się przez to. Tomczyk konsekwentnie buduje narrację o swoistym Piotrusiu Panu, który pewnego dnia postanowił sięgnąć gwiazd. Niezależnie od tego, czy testował samochody, czy objeżdżał USA z Burger King, czy akurat klepał sobie ot tak byle co, ja odbieram to jak rodzaj powieści w odcinkach.

Biorąc powyższe pod uwagę, trudno chyba pisać o „THORN” w oderwaniu od autokreacyjnej maszynerii, którą Tomczyk czaruje od ponad dziesięciu lat. Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z jeszcze jednym jej trybikiem, tyle że tym razem udrapowanym w quasi-fikcyjny kostium. Co oczywiście nie oznacza, że bez całego kontekstowego backgroundu nie da się „THORN” zrozumieć. Mówię jedynie, że z nim interpretacyjna zabawa jest pełniejsza. Ano właśnie, tylko czy lekturę „THORN” można potraktować jak zabawę? I nie mam tutaj na myśli rozwiązywania ukrytych w treści zagadek bądź też obcowania z nietypowym layoutem. Odpowiedź brzmi: nie. „THORN” to w żadnym razie nie jest dobra książka. Litościwie Jason Hunt uczynił ją przynajmniej krótką.

Przejrzałem kilka opinii na temat „THORN” i pomijając standardowy hejt, z większością tych krytycznych wypada mi się zgodzić. Przede wszystkim jest to rzecz najzwyczajniej w świecie niedopracowana. Bohaterowie są tu płytcy, a sytuacje, w które zostali wrzuceni, pretekstowe. Hunt tak bardzo stara się rozsiewać magię, że kompletnie zapomina o realizmie. Wszystko to wygląda bardziej na jakiś koncepcyjny draft, który dopiero może stać się punktem wyjścia do konstruowania pełnowartościowej powieści. Jeśli Tomczyk rzeczywiście tak bardzo fascynuje się amerykańską literaturą, to tym większa szkoda, że nie wziął z niej umiejętności osaczania czytelnika, całkowitego wsysania go w wyimaginowany świat. Tymczasem w „THORN” ani na chwilę nie można się pozbyć uczucia sztuczności, tym bardziej irytującej, że najwyraźniej niezamierzonej. Bo nie jest to przecież ani pastisz, ani żadna postmodernistyczna gra.

Kompletnie sztuczne i nierealne są zwłaszcza powieściowe Stany Zjednoczone. Ja wierzę, że Tomczyk rzeczywiście w Stanach był, ale liznąć czegoś nie oznacza jeszcze umieć to oddać. I nie trzeba tam samemu pojechać, by to stwierdzić. Nawet jeśli Amerykę potraktujemy jak coś na kształt kulturowego konstruktu, wszczepionego nam przez Hollywood fantazmatu, mało co albo zgoła nic niemającego wspólnego z rzeczywistym krajem za Wielką Wodą, łatwo da się wychwycić fałsz.

Popkultura nauczyła nas na przykład, że w małych, cichych amerykańskich miasteczkach nie ma blokowisk. Tymczasem dziewczyna, w której zakochuje się bohater-narrator, zamieszkuje blok jakby żywcem przeniesiony z mojego osiedla. Ruiny kościółka, w których bohater lubił się zaszywać jako dziecko, wyglądają mniej więcej tak, jak wyglądałyby u nas, gdyby na cel wzięli je obszczymurki i zbieracze złomu – jakże swojscy, tutejsi, i tak nie amerykańscy, jak to tylko możliwe. Któryś z recenzentów napisał, że czytamy o Ameryce, ale mamy wrażenie, jakbyśmy nie opuścili Kołobrzegu. Jest w tym chyba ziarno prawdy.

A jednak, mimo wszystko, czuję do bohatera – wystylizowanego na amerykańskie realia alter ego autora – nić sympatii. Do pewnego stopnia odnajduje w nim samego siebie. Ja też, mając naście lat, zacząłem sobie wyobrażać, że zostanę bestsellerowym pisarzem, i też czyniłem to pod wpływem popularnych sensacyjniaków. Ba, naśladowałem je. W liceum wystukałem trzy opasłe thrillery, bezczelnie zrzynając z Thomasa Harrisa. I mimo całego sztafażu odnajduję w „THORN” coś z klimatu lat 90., jakby ogólny kulturowy rys naszego pokolenia, świecącego światłem odbitym od słońca USA. Kochaliśmy Amerykę. Marzyliśmy o niej. Wprawdzie ciut inaczej niż nasi rodzice, bardziej kolorowo, bardziej w wersji pop, lecz równie mocno.

Tomczyk utrzymuje, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w prozie. Ponoć „THORN” ma mieć dalsze części. Ta pierwsza wskazuje jasno, że przed autorem jeszcze mnóstwo pracy, jeśli chce ze swoją beletrystyką wyjść poza krąg oddanych wyznawców. Potencjał ma, czemu dowód dał choćby w znakomitym „Blogerze”, który choć nominalnie jest poradnikiem, czyta się momentami jak niezłą powieść, oferującą czystą przyjemność lektury niezależnie od tego, czy chcemy się nauczyć blogowania. Bohater „THORN” to blady cień tamtego Tomczyka.

Polecam również