W delcie Świetlickiego

Zawsze kiedy myślę o Marcinie Świetlickim, budzi się we mnie nostalgia za czasami studiów. To właśnie wtedy, na przełomie wieków, najintensywniej chłonąłem dyskusje o tzw. „młodej literaturze”, szukając w niej miejsca dla siebie i usiłując się określić wobec dominujących w niej prądów. Miałem w tym względzie podwójny fart, bo nie dosyć, że raczkujący Internet mi bardzo pomógł w docieraniu do bieżących i archiwalnych materiałów, to jeszcze dodatkowo pasję do odkrywania jej najrozmaitszych terytoriów podsycał we mnie doktor K, na którego zajęcia z teorii lektury dla drugoroczniaków dostałem się psim swędem i nie pozwoliłem się wyrzucić.

Zasadniczo mówiło się, że pytanie o poezję przełomu – o poezję, bo w prozie była celebrująca pierwsze komercyjne sukcesy Olga Tokarczuk i długo, długo nic – to tak naprawdę pytanie o Wojciecha Wencla. To on był na tyle bezczelny, że rzucił rękawicę rządzącym w literackim grajdołku neobarbarzyńcom, banalistom i brulionowym prześmiewcom, którzy przez całe lata 90 przekuwali w czyn postulat o zrzucaniu z ramion płaszcza Konrada. To Wencel powrócił do klasycznej, zdyscyplinowanej frazy, to Wencel, na przekór modzie, opiewał w wierszach religijne i mistyczne doświadczenia, Wencel stwierdził, że popkultura jest śmiertelnie nudna, a w tomie swoich szkiców „Zamieszkać w katedrze” zlustrował trochę znanych nazwisk pod kątem nihilizmu i satanizmu.

Zrobił też kilka innych, jeszcze bardziej kontrowersyjnych rzeczy – za jedną z nich potem się publicznie kajał, więc nie będę mu jej wypominał. Ale bodaj najwięcej emocji wywoływały jego szpice wymierzone właśnie w Świetlickiego. Skończyło się wręcz cukierkowo: w końcu orzekł, że Świetlicki ma jednak prawo żyć i pisać, co ten drugi później uwiecznił w poemacie „Tobół”. Krytycznym i środowiskowym samograjem stała się uszyta przez Wencla ocena, że problemy, które Świetlicki porusza w swojej twórczości, to problemy Mariuszów i Patryków z trzeciej klasy. Nie da się ukryć, że podzielałem tę opinię.

Na moją niechęć do autora „37 wierszy o wódce i papierosach” składały się przede wszystkim dwa czynniki. Jako aspirujący poeta – tak, tak, ja też! – byłem bezgranicznie i bezrefleksyjnie zapatrzony w Czesława Miłosza. Żywiłem absolutne przekonanie, że zbierając okruchy z jego stołu stanę się wielki z definicji. To on był kapłanem języka oraz depozytariuszem wysokiej kultury, którą współczesny strywializowany świat  usiłował zepchnąć do getta. Było w takiej sytuacji naturalne, że gość epatujący swoją przyziemnością nie mógł zyskać mojego podziwu. Pichciłem więc skrzące od wykwintnych zwrotów i subtelnych nawiązań strofy i wysyłałem je do pism. Oczywiście nie dopuszczałem myśli, że moje utwory mogą być po prostu słabe, ani że kwalifikacja do druku obok jakości tekstu zależy też od tego, w jakich knajpach się bywa. Winny był – a jakże – Świetlicki. Bo to on popsuł literaturę, on zaślepił redaktorów.

Ale fakt, że Świetlicki był moją osobistą zadrą, mówi też coś o jego ówczesnym statusie. Jeśli w poezji można w ogóle doszukiwać się gwiazd, niewątpliwie błyszczał jako jedna z nich. On i Wencel byli jak dwie strony medalu, jak Yin i Yang. Wszystko w jakiś sposób odnosiło się do nich, wobec jednego lub drugiego musiało się opowiedzieć. Co też chyba w pewnej mierze odzwierciedlało sytuację poetyckiej sceny w ogóle po tym, jak BruLion – jej koło zamachowe na początku dekady, które przecież także i Świetlickiego wystrzeliło na orbitę – przeszedł po nawróceniu Roberta Tekielego z obozu szyderców na ołtarz, by prawie natychmiast zstąpić w zaświaty. Świetlicki z tego, co wiem, źle to zniósł.

Tak naprawdę „przeprosiłem się” z nim dopiero przy okazji wydania cegły zawierającej cały jego dotychczasowy liryczny dorobek. Prawdę mówią, że historia odsiewa ziarna od plew. Miłosza może nie to, że nie jestem w stanie dziś czytać, ale jego pozy i intelektualne puszenie się biorę jednak w duży nawias. Z Wenclem mam poniekąd podobny szkopuł. A Świetlicki? No nie żeby od razu ten tego coś, a jednak zachwyca. Zachwyca przede wszystkim swoją… hm… komunikatywnością. Czyli – jak na ironię – tym, co dawniej mnie od niego odrzucało. Daje tę najprostszą, najbardziej – by tak rzec – biologiczną przyjemność lektury.

I to uczucie bynajmniej mnie nie odstąpiło przy „Delcie Dietla” – jego najnowszym tomiku, swoistym restarcie systemu. Tytuł książki – jeśli poprawnie go interpretuję – ma się odnosić do Józefa Dietla, słynnego XIX-wiecznego rektora UJ i prezydenta Krakowa. To zaś od razu otwiera dobrze znane tropy. Świetlicki znów snuje się po zamglonej perle Galicji i pławi się w swojej nieprzysiadalności. Znów odbija się od barowych stołków, cierpi na bezsenność, pali, a jak już udaje mu się zmrużyć powieki, to złe go łapie i nie puszcza. Znów chowa się przed dwudziestoma pijanymi poetami, odczekuje ironicznie długą chwilę i odwraca się na pięcie, kiedy już komuś zaczyna się naiwnie wydawać, że go posiadł. A i tak wie, że w końcu go skonsumują.

W wypadku niektórych pisarzy stwierdzenie, że są tacy jak zawsze, byłoby obelgą. Ale to nie dotyczy Świetlickiego. Nie sugeruję, że jego bohater na przestrzeni lat nie ewoluował, ani że w „Delcie” nie uświadczymy kolejnych faz tych przemian. Co by nie mówić, wiek robi swoje. Bohater ma teraz sukę – w sensie że psa – i chadza z nią na długie kontemplacyjne spacery, a potem poświęca jej cały, niezwykle czuły pięciowierszowy cykl. Ma też młodego, po którym bynajmniej nie ironicznie donasza kurtkę, i nią, co do której chyba wciąż nie może uwierzyć, że jest. Więc owszem, dorósł, może nawet maturę wreszcie zdał, ale mi chodzi o inny rodzaj spójności – o konsekwencję w budowaniu postaci.

Widzi się to zwłaszcza, gdy się go czyta w kontinuum. Widać rozpisany na dekady wysiłek podmiotu, by wykroić z rzeczywistości kawałek dla siebie, wybić się na duchową i twórczą autonomię. Do tego w okresie debiutu służyła Świetlickiemu zapożyczona od amerykańskich bardów dnia powszedniego ucieczka w ostentacyjną prywatność, której mniej więcej nadal się trzyma, z prawdziwie mrówczym mozołem lepiąc swój intymny kosmos z drobnych gestów, natręctw i tekstów kultury. Potrafi też swego outsiderstwa zaciekle bronić, rozdając zabójcze ciosy już to Kindze Dunin i gejom, już to bałwochwalczym czcicielom żołnierzy wyklętych. Odmawia asymilacji niezależnie, z której strony płynęłyby naciski.

I muszę się przyznać, że jest to w równej mierze niezaprzeczalny plus „Delty”, co jej koronna wada. Ani mi w głowie dezawuować szczerość buntu Świetlickiego, tego jego wyślizgiwania się. Ma to i swój urok i może inspirować jako pomysł na życie – zwłaszcza teraz, w obecnej nastroszonej i pełnej kretyńskich podziałów Polsce. Tyle że przetrawiane raz po raz zaczyna pobrzmiewać lekką minoderią, tudzież mimowolną autoparodią. Świetlicki-bohater kojarzy mi się ciut z nonkonformistą Mikołajem z „Życia towarzyskiego i uczuciowego” Leopolda Tyrmanda. Tak jak on utyskuje na koterie i pogardza nimi, ale wie, że bez nich nie istnieje.

Fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta

Polecam również