Trynkiewicz na prezydenta

Nie jestem wielkim fanem demokracji. Ustrój, w którym dokładnie takie samo prawo głosu ma idiota i geniusz, to ustrój chory. Władza, którą dzięki temu głosowi może objąć zarówno człowiek prawy, jak i kompletny degenerat, złodziej czy gwałciciel, to proszenie się o piekło. Nie wierzę też specjalnie w żadną mityczną wolę mitycznego ludu. Pomijam już prosty fakt, że ów lud na ogół kompletnie nie ma do podejmowania strategicznych decyzji kwalifikacji. Tak naprawdę sednem jest to, że owemu ludowi tylko wydaje się, że może mieć wpływ na cokolwiek, podczas gdy w rzeczywistości jest na każdym kroku sterowany.

Może – w przeciwieństwie do Korwina – nie powiedziałbym, że demokracji nienawidzę. Jak najdalej mi jednak do stawiania jej ołtarzyków. Nie jestem wyznawcą żadnego ustroju, gdyż wszystkie są podatne na zepsucie tak jak natura tworzących je ludzi. Królem też może zostać osobnik szlachetny, ale równie dobrze debil czy psychol. W każdym ustroju człowiek może osiągnąć wyżyny świętości albo zejść ze sceny dziejów jako masowy morderca. I w tym sensie przypisywana Churchillowi sentencja, że demokracja to najgorszy system, ale nie wymyślono nic lepszego, jest po prostu fałszywa. W gruncie rzeczy, i chyba poniekąd wbrew intencjom autora, demokrację absolutyzuje.

Tak to już niestety jest. Ludzkość zawsze będzie szukać ideału i nigdy go nie osiągnie. Po drodze będzie zaś zostawiać jedynie sterty trupów i połamanych życiorysów. No ale skoro na obecnym etapie mądrości żeśmy sobie ową demokrację obstalowali, trzeba, niekiedy z naprawdę ciężkim sercem, pogodzić się z rezultatami jej tak zwanych wyborów. Tak, mówię tutaj oczywiście o tych ostatnich, niby samorządowych, a faktycznie stanowiących wstęp do tych właściwych, które odbędą się za rok. Bo chyba nigdy wcześniej wybory do samorządu aż tak bardzo nie przypominały swą dynamiką tych centralnych.

PiS chyba rzeczywiście może się poczuć ich zwycięzcą. Chociaż z drugiej strony, jeżeli za miarę prestiżu przyjąć duże miasta, a już zwłaszcza Warszawę, to aż tak wielu powodów do radości nie ma. Bo co z tego, że w metropoliach zamieszkuje tylko 15 procent Polaków? To tam przelewa się naprawdę duża kasa i wykuwają kierunki, w jakich zmierza kraj. I cóż niby z tego, że być może to prowincja jest duszą narodu, skoro to właśnie metropolię stanowią o jego, że użyję technologicznej metafory, mocy obliczeniowej? Ta moc pozostaje w rękach liberałów.

O to w gruncie rzeczy toczyła się gra. Nie chodziło w niej o Trzaskowskiego i Jakiego. Oni występowali w charakterze ikon. Reprezentowali pewne wizje świata, pewne aksjologie. I to za nimi, a nie za tym czy innym nazwiskiem, względnie ugrupowaniami, wrzucano kartki do urn. Za nimi lub przeciw nim. Chyba nawet bardziej to drugie. Stąd właśnie ta niesamowita mobilizacja, całkowicie niepodobna do wszystkiego, z czym dotąd mieliśmy do czynienia w kampaniach samorządowych. W Polsce toczy się wojna cywilizacji i to był jej mały odprysk.

A ponieważ wojny mają to do siebie, że pokazują prawdziwe ludzkie charaktery, toteż i tym razem odsłoniło się to, co w nas siedzi. A odsłoniło się coś bardzo niepięknego. Okazało się bowiem, że w imię walki z przeciwnikiem gotowi jesteśmy poprzeć nawet przestępcę. Byle tylko dowalić temu, do kogo pałamy nienawiścią. Tyle ględzenia o szacunku do kobiet i co? Ano to, że w Legionowie wygrywa facet, który, sądząc po jego żarcikach, uważa kobiety za co najwyżej system biologiczny podtrzymujący przy życiu cipę. To samo w Olsztynie. A co w Łodzi? Że Zdanowska ma na bakier z prawem? Ech, furda tam! Byle pisiorów nie dopuścić. Byle było europejsko i nowocześnie.

A Warszawa? Tutaj to już w ogóle ręce opadają. Pamięta jeszcze ktoś o Jolancie Brzeskiej? Ach, co tam jakaś sfajczona stara baba, skoro Jaki położyłby łapę na zbiórkach Owsiaka? Cóż z tego, że Trzaskowski tuż przed ciszą wyborczą zdążył polansować się na zwłokach niezrównoważonego psychicznie samobójcy, za którego śmierć moralną odpowiedzialność ponosi jego szeroko pojęty obóz polityczny? Przecież jaki się za winklem czai. A tuż za nim pewnie i Kaczyński. Z Europy nas wyprowadzą, na ulice białe niedźwiedzie powypuszczają.

Już pal licho Jakiego. Chrzanić Jakiego. Tam przecież był jeszcze choćby Jakubiak. Ja bym rozważył głosowanie na niego, gdybym mieszkał w Warszawie. No ale oczywiście nie mam złudzeń, że nikt poza Jakim i Trzaskowskim – czy raczej poza symbolizowanymi przez nich Polskami – się nie liczył. A choć racjonalnie to wiem, i wiedziałem od samego początku, tak czysto po ludzku jest mi najzwyczajniej przykro.

W tych wyborach zagłosowały przede wszystkim nasze kompleksy. I nie mam tutaj na myśli tych, co spłacali jakieś tam partyjne albo towarzyskie zobowiązania. Chodzi mi o te tabuny korposzczurów, tudzież innych bidoków, którym wmówiono, że albo Trzaskowski, względnie jakiś jego klon w innym słoikowym mieście, albo siara i wstyd przed Europą. Niestety, wciąż jesteśmy potwornie zakompleksionym narodem. Chyba nawet dużo bardziej niż sądziłem. A do tego ta nasza idiotyczna przekora, która czasem się przydaje, lecz czasem odbiera nam logikę w myśleniu. Przekora i jakieś dziwne, wrośnięte chyba w kod genetyczny, uwielbienie dla cwaniactwa.

Ostatnio celnie wyraziła to na Twitterze Krystyna Pawłowicz, czym, jak zwykle, sprowadziła na siebie falę rytualnego hejtu. Napisała: „Trynkiewicz na prezydenta!” I wiecie co? Jestem w stanie uwierzyć, że miałby jakąś szansę, gdyby ktoś wysunął jego kandydaturę. Po tych wyborach jestem w stanie w to uwierzyć! A skoro tak, to może powinno się pójść za ciosem i na premiera desygnować na przykład Masę? Bo dlaczego nie? Kajetan P. mógłby zostać, dajmy na to, ministrem edukacji lub kultury. Leszkowi Pękalskiemu przydzieliłoby się resort rodziny.

Szkoda, że Najmrodzki nie żyje – mógłby zająć się finansami. Ależ by było fajnie, co? I jak postępowo! Może w Europie by nas wreszcie pochwalili. I tylko mi tych biednych Żołnierzy Wyklętych szkoda. Tych wszystkich Lalków, Ogniów, Pileckich. Tych, co to już niedługo na Marszu Niepodległości będą z zaświatów przyzywani. To znaczy o ile tęczowy prezydent go nie rozwiąże, zanim na dobre zdąży się rozpocząć. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że wypruwali sobie flaki na próżno. Że umarli po nic i dla nikogo. W końcu jest demokracja. A wola ludu rzecz święta.

I Trynkiewicz na prezydenta! O, yeah!

Poprzednie