Wiara i cynizm

Niewątpliwie ten obrazek warto zapamiętać. Już dzisiaj, choć nie minął jeszcze nawet tydzień od sejmowej debaty, podczas której go uwieczniono, urósł – można chyba rzec, nie ryzykując wielkiej przesady – do rangi symbolu pewnej duchowej dyspozycji. Posłanka PO Agnieszka Pomaska drąca kartkę z wydrukiem projektu uchwały o suwerenności Polski dała nam lepszy wgląd w system wartości, jakim kierowały się dominujące u nas przez ostatnie ćwierćwiecze elity, niż kilometry produkowanych w ciągu tych lat felietonów i analiz. To naprawdę mocna rzecz. Na mnie zrobiła piorunujące wrażenie.

Tu i ówdzie można było przeczytać lub usłyszeć, że takie zachowanie w polskim parlamencie nie miało dotąd precedensu. Że nawet w burzliwych latach 90. nikt nie odważył się publicznie zniszczyć oficjalnego druku. Nie wiem, czy tak było rzeczywiście. Nie sprawdzałem. Zresztą nie o to tu chodzi. Natomiast na pewno zgadzam się, że implikacje gestu Pomaskiej – nie, jak niektórzy błędnie odmieniają, Pomaski – są znamienne, i to znamienne podwójnie. Bo raz, że wyrażał absolutną pogardę wobec obozu rządzącego (czyli pośrednio wobec jego wyborców, w tym również i mnie), a dwa – poprzez to, co się na owej kartce znajdowało, pokazał, jaki w istocie stosunek do własnego kraju ma spora część opozycji.

Swoją ocenę miejsca Polski w Europie i Unii Europejskiej jako takiej oczywiście mam i – jak łatwo się domyślić – jest ona skrajnie różna od zaprezentowanej przez Pomaską i jej formację. Powiem więcej: uważam, że działania, które podejmuje w tej chwili szeroko rozumiany front antyPiS, są w dłuższej perspektywie znacznie bardziej niebezpieczne, niż Schetyna, Kijowski czy Petru są w stanie sobie wyobrazić. Ale znów – nie o to idzie. Tym wstępem chcę jedynie oczyścić przedpole i wytyczyć grunt pod meritum zajmującej mnie sprawy.

Są nią mianowicie intencje ludzi o poglądach przeciwnych do moich. Nie tylko polityków czy publicystów, ale choćby zwykłych zwolenników KOD albo osób, z którymi od czasu do czasu zdarza mi się wymienić opinię. Coraz częściej nurtuje mnie pytanie, czy oni faktycznie wierzą w to, co głoszą, czy może jest to z ich strony jakiś rodzaj cynicznej gry. W przypadku drugiej grupy jest ono cokolwiek niefortunne, bo mając kilku znajomych identyfikujących się z KOD, po prostu wiem, że ich obawy są najzupełniej szczere. Moim zdaniem chybione, jednak mimo wszystko szczere, czego nie zamierzam kwestionować. Tylko sęk w tym, że nie narodziły się znikąd. Ktoś im je podsunął, a oni je przyjęli. Ktoś dba, by nie wygasły. Ktoś podtrzymuje ten ruch.

I tutaj zaczynają się kłopoty. Tak się bowiem w naszym – i przecież nie tylko naszym – życiu publicznym porobiło, że przyjmując jakiś światopogląd, zyskujemy niezwykłą wprost lekkość w odsądzaniu wyznawców tego przeciwnego od czci. Szczególnie zaś dotyczy to właśnie tych bardziej prominentnych, mających moc kształtowania sposobu myślenia szerokich mas. Dość łatwo wówczas o postawienie zarzutu wykorzystywania tych, którzy im zaufali, do własnych brudnych celów.

Oto włączam telewizor i widzę kolejną konferencję prasową, na której sztywny, jakby połknął kij od szczotki, Petru bije na alarm, że zagrożona demokracja, a Jarosław Kaczyński chce nas wyprowadzić z Unii. Otwieram net i znów jakiś ekspert bądź intelektualista z „tamtej strony” peroruje o łamaniu standardów, praw człowieka i wartości europejskich. Moja instynktowna reakcja jeszcze do niedawna była taka, że zwyczajnie łże w żywe oczy. Bo nikt, kto posługuje się elementarną logiką oraz zdrowym rozsądkiem, nie jest w stanie z czystym sercem w takie brednie uwierzyć. Zwłaszcza jeśli w tych sprawach, kolokwialnie mówiąc, siedzi.

To łatwe. Zwalnia z konieczności konfrontowania się z kontrargumentami. My mamy rację, a oni jej nie mają, więc nie ma co strzępić języka po próżnicy. I jak Pomaska ostentacyjnie drze uchwałę i nazywa ją skandaliczną, to gdzieś w głębi duszy też wie, że robi z siebie idiotkę, ale skoro dokonała takich a nie innych wyborów, musi w nie konsekwentnie brnąć. Choćby tycia możliwość, że ktokolwiek z nich mógłby naprawdę wierzyć w to, co mówi, że może mieć taki ogląd świata, a nie tylko walczyć o przywileje, jawi się tak niepokojąco, iż lepiej jej nawet nie brać pod uwagę. Choćby ściśle hipotetycznie.

Dociekanie ludzkich motywów to śliski interes. Łatwo tu zaliczyć skuchę: kogoś przecenić, a kogoś innego oczernić. Nikt z nas nie ma wmontowanego wariografu, więc jesteśmy skazani na snucie obarczonych marginesem błędu wniosków na podstawie poszlak. Trzeba też wziąć poprawkę na fakt, że cynizm jednak odgrywa w polityce istotną rolę. Tyle że jest rozproszony i nie przypisany na sztywno do konkretnych idei czy poszczególnych grup. Raczej pasożytuje na nich.

Niby potocznie mawia się, że powinno się atakować idee a nie ludzi, ale to jest najtrudniejsze. Łatwiej stworzyć bezosobowego wroga, niż stanąć twarzą w twarz z adwersarzem, który poza tym, że ocenia rzeczywistość inaczej niż ja, jest do mnie w gruncie rzeczy podobny. Weźmy taką Pomaską. Wchodzę na jej stronę, otwieram bio i co widzę? Jest w moim wieku! Gdybym urodził się na Wybrzeżu lub ona na Mazowszu, potencjalnie mogłaby być moją koleżanką ze szkoły. Może byśmy się lubili, mieli wspólne tematy. I może przez to nasze obecne stanie po przeciwnych stronach barykady również miałoby inny wydźwięk. Nie musiałoby tak być, ale przecież mogłoby.

Kiedy u władzy byli oni, granice były jasne. Oni psuli państwo, my protestowaliśmy. Oni byli ci źli, my ci szlachetni. A teraz koło się odwróciło. I znowu jest tak samo, tylko że uczestnicy zabawy pozamieniali się miejscami. I co? Nagle to my zmieniliśmy się w szwarccharaktery? Przecież wiemy, że tak nie jest! Wiemy, że wciąż chodzi nam o to samo. Wiem, że nie jestem żadnym zbójem, a jednak mimo to znajomy na fb bez specjalnych zahamowań nazywa mnie terrorystą. A inny czepia się o jakieś w jego poczuciu antysemickie sformułowanie w gazecie, choć nie ja go użyłem, a Żydzi ani mnie ziębią, ani grzeją.

Największym złudzeniem jest przekonanie, że funkcjonuje tu jakaś ogólna płaszczyzna, jakiś wzorzec, któremu jedni są wierni, a inni od niego odstępują i stają się źli. Nic takiego nie ma. Czy może raczej jest, tyle że dla każdego inne. Bo też i każdy swój punkt widzenia uważa za normatywny. Różnimy się. Inaczej postrzegamy świat, czasem wręcz drastycznie inaczej. Aż do tego stopnia, że mamy skrajnie odmienne systemy identyfikacyjne i zasilające je słowniki. Stanowi to źródło nieusuwalnego – tak przynajmniej twierdzi Chantal Mouffe – antagonizmu. W takiej otwarcie konfliktowej perspektywie rzeczywiście lepiej już na początku przeciwnika odczłowieczyć, zredukować do wiązki negatywnych cech. Łatwiej wówczas go unicestwić.

Niestety uświadomienie sobie tego, co mogłoby skutkować na przykład zejściem z linii ognia, też nic nie załatwia. Na pewnym poziomie spraw nie wystarczy powiedzieć: w porządku, ty lubisz lody, ja wolę ciasto, więc pięknie się różnijmy i nadal siedźmy przy wspólnym stoliku. Od tego, kto jakie desery preferuje, nie zależą losy kraju. Natomiast od tego, kto jaki stosunek ma do konstytuujących go imponderabiliów – już jak najbardziej tak. Czy kompromis jest tu możliwy? Jeżeli nawet, to chyba jedynie o tyle, o ile jesteśmy gotowi uznać szczerość intencji oponenta.

Myślę, że w obecnej sytuacji, gdy ewidentnym jest, że po każdej stronie działają siły prące do zaogniania antagonizmu, to i tak dużo. Być może Pomaska nie powinna drzeć uchwały. A być może posłowie PiS nie powinni w ogóle zgłaszać jej pod obrady. Być może wszyscy powinni cofnąć się o pół kroku. Tak, wiem, że tego nie zrobią, jednak pomarzyć dobra rzecz. Co i tak nie zmieni podstawowej konkluzji, że czyjeś musi być na wierzchu. I że tym kimś na bank nie powinna być opozycja.

Poprzednie