Życie

Uciekając przed burzą

Sobota, wpadł K. Znów odwieczny dylemat: co gotujemy? Chłodnik jak ostatnio? Może jednak do miasta? W taki upał nikomu nie chce się stać przy garach, co dopiero iść na zakupy. Nikomu poza K, który klawiaturę publicysty coraz częściej zamienia na nóż i chochlę. Trzeba być mobilnym, do pisania jako głównego źródła dochodu zbyt się nie przyzwyczajać. Tak radził i Myśliwski i Nowakowski. Pismakiem się bywa, jeść trzeba zawsze. Doszliśmy z K do wniosku, że to podejście tyleż zdroworozsądkowe, co nie cieszące się nadmierną estymą u pretendentów do miana inżynierów dusz. Ich zderzenie z rzeczywistością zazwyczaj bywa z tego powodu dość bolesne.

No więc K robi w knajpie i w sumie sobie nie krzywduje. Ostatnio obsługiwali jakiś tam natowski konwentykiel. Kilka dodatkowych stówek w kieszeni. Amerykanie bardzo mili. W nienagannie odprasowanych mundurach. Trochę tylko się wściekli, że do hotelu wpuszczono grupę Rosjan. Ponoć w każdym pokoju obowiązkowo Biblia i żadnych dziwek na horyzoncie. Świat pracy fizycznej uczy pokory. Czasem aż przesadnie. Pokojówka dostaje cztery złote za godzinę, niezależnie czy pokój lśni czystością, czy gość narzygał do szuflad. Jedna nie mogła raz wytrzymać i w trakcie sprzątania wysikała się w gościnnej łazience. Ktoś podkablował, a dyrektor zwołał masówkę. Ochroniarze, z którymi K wychodził na papierosa, wzdychali tęsknie za czasami komuny. Jak było, tak było, ale człowiekiem nikt nie pomiatał.

W końcu zapada decyzja. Nie ma bata, robimy pieczonki. Pieczonki to endemiczna potrawa w rodzinnych stronach K. Kroisz biały boczek, obierasz kartofle, buraki, cebulę i marchew, dorzucasz kiełbasę. Układasz wszystko warstwami w wielkim żeliwnym garnku, stawiasz na ogień i zapiekasz. Godzinę później masz wyżerkę tak niepoprawną politycznie i tłustą, że nie mieści się w standardach WHO. Tym bardziej więc jej pochłanianie traktujemy w kategoriach buntu.

Popołudnie ciągnie się leniwie, ociężale. Wieczorem będzie burza. Musi być. Niebo ma kolor popiołu. Szukamy jakiejś odpowiedniej do stanu przejedzenia muzyki. Natrafiamy na łagodny chillout. Jest dobrze. Rozmowa luźno oscyluje wokół motywu emigracji. Tej geograficznej i tej wewnętrznej. Obydwaj chyba mamy już trochę dość. K mówi, że właściwie mógłby wyjechać, że jest już do tego mentalnie gotów. Ja – że odczuwam coraz potężniejszą potrzebę schowania się, stworzenia sobie bezpiecznej enklawy. Nie tyle w sensie konkretnego miejsca, co przestrzeni duchowej. Kiedyś miałem tę umiejętność, potrafiłem się całkowicie wyłączyć. Chociaż – może to świat był po prostu inny? Nie domagał się tak kategorycznego zajmowania stanowiska. Nie trzeba było aż tak naprężać muskułów.

Z głośników przesącza się delikatny rytm, soki trawienne z trudem przegryzają się przez złogi cholesterolu, którymi zaklajstrowaliśmy sobie żołądki. K odpływa w marzenia – jezioro, łódka, żagiel, wiatr czesze włosy. Tak, odcięcie jest możliwe, jest nawet konieczne – żeby nie zwariować. Weź Herberta – kiedy już widział, że rzeczywistość nieodwołalnie gnije, że nic z niej się już nie odratuje, wycofał się w głąb, do wewnętrznej pustelni. A inni pisarze, którzy w apogeum szaleństwa realnego socjalizmu wybrali zamilczenie i zapomnienie? Czasem inaczej się nie da.

Przytakuję mu. Myślę o dziennikach Jadwigi Stańczakowej, które czytałem w ubiegłym roku. Ona i Miron, Miron i Escy, Escy i filmikowanie, Miron i Lu. I tak w tę i nazat. Absolutnie nic o gierkowskiej Polsce. Nic o Radomiu siedemdziesiąt sześć, o strajkach, o Komitecie Obrony Robotników. Jakby żyli w jakimś równoległym wymiarze! Uderzył we mnie skrajny kontrast tych intymnych, eskapistycznych zapisków z prowadzonymi przecież równolegle dziennikami Kisiela – jakby nie patrzeć, również uchodźcy. On każde zdarzenie publiczne wałkował przez wiele stron, nieomal się nim biczując. Wpijał się w codzienność jak wampir, odsłaniał sam jej nikczemny rdzeń. A tu? Co jednak ciekawe, o ile wtedy ta mała bohemiczność Stańczakowej przyprawiała mnie o jakąś podskórną odrazę, o tyle teraz chyba ją rozumiem, a nawet, śmiem twierdzić, zazdroszczę.

Chociaż z drugiej strony, posunięta do granicy absurdu prywatność może stać się pułapką dla umysłu. K zżyma się na dwudziestoparoletnich chłopaków, z którymi od czasu do czasu musi pracować. Zero ambicji, zero dążeń. Cały dzień tylko Vox FM, w piątek wieczór melanż i dupy. Dać takiemu telefon z kilkoma gierkami i z marszu przemienia się w zaślinione bobo. Wzorem do naśladowania będzie dla niego dyrektor, który poza tym, że skończył studia, nic nie czytał, nic nie rozumie, nie skaził się cieniem refleksji. Idealni konsumenci, a jeszcze lepsi wyborcy aktualnie słusznych partii.

Tak, oto jest właśnie ten zaprojektowany przez komunistów lud, który wyzwalali spod tyranii burżuazji i kleru. Każda dyktatura dąży do spacyfikowania oporu – albo poprzez biologiczną eliminację i policyjne represje, albo przez wypędzenie z przestrzeni publicznej i przekonanie, że wszystko, czego potrzebujesz, to minimum wygody. Zajmij się zatem swoimi zabawkami i nie przeszkadzaj. Z tym w swojej papierowej samotni tak zaciekle wojował Kisiel. Ale może i strategia Mirona i Jadwigi nie była wcale taka zła? Zbudowanie sobie świata i trwanie w nim na przekór dyktaturze, udowadnianie, że to jest w ogóle możliwe, to też pewien rodzaj walki. Być może potwór totalitaryzmu boi się takich postaw nie mniej niż niezłomnych rycerzy.

Kiedy odprowadzam K na autobus, niebo jest już prawie zupełnie grafitowe. Błyska się i słychać szczęk żelaza. Wracając, myślę o Zygmuncie z ostatnich scen „Sprzysiężenia”, o jego swoistym manifeście indywidualizmu, który celebrowany wbrew wyrokom historii, i pomimo ich, ocala pojedyncze istnienie. Za moimi plecami kłębi się masyw ciemnych chmur. Szybkie są, wydają się jakby sunąć w ślad za mną. Słońce jest już tylko maleńkim srebrnym krążkiem. Gdy skręcam w stronę mojego bloku, spadają pierwsze krople deszczu. Zdążam wstukać kod do domofonu, zanim przetacza się grzmot.

Polecam również