Kim więc tak naprawdę był Tomasz Judym?

Kim był Judym? Pogięło cię? Czy to nie oczywiste? Nie przemielone po tysiąckroć? Frajerem był, ot co. Laska praktycznie wpycha mu się do łóżka, nawet jego społecznikowskie fanaberie akceptuje, byle tylko z nią został, a ten jełop, wielki dobroczyńca biedoty od siedmiu boleści, puszcza ją kantem. Że niby tak się poświęca? Że życie rodzinne mu w tym przeszkodzi? Srały muchy, będzie wiosna, koleś! Pewnie zwyczajnie się bał. A może i pedziem był i tylko tak się tą służbą usprawiedliwiał, takie sprytne wysokowartościowe alibi sobie fagas wykombinował. Sosna rozdarta. Tak, jasne, mów mi jeszcze. Żeromski – no wiadomo, stary grafoman, co nie?

Przypuszczalnie coś w tym guście usłyszałbym od przypadkowego licealisty, gdybym zapytał go o Judyma. To znaczy pod warunkiem, że w ogóle by „Ludzi bezdomnych” przeczytał – bo Żeromski, wiadomo, w ścisłej ekstraklasie nieczytanych autorów lektur szkolnych. Co więcej, gdyby mnie, gdy sam chodziłem do liceum, ktoś o doktora Tomasza zagaił, prawdopodobnie dostałby utrzymaną w niewiele odbiegającej od zaprezentowanej powyżej stylistyce egzegezę tego największego naiwniaka literatury polskiej.

Żeromskiego się ogólnie nie czyta, a z „Ludzi bezdomnych” – oczywiście poznanych z bryku, względnie z filmowej adaptacji z Janem Englertem z 1975 roku – drze się regularnego łacha. To po prostu tradycja. A tradycja… no wiadomo co. U mnie w klasie lektury raczej jednak się czytało – cóż, tacy jacyś dziwni się wyroiliśmy, może przez to, że mieliśmy wychowawczynię polonistkę – co nie zmienia faktu, że o większości z nich mieliśmy nader krytyczny osąd. Do dziś pamiętam, jak po lekcji o „Cierpieniach młodego Wertera” kolega Kamil wyeksplikował o nim na głos to, co wszystkim nam chodziło po głowach. Pech chciał, że szatnia, w której tę literaturoznawczą dysputę toczyliśmy, sąsiadowała z gabinetem dyrektorki. A jako że kolega Kamil baryton miał donośny, chwilę później stanęła w progu i strzeliła nam wykład o tym, że miarą dojrzałości jest coś więcej, niż miotanie chujami.

Ale skąd w ogóle cały temat? Otóż na blogu Jarosława Klejnockiego trafiłem na dość ciekawą notkę, usiłującą przywrócić Judymowi utraconą cześć. Przyznaję ze wstydem, że choć parę lat temu „Ludzi bezdomnych” sobie odświeżyłem, nie tylko po czasie doceniając powieściowy kunszt Żeromskiego, ale i na wykreowanego przezeń bohatera spoglądając przychylniejszym okiem, to zasygnalizowane przez Klejnockiego tropy interpretacyjne były dla mnie swoistym olśnieniem. Nawet do tego stopnia, że usiłowałem sobie przypomnieć, czy cokolwiek z tego, o czym mój eks-nauczyciel z warszawskiej polonistyki napomyka, było poruszane na kursie z literatury XIX wieku. Niestety z marnym rezultatem. Aż żal, że wyrzuciłem notatki.

Streszczając: Klejnocki postuluje, że granicząca z nierealnością wieloznaczność Judyma jest wynikiem carskiej cenzury. Pisze więc: „Powieść Żeromskiego ukazała się w roku 1899 (…) Pisarz, musząc liczyć się z cenzurą carską, ukrył przesłania swej książki w metaforycznych niedopowiedzeniach.” Dalej udowadnia, że Judym był w istocie konspiratorem, wciągniętym w tajne patriotyczne struktury przez Korzeckiego, którego samobójcza śmierć nosi wszelkie znamiona likwidacji przez rosyjską policję. Mają o tym świadczyć liczne niekonsekwencje w opisie mieszkania, jak również sugerujący rewizję rozgardiasz.

Dalej czytamy u Klejnockiego: „(…) Judym (…) odrzuca życie rodzinne z Joasią, by nie narażać jej na niebezpieczeństwo. (…) Istnieją świadectwa czytelnicze z przełomu wieków, że dla ówczesnych odbiorców taka interpretacja wyborów Judyma była całkowicie naturalna i zrozumiała. (…) Znając sympatie polityczne pisarza – Judym zapewne wstąpił, z inicjatywy Korzeckiego, w szeregi Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej; warto dodać, że z tą strukturą związany był w owym czasie (niedługo po wydaniu powieści wybucha rewolucja 1905 roku – przyp. mój) sam Józef Piłsudski.” Fantastyczna rzecz, prawda? Nazwijcie mnie idiotą i nieukiem, żem na to nigdy nie wpadł.

Historia literatury to zaiste katalog niesprawiedliwości. Pełen pisarzy oraz dzieł niesłusznie zapomnianych, zgnojonych przez ludzką małość, ale też i pełen chybionych odczytań, czy też z goła lekturowego odpuszczactwa, co – jak na gorzką ironię – na ogół przytrafia się tekstom wciągniętym na piedestał kanonu. Weźmy takiego Żeromskiego. Tak trudno dziś uwierzyć, że kiedyś ten facet po prostu żył, że pisał i że jego utwory były czytane i rozumiane, a nie – jak dziś – upupiane przez szkolną wykładnię. A przecież miałem jeszcze możność spotkać jego córkę! Przyszła na uroczystość wręczenia Różewiczowi honoris causa naszego uniwersytetu. Koleżanka poprosiła, żebym cyknął im wspólne zdjęcie, a pani Monika chętnie się zgodziła.

Tak samo Judym! Poskąpiłem mu hermeneutycznego wysiłku, na jaki bez mrugnięcia okiem zdobyłbym się w stosunku do legionu pośledniejszych postaci. Poczułem się zwolniony z tego obowiązku, bo wyręczyli mnie układacze podręczników. No bo to przecież jednak Judym – już na wskroś rozpoznany, przeanalizowany, od stóp do głów zmierzony i skategoryzowany. Taki już – by pozostać w orbicie rozważań Klejnockiego – smutny los konspiratora. Zawsze w cieniu, zawsze enigmatyczny i ukryty za kamuflażem pozorów. Świat nigdy się nie dowie, ile mu zawdzięcza. Walczy w ukryciu, byśmy my mogli spokojnie spać.

Ale na równi z ekscytacją uchylenia nowego interpretacyjnego horyzontu olśniewa mnie też figura Judyma jako rewolucjonisty. Kurcze, jak można było nie zwrócić na to uwagi? Na to, gdy wzburzony krzyczy o rozwalaniu śmierdzących nor? Przecież w tych słowach kryje się dużo więcej niż zwykły altruizm, nawet wywołany silnym moralnym wstrząsem, nawet taki, co wymusza podniesienie tonu. W nich aż kipi wściekłość niezgody na zastaną rzeczywistość. Czy nie rodzi to dysonansu z osobowością Judyma, z jaką obcujemy w toku reszty powieści? Coś w tym jest.

Tylko że niewyrażony wprost tragizm Judyma – nie wprost oczywiście dla nas, którzyśmy już zagubili kontekst – jest w równej mierze tragizmem jego twórcy. Tragizmem wymuszonych przez okoliczności przemilczeń, które chociaż konieczne, choć być może uratowały pisarzowi skórę, zaowocują w przyszłości tyloma nieporozumieniami i uczniowską niechęcią. Podobno Mo Yan w okołonoblowskich wywiadach wychwalał zbawienny wpływ cenzury na warsztat. U nas, po doświadczeniu PRL, ta opinia też nie jest odosobniona. Uczy się o tzw. ezopowym języku i o tym, jak konieczność uciekania się do wymyślnych sztuczek, żeby przechytrzyć nie tak znowu – jak utrzymuje Tomasz Strzyżewski – głupich cenzorów, mimowolnie stwarzała rzeczy wybitne.

Tak, opresja niewątpliwie może przyczynić się do powstania wielkiej sztuki, jednak może też okraść potomnych z czegoś cennego. „Siłaczka”, „Doktor Piotr”, „Janko muzykant”, „Dobra pani” – ileż więcej te katowane w szkołach ramoty mogłyby nam dzisiaj powiedzieć o swych czasach, gdyby ich autorzy nie działali na pół gwizdka? A Judym? Cóż, Judym w tym świetle nabiera rysów coraz bardziej conradowskich, bliżej mu do Lorda Jima niż do wyśmiewanego po szatniach frajera.

Polecam również