Publicystyka

Trochę o fantastyce i przyległościach

Niemałe wzmożenie wywołał przykry incydent na pokazie prasowym najnowszej części sagi „Star Wars”. Maciej Parowski – żywa legenda polskiej fantastyki, jej wieloletni animator oraz propagator, a także, o czym warto pamiętać, twórca – nie został wpuszczony do kina. Powód – nie wysłał organizatorom maila z potwierdzeniem. Wszyscy, którzy zamieszanie komentują, jednogłośnie zwracają uwagę na fakt, że gigantyczną popularność w naszym kraju produkcja George’a Lucasa zawdzięcza właśnie jemu. Nie zazdroszczę ochroniarzom – dziś najpewniej należą do ostrzej hejtowanych ludzi w necie. Ja też zareagowałem impulsywnie.

Co by nie mówić, niestosowność jest. Pomijam już nawet wiek czy zasługi Parowskiego – tak na polu fantastyki in extenso, jak też praktycznie bezpłatnej promocji, jaką dzięki niemu miał nad Wisłą Lucas. Każdy w gruncie rzeczy ma tu trochę racji. Karolina Korwin-Piotrowska, że jeśli ktoś zajmuje się czymś zawodowo, ma „psi obowiązek” kojarzyć istotne nazwiska. Jakub Ćwiek, że wpuszczenie Parowskiego mimo niedopełnienia formalności należałoby traktować raczej jako uprzejmość ze strony dystrybutora niż jako obowiązek, i że – niezależnie od skali oburzenia – zatrudniona przy imprezie obsługa wykonywała po prostu swoją pracę, obłożoną dodatkowo całym szeregiem obwarowań.

Powód, dla którego to piszę, ma w sumie niewiele wspólnego ze wzmiankowaną tu awanturą. Kto ma bić pianę, będzie ją bił, a inni niech wyciągają wnioski. Po prostu – zwyczajnie mi żal faceta. Zetknąłem się z nim wszystkiego dwa razy w życiu – raz mailowo, kiedy wysłałem do „Nowej Fantastyki” opowiadanie, a kilka lat później przez telefon, gdy puściwszy im kolejny tekst, siedziałem jak na szpilkach, nie mogąc się doczekać odpowiedzi. Fantasta okazał się ze mnie żaden, ale Parowskiego było stać na gest, który dziś wielu redaktorom jest obcy. Bo nie dość, że mi odpowiedział, to jeszcze czułem, że moje smętne wypociny naprawdę przeczytał. Wytknął mielizny, ale też pochwalił to, co dobre.

Nie zamierzam tutaj udawać jakiegoś znawcę bądź miłośnika fantastyki. Okres fascynacji nią przeżywałem – jak większość – kiedy byłem nastolatkiem. Była to zresztą fascynacja mocno wybiórcza, ograniczająca się do oglądania kilku seriali i sporadycznego podczytywania takich periodyków jak „Feniks” czy właśnie NF. Miałem też ambiwalentny stosunek do nazwisk czy dzieł dla fandomu kanonicznych. „Gwiezdnych wojen” nigdy nie lubiłem ani nie rozumiałem ich fenomenu. Dla mnie to był jedynie nużący spektakl świetlny z przeładowaną dziwactwami fabułą. Wyciągnięty przez koleżankę do kina na „Władcę pierścieni” po bodajże kwadransie najbezczelniej w świecie uciąłem komara. Tak naprawdę z szeroko pojętej fantastyki wchodzi mi najlepiej głównie groza.

Sęk w tym, że my, urodzone na przełomie lat 70 i 80 dzieci ery VHS i półpirackich kablówek, traktowaliśmy fantastykę w kategoriach czystej rozrywki. Jeśli nawet oglądaliśmy „Gwiezdne wojny”, „Blade runnera” czy „Archiwum X”, to po to, żeby się oderwać od budy i starych, by przeżyć coś ekscytującego, nie wstając sprzed telewizora. Z dokładnie tych samych przyczyn sięgaliśmy po książki. Za trudne, zbyt zawiłe, odrzucaliśmy. Szukaliśmy akcji, fajerwerków, dziwnych stworów, efektownych scen przemocy. Co komu w smak.

Kiedy ja słałem te swoje nieudane opowiadania do NF, też – nie ma co kryć – kierowały mną rozrywkowe pobudki. Ponadto było wiadomo, że NF to jedna z nielicznych redakcji, w której autorom płaci się za teksty. Do tego jaki nakład! Marzenie. Nic tylko pisać fantastykę, niczym Stephen King. Oczywiście jest ona dzieckiem kultury masowej ze wszystkimi płynącymi z tej genealogii konsekwencjami i jako taka zawsze w jakiejś mierze służyła do tego, by zapewnić odlot w nierzeczywistość. Mimo to wcale nierzadko pisarze – bo chyba głównie o nich da się mówić w tym kontekście – sięgali po fantastyczny sztafaż, żeby wyrazić przysłowiowe „coś więcej”. Z całym alegorycznym potencjałem wydaje się on do takiego celu wręcz stworzony.

A już z całą pewnością tak było w PRL. I właśnie z tamtej tradycji wywodzi się Parowski. W siermiężnej codzienności gnijącego socjalizmu dekady Gierka oraz wczesnego Jaruzelskiego kreowanie niezwykłych światów było na równi sposobem na ucieczkę oraz jedyną możliwą w warunkach cenzury oficjalną krytyką systemu. To wtedy przecież fandom przeżywał rozkwit. Powstawały kluby, zaczęto masowo tłumaczyć i wydawać pisarzy zza Żelaznej Kurtyny, a do kin i telewizji szerokim strumieniem wlewały się olśniewające widowiska jak „Flash Gordon” czy „Gwiezdne wojny”. A wszystko pod okiem władzy, która miała to za niegroźną fanaberię, sama zresztą obficie racząc lud pracujący miast i wsi rodzimymi podróbkami takich tuzów jak „kultowy” dziś dla co poniektórych Marek Piestrak.

Dzięki temu mógł się u nas rozwinąć nurt fantastyki socjologicznej z Januszem Zajdlem jako najbardziej rozpoznawalną – nawet dla ignorantów jak ja – ikoną. Warto również pamiętać, że z fantastycznych gett, porozsiewanych pokątnie gdzieś po domach kultury, wyrosło kilku dziś szeroko rozpoznawalnych publicystów. Moje pierwsze spotkanie z Ziemkiewiczem wcale nie odbyło się na politycznych szpaltach, a w antologii opowiadań sf, którą wygrałem za recenzję w Merlinie. Tak, tak, takie rzeczy się wtedy wyprawiały.

Było to możliwe, bo fantastyka nie uciekała od ważnych spraw. Wręcz się nimi karmiła, była ich naturalnym nosicielem. A potem nastaliśmy my i wszystko szlag trafił. Skończyły się idee – zaczął się wolny rynek… z nami jako targetem. Pod koniec lat 90 rozłam stał się już na tyle widoczny, że wybuchł otwarty konflikt pomiędzy Parowskim a kapitułą przyznającą nagrodę im. Zajdla. Chodziło – jak można przeczytać w poświęconej Parowskiemu notce biograficznej na Wikipedii – o podział na fantastykę „problemową” i „rozrywkową”. Tę drugą miała m.in. reprezentować uhonorowana Zajdlem Anna Brzezińska.

O „Gwiezdnych wojnach” ludzie różnie prawią. Różnie też – jak podglądam na Facebooku – oceniają faktyczny wkład Parowskiego w ich popularność. Szczerze mówiąc, zwisa mi to. Ale starszy pan zjeżdżający ze spuszczoną głową ruchomymi schodami do wyjścia z odpicowanej świątyni komerchy to jednak smutny symbol. Symbol bezdyskusyjnego triumfu bezideowości nad nieskrępowaną wyobraźnią i niespokojnym sercem. Symbol kapitulacji sztuki przed kasą. Nie dziwota, że aspirującym do kariery w tym gatunku za przykład stawia się dziś Rowling, a nie Dicka.

Facet może i pisał świetnie, może i jakieś drzwi percepcji wysadzał z zawiasów, lecz na super głośniki stać go było dopiero pod koniec życia.

Fot pixabay.com

AKTUALIZACJA. Kwestia rzeczywistej kontrybucji Macieja Parowskiego w spopularyzowanie w Polsce „Gwiezdnych wojen” zaintrygowała mnie na tyle, że postanowiłem popytać o to na fb. Mariusz Pomianowski udzielił mi takiego oto wyjaśnienia:

„od roku 1982 napisał chyba dwa artykuły które trochę zahaczały o fenomen Gwiezdnych Wojen. Tekst GW [chodzi o ten tekst – przyp. mój] jest jak większość tekstów GW kłamliwy i mało oddający rzeczywistość. W Fantastyce i Nowej FaNTastyce to inne osoby więcej 0o tym pisały. Parowski jako redaktor naczelny który odziedziczył to stanowisko po panu Adamie Hollanku zajmował się raczej fantastyką typu Zajdlowskiego. Nowe pokolenia nie będą się kierowały jak GW psedokombatanctwem antykomunistycznym tylko faktycznym dorobkiem literackim. A ten Parowski ma mizerny raczej. Powieść Twarzą ku ziemii jest wąłsciwie jedyną wartą wspomnienia, a jego opowiadania ….to już oblekła mgłA ZAPOMNIENIA.”

Dzięki.

Polecam również

  • Pablo

    Apropos Piestraka 🙂

    • „Klątwa doliny węży” była polską odpowiedzią na Indianę Jonesa. Piestrak zrealizował też m.in. horror pt. „Wilczyca” – jak wszystkie polskie horrory anachroniczny i nieudany. Chociaż ja akurat go lubię. Ma pewien niepokojący klimat. Lubię też jego drugą część, w której zagrał Jerzy Zelnik. Grał tam zepsutego do szpiku kości młodopolskiego poetę i dziś prawdopodobnie wolałby tej roli nie pamiętać. Zresztą w ogóle przez filmy Piestraka przewinęła się cała plejada polskich gwiazd tamtych czasów – Kolberger, Niemczyk, Trybała, Wilhelmi, Bista… Inna rzecz, że pewnie za bardzo nie mieli możliwości wybrzydzać 🙂 brali to, co się nawinęło. A że władza hojnie sypała Piestrakowi groszem, żeby odciągał lud od zainteresowań politycznych, był bezkonkurencyjnym pracodawcą. Zresztą w ogóle schyłek PRL sprzyjał rozkwitowi rodzimej popkultury. I wbrew pozorom nie wszystkie produkcje z tamtego okresu są – jak to się mawia – tak złe, że aż dobre. „Zabij mnie, glino” do dziś ogląda się nieźle. „07 zgłoś się” też momentami daje radę, jeśli oczywiście odciąć aspekt propagandowy ocieplania wizerunku MO i ideowo słusznego zohydzania zgniłego kapitalizmu i imperializmu.