W sprawie Marty Grzebuły

Pięć lat temu zobaczyłem w pewnym lokalnym tygodniku zdjęcie swojej twarzy zasłoniętej opaską, podobną do tych, jakie nakłada się na wizerunki podejrzanych o przestępstwa. To był dla mnie punkt zwrotny, przeszedłem wówczas moralny rubikon. Ten fotomontaż był efektem mojego zatargu z szefem rzeczonej gazety, a jego zamieszczenie – ot taką sobie słodką zemstą w sam raz w stylu tego pana. Gdy dochodzi do sporu, rzadko winna jest tylko jedna strona. Ja na pewno nie byłem niewinny. Zarówno sytuację, która doprowadziła do jego wybuchu, jak i moją postawę, kiedy stanowiąca jej następstwo burza w szklance wody zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, dziś poddaję gruntownej rewizji. I najchętniej cofnąłbym czas.

Trzy lata później byłem świadkiem publicznego linczu, jaki opiniotwórcze media urządziły arcybiskupowi Henrykowi Hoserowi tylko za to, że „ośmielił się” przywołać do porządku niesubordynowanego podwładnego, do czego, jako jego bezpośredni przełożony, miał pełne prawo. Ludzie, którzy o kulisach jego konfliktu z księdzem Lemańskim wiedzą najwięcej – przynajmniej niektórzy z nich – twierdzą, że i tu jakaś część winy spada na każdą ze stron. Wierzę im. Właśnie przez pryzmat moich własnych przeżyć. Co nie zmienia faktu, że kilka wpływowych tytułów zapisało latem 2013 jedne z najpodlejszych kart dziennikarstwa w III RP.

Co to ma wspólnego z Martą Grzebułą? Nic i zarazem wszystko. Nic, gdyż jest to po prostu jeszcze jedna z internetowych awantur, o której poza jej uczestnikami za pół roku nikt już nie będzie pamiętał. A wszystko, bo dostrzegam, jak działa tu dokładnie ten sam mechanizm, co w przywołanych powyżej przykładach. Marta Grzebuła jest autorką książek, które wydaje poza tzw. głównym obiegiem, czyli mówiąc bez ogródek – płaci. Paweł Pollak, bloger oraz autor kryminałów ukazujących się w tzw. „normalnych wydawnictwach”, za swoją życiową misję obrał zwalczanie grafomanii, która nadaje się tylko do tego, by autorzy drukowali ją za własne pieniądze. Pollak kilka razy „zmiażdżył” na swoim blogu twórczość Grzebuły. Teraz Grzebuła chce złożyć w sądzie pozew o zniesławienie. Przy czym – jak twierdzi – nie chodzi o to, że Pollak skrytykował jej książki, ale że zelżył ją jako człowieka. Podobno są podstawy.

Od razu chcę rzecz postawić jasno. Pollak w krytyce zarówno Grzebuły, jak i całego zjawiska tzw. vanity publishingu ma sporo racji. Teksty Grzebuły znam jedynie z darmowych próbek i tego, co zamieszcza w sieci. Według mnie wymagają mnóstwo pracy, ażeby nadawały się do druku. Pracy, którą na pewno można wykonać. Wyciąganie pieniędzy od autorów w zamian za obietnice złotych gór uważam za nieetyczne. Nawiasem mówiąc, Paweł Pollak wykonał świetną demaskatorską robotę, obnażywszy hipokryzję i pazerność kilku takich pseudo-firm. Za to chapeau bas.

Ja jednak mimo to staję po stronie Marty Grzebuły. Robię to dlatego, że w moim przekonaniu ta sprawa nie ma, i chyba nigdy nie miała, nic wspólnego z literaturą. Uważam, że chodzi tu o czystej wody nienawiść człowieka do człowieka. Paweł Pollak w swoich „analizach” prozy Marty Grzebuły przekroczył subtelną granicę dzielącą krytykę, nawet ostrą, od werbalnego kamienowania. I temu muszę się sprzeciwić z całą mocą. Wszyscy używamy ostrych słów – ja również – trudno mi jednak uważać za krytykę ciągnące się w nieskończoność drobiazgowe rozbiory zdań i całych paragrafów. Trudno nie uznać za umyślne pastwienie się sytuacji, gdy autorka publicznie, na Facebooku, ogłasza zamiar złożenia pozwu, a jej adwersarz publikuje kolejną taką kolubrynę.

Paweł Pollak z uporem maniaka młotkuje mantrę, że robi to dla dobra literatury. Śmiem w to wątpić. Literatura ma od groma ważniejszych (i poważniejszych) problemów niż garstka ludzi realizujących hobby po godzinach. Kiedy Paweł Pollak ostatnio czytał jakiś ciekawy debiut? I nie mam tu na myśli produkcji komercyjnej. Kiedy ostatnio rozgorzała jakaś naprawdę ważka dyskusja wokół książki? Gdzie jest głęboko intelektualna eseistyka około literacka? Bo chyba za takową trudno uznać zerżnięte z materiałów promocyjnych „recki” w działach kulturalnych coraz gorzej redagowanych gazet. Dlaczego lekturowy kanon wyznaczają dzisiaj nie wybitne dzieła, lecz nagrody i budowane na ich podstawie rankingi? I czemu – wreszcie – te nagrody mają wydźwięk stricte środowiskowy? I jak to się dzieje, że literaci z jednego towarzystwa gardzą tymi z drugiego, na ogół nawet ich nie znając?

Dlaczego Paweł Pollak się tym nie zajmuje, skoro aż tak leży mu na sercu dobro rodzimego piśmiennictwa? Może dlatego, że dla Pawła Pollaka przejście normalnej ścieżki wydawniczej stanowi wystarczającą legitymację, a może dlatego, że – jak sam raczył był się wyrazić – nie zajmuje się kolegami (i koleżankami – feministki już zaciskają pięści) po piórze, a Grzebuły za kogoś takiego nie uważa. A może dlatego, że chce zrobić wokół siebie szum, zaś nudne rozprawy o stanie literatury in extenso mu go nie zapewnią. Może chce podbić statystyki na blogu? Doskonale to rozumiem – sam przecież walczę o czytelników.

I tu dochodzimy do kwestii kluczowej: do wolności słowa. Paweł Pollak i nią wymachuje mi przed nosem. I wiecie co? Znów, psiakrew, ma rację! Tak, wolność do tego, by głosić, co się chce i jak się chce, to wartość absolutnie podstawowa. Właśnie dlatego ja pięć lat temu nie poszedłem do sądu, choć emocjonalnie byłem na krawędzi takiej decyzji. Mam ambiwalentne odczucia, jeżeli idzie o wszelkie zniesławienia, obrazę uczuć religijnych etc. Dziś, gdy szaleje terror politycznej poprawności, a pełzająca cenzura przybiera formy dużo bardziej podstępne niż w reżimach otwarcie totalitarnych, lepiej się sześć razy zastanowić, zanim się odwoła do litery prawa.

Ja, mimo iż rozumiem punkt widzenia Marty Grzebuły, na jej miejscu dałbym sobie spokój. Wcale nie dlatego, że – jak straszy ją Konrad Lewandowski (znany ostatnio głównie z wojny z blogerkami książkowymi) – przegra. Przegra albo i nie przegra. Nie znam się na tym. Nie chcę się znać. Boję się sądów i prawników. Wygrać powinna przede wszystkim prawda – czy to na wokandzie, czy w sieci, w której najpewniej cała ta sprawa umrze śmiercią naturalną za kilka dni. Chyba że się mylę.

Jednak wolność to również odpowiedzialność. I świadomość, że ma się w ręku niebezpieczną broń. Słowa mogą zabijać. O tym też się przekonałem. Jako młody dziennikarz wiele lat temu popełniłem głupstwo, za które pewnie przyjdzie mi jeszcze długo pokutować. Na blogu Pawła Pollaka odbywa się w tej chwili sieciowy lincz na Marcie Grzebule. Komentarzy przybywa, lajków też – wykres statystyk na pewno szybuje w kosmos. Głupia stara baba, co nie potrafi się pogodzić z brakiem talentu, chce ciągać po sądach pisarza, chce mu kneblować usta. Jak trzeba być emocjonalnie kalekim, żeby nie dostrzegać całego wachlarza odcieni szarości. To jest zwyczajnie i po ludzku okrutne. Tak zachowuje się kot, który złapie mysz, a nie podobno cywilizowani ludzie. I dlatego tracę czas na pisanie tego postu.

Marta Grzebuła ma prawo żyć. Ma prawo pisać, co i jak chce. I wydawać to, gdzie chce, jeśli taka jej wola i zawartość budżetu. Ma też prawo zamieszczać na Facebooku zdjęcia piesków i kwiatków. A Paweł Pollak ma prawo mieszać ją z błotem. Tylko że w moich oczach odrobinę mniejsze. Najgorszy rodzaj pogardy to taki, któremu za punkt wyjścia służy jakaś racjonalnie uzasadniona słuszność, choćby cząstkowa. Trudno takie zło obalić, bo skutecznie się broni – Pollak na przykład za tarczę bierze sobie Barańczaka – ale to nie znaczy, że można być na nie ślepym. I nie można milczeć. Nigdy! Żadna wolność słowa do tego nie uprawnia.

Polecam również

  • Eviva

    Bardzo dobry, merytoryczny wpis.

    • Marcin Królik

      Dzięki. Choć gdy teraz go czytam, kilka rzeczy bym zmienił. Ale nie mam zwyczaju edytować już opublikowanego materiału, chyba że jest absolutna konieczność. Za mało podkreśliłem, że mnie w tej sprawie najbardziej bulwersuje zachowanie Pollaka w tej chwili. Gdyby miał odrobinę klasy, ukróciłby ten cyrk. O ile jego niewybredne jazdy po „selfach” można było uznać za nieszkodliwego bzika – ja w ten sposób długo je tak odbierałem – to to, co robi obecnie, ta „analiza” „Samotności…” ogłoszona ewidentnie na złość, z czystej przekory, jest już najpospolitszym skurwysyństwem.

  • Panie Marcinie. Z uwagą przeczytałem pański tekst i zgadzam sie z pańską opinia. Również zgadzam sie z tym, ze obie strony powinny dać sobie spokój z eskalacja konflikty.
    Mnie zaciekawiły dwie sprawy. Jedna to reakcja redakcji portalu Książka zamiast Kwiatka. Ich postawa niby tu negują sposób wypowiedzi krytyka a z drugiej ale nie z taka mocą jak emocjonalną reakcje p. Marty
    Druga sprawa to dziwny zbieg okoliczności ze ów krytyk bierze na „tapetę” osoby które bronią p. Marte.
    Mysle ze w najbliższym czasie podzielę ich los, choc p. Mart nie bronie ale neguje pewne postawy. Pozdrawiam serdecznie.

    • Marcin Królik

      Czytałem wywiad na profilu KZK. Sytuacja rzeczywiście robi się kuriozalna. Mamy słowo przeciwko słowu. Pollak ogłosił u siebie nowy wpis, w którym dyskredytuje zarzuty Grzebuły jako kłamstwa. Według mnie piłeczka jest teraz po jego stronie. Tak jak napisałem wcześniej: gdyby miał odrobinę klasy, skończyłby ten cyrk, zamiast go eskalować. Niezależnie od tego, czy Grzebuła kłamie, czy nie. A może nawet szczególnie, jeśli kłamie. Więc widzę tu dwie możliwości: albo tak się zapędził w emocjach, że teraz nie wie, jak się z twarzą wycofać, albo z jakichś powodów zależy mu, by utrzymać to wzmożenie, bo czegoś się faktycznie boi i wybrał strategię (ryzykowną) na tzw. rympał. Zabij ich, zanim oni zabiją ciebie.

      • Gucio

        A może, zamiast się doszukiwać nie wiadomo jakich podtekstów, wystarczy uznać, że ma dosyć kłamstw, jakimi obrzuca go i p. Grzebuła, i jej świta? Proszę wybaczyć, ale jeśli cytuje wiernie, to racja jest po jego stronie. Jako dziennikarz słabo stoi pan po stronie faktów, dając wiarę zapewnieniom…

        • Marcin Królik

          Przede wszystkim – nie wypowiadam się jako dziennikarz. Chwilowo nie uprawiam tego zawodu, a gdybym nawet uprawiał, to jest mój prywatny blog i mogę tu być skrajnie subiektywny i wyrażać sympatię, do kogo zechcę. Po drugie – jedynym w tej sprawie bezspornym faktem jest konflikt między Pawłem Pollakiem i Martą Grzebułą. Cała reszta to wersje wydarzeń każdej strony, w które nikt nie ma obowiązku wierzyć. Po trzecie – opowiadam się po stronie Marty Grzebuły nie dlatego, że przyjmuję bezkrytycznie jej punkt widzenia (cały czas staram się kłaść nacisk na rezerwę wobec zarówno jej słów, jak i słów Pollaka), ale ze względów etycznych, bo zawsze opowiadam się za słabszym. A Grzebuła jest tu stroną słabszą. Zwłaszcza jeśli – jak twierdzi Pollak – nie dysponuje żadnymi dowodami świadczącymi o jego winie. Nie podoba mi się styl uprawianej przez Pollaka krytyki, nie podzielam jego obaw o zgubny wpływ „selfłów” na literaturę, jednak uznaję jego prawo do swobody wypowiedzi. Zareagowałem w momencie, gdy po ogłoszeniu przez Grzebułę zamiaru pójścia do sądu, zaczął publikować kolejne wymierzone w nią wpisy, co nie jest żadną walką o wolność słowa, której się go rzekomo chce pozbawić, lecz zwykłą złośliwością. Co więcej, jako gospodarz bloga, dopuścił tam do powstania istnej loży szyderców, co już jest po prostu nieludzkie. Bez względu na to, ile by miał racji i jak bardzo kiepską, opętaną resentymentem pisarką byłaby Grzebuła. To jest – powtarzam – nieludzkie. Nie wiem, jak tym komentującym u niego nie wstyd.

          • Gucio

            Ja u niego nie komentuję, nie należę do jego świty, proszę mi tego nie sugerować. Bardzo nie podoba mi się zbyt ostry ton jego krytyki, ale złożyłem po prostu zdanie odrębne wobec oceny faktów. Pan uważa, że mamy niedające się ocenić równorzędne relacje dwóch osób. Tak nie jest, na to chciałem zwrócić uwagę. Przy całej swej złośliwości Pollak obficie cytuje – także korespondencję mailową – natomiast Grzebuła odwołuje się wyłącznie do emocji. Chłodna analiza raczej nie pozostawia złudzeń, a materiał nadaje się do oceny. Do tego się odwoływałem. Przecież to, czy ma pan etat lub rubrykę w piśmie, czy nie, nie ma żadnego znaczenia, dziennikarz to pewien zespół cech, predyspozycji. Tu poszedł pan wyłącznie za emocjami, co by mi nie przeszkadzało, gdyby nie próba obiektywizowania., czy raczej zrelatywizowania. Ale dość, szkoda naszego czasu na dalszą polemikę. Pozdrawiam, G.

          • Marcin Królik

            To i ja gwoli zamknięcia. Nie wiem, skąd Pan wziął pomysł, że akurat Pana zaliczam do pollakowej loży szyderców. Gdyby tak było, napisałbym „jak wam nie wstyd”. Pollak cytuje, bo to nie on składa pozew. Grzebuła, jeśli faktycznie te dowody ma, trzyma je na razie w tajemnicy. Tak przynajmniej twierdzi. Jak jest naprawdę, zapewne się okaże, gdy pozew trafi do sądu. Zakładam, że oboje będą obficie o postępach w sprawie informować. Poza tym nie należy wykluczyć, że ich oboje solidnie poniosło. I tak, idę za emocjami, bo nie mogę zrozumieć, czemu człowiek inteligentny, naprawdę dobry w tym, co robi, bierze sobie za cel kogoś na każdym polu stojącego niżej niż on. Ta jego straszna grafomania naprawdę niejedno ma imię. Zabawne, że uderza tam, gdzie najłatwiej. Ja, gdyby nie to, że kilka lat temu zainteresowałem się self publishingiem, najpewniej w życiu nie natknąłbym się na Grzebułę ani Sowę. A dziennikarz, Panie Guciu, nie musi być machiną do mielenia faktów. Dziennikarz jest też – i powinien być – człowiekiem. A człowieczeństwa, mam narastające poczucie, w całej tej aferze brak najbardziej. Jak to mówią: miłosierdzie bez sprawiedliwości jest głupotą, a sprawiedliwość bez miłosierdzia – okrucieństwem. Miło było gościć.

          • Arieen

            Khem, czyli jeśli Pani Grzebuła nie ma dowodów na winę Pana Pollaka, to tym bardziej trzeba stanąć po jej stronie ? Ze względów etycznych? Przepraszam, ale nie rozumiem takiej etyki; zawsze wydawało mi się, że wypada stanąć po stronie tego, kto ma rację, niezależnie od tego czy wydaje się być Goliatem, czy Dawidem w porównaniu z przeciwnikiem. Przy czym nie mówię, że akurat rację ma Pan Pollak – być może faktycznie Pani Grzebuła ma jakieś dowody na to, że jej ubliżył personalnie (i udowodni to w sądzie). Ale popieranie jej tylko dlatego, że widzi Pan ją jako „słabszą” jest protekcjonalne i moim skromnym zdaniem o wiele bardziej obraźliwe niż wszystkie teksty Pana Pollaka razem wzięte. On mile się z jej twórczością nie obszedł, może jest trochę zbyt zacięty, może nie widzi jej jako równej w kategorii „pisarz”, ale skoro stara się dyskutować, argumentować etc., to jednak widzi w niej jedno: dorosłego człowieka, od którego przez szacunek wymaga się pewnej dozy racjonalności i postrzega się jako tego, który jest w stanie bronić swoich racji. A mam wrażenie, że Pan w Pani Grzebule widzi ofiarę losu, albo nadmiernie wychuchane dziecko, które trzeba bronić przed wszystkimi nieprzyjemnościami tego świata.

            To dorosła kobieta! Jeśli ma rację, to na pewno da radę to wykazać (tym bardziej, że to co „powiedziane” w internecie jest o wiele łatwiejsze do udowodnienia, niż to co powiedziane w rozmowie face to face). Jeśli racji nie ma i mija się z prawdą, to brnie w to na własne ryzyko i nie ma jej co żałować.

          • Marcin Królik

            Pisząc mój tekst, wychodziłem z założenia, że kwestii ewentualnych dowodów nie sposób wiarygodnie zweryfikować. Jeśli Grzebuła ich nie ma, to nie ma; a jeśli ma i chce zachować dla sądu – jej prawo. Przy czym zaznaczam – być może mój błąd, że nie podniosłem tego w tekście – iż negatywnie oceniam robiony przez nią szum w poetyce „ja coś mam, ale wam nie pokażę”. Dopiero dzień po publikacji mojego wpisu Pollak opublikował swój pt. „Kłamie!”. Ja, nie mając powodu bezwarunkowo wierzyć ani jemu ani jej, i to biorę jednak w nawias. Dlaczego? Ano dlatego, że w emocjonalnej wymianie zdań – nawet via net – łatwo o słowa, które później da się wyciągnąć w taki sposób, jak to uczynił Pollak. Zgoda, Grzebuła jest dorosła i może sama mówić we własnym imieniu. Nie oznacza to jednak, że mnie jako obserwatorowi nie wolno zająć stanowiska w jej sprawie. Korzystam z tej samej swobody wypowiedzi, na którą cały czas powołuje się Pollak. A etyczny wymiar mojego działania nie odnosi się, i nie może się odnosić, do kwestii dowodów, bo – jak napisałem powyżej – zwyczajnie ich nie ma, a w każdym razie nic o nich nie wiadomo. Mimo wszystko to Pollak jest – wciąż – stroną bardziej ofensywną i w mojej ocenie wykorzystuje ten fakt niegodziwie. A gdybym traktował Grzebułę protekcjonalnie, pominąłbym fakt, że, abstrahując od formy, z oceną jej twórczości dokonaną przez Pollaka się zgadzam.

  • Danka

    Popieram. Z jednej strony zgadzam się że Grzebuła tak znowu dobrze nie pisze, z drugiej jednak – ma swoje czytelniczki. wyśmiewanie autorki to trochę splunięcie w ich stronę: Ty głupia kobieto, co za głupoty kupujesz! Prawda jest taka, że jeżeli ktoś wybiera grafomanię żeby poczytać o słodkich pieszczotach to jego sprawa. Pollak nie powinien uderzać w konketną osobę, to nie w porządku. Jak chciał wskazać problem ze grafomani drukują paskudztwa dzięki self-publishing powinien raczej posłużyć się szeregiem przykładów książek, bez wskazywania autorów. Zrobił to, upokorzył Grzebułę a teraz ma pretensje, że go do sądu pozwała. W pewnym sensie ją do tego zmusił. Pozdrawiam

    • Marcin Królik

      Cóż, nie wypada się nie zgodzić. Rzeczywiście, można problem pokazać bez „jechania” po konkretnych ludziach. Pollak wybrał jak wybrał – jego rzecz, ma do tego prawo, jak sam na okrągło wykrzykuje – mi ani nikomu się ta strategia podobać nie musi. Tylko że to, co było po prostu niesmaczne i można się było co najwyżej nad tym uśmiechnąć, teraz zmienia się w zwykłą podłość. Właśnie stąd mój protest. Szkoda, że Pollak i jego komentatorzy widzą tylko grafomankę Grzebułę, która chce kneblować usta krytykowi, a nie chcą zobaczyć zwykłego człowieka, któremu słowa sprawiły ból. Czy Grzebuła zareagowała przesadnie? Całkiem możliwe, ale w takim wypadku Pollak powinien tym bardziej być mądrzejszy. Widzę, że on tan teraz wziął się za „rozbiór” mojego tekstu. Ja mu się naprawdę dziwię, że chce mu się marnować czas na to ustawiczne kopanie się z końmi. Tym bardziej jeśli – jak się sam zarzeka – Grzebuła nie ma w sądzie szans. Ale… to jego czas, jego życie, niech je wypełnia, czym chce. Również pozdrawiam.

  • Pingback: Zostań poetą… za dwie stówy – Marcin Królik()