Technologiczny suwak

Da ktoś wiarę, że te słowa piszę na laptopie, któremu na jesieni stuknie szósty rok wiernej służby na moim poletku? Powstało na nim od cholery artykułów, debiutancka powieść i kilka opowiadań. O tym, co wyprodukował do wszystkożernej paszczęki sieci, nawet nie warto tu wspominać. Przeżył w tym czasie co najmniej jedną poważną infekcję wirusową, kilka mega zawieszeń i wymianę zasilacza. Baterii praktycznie już nie używam. Kiedy ostatni raz na niej pracowałem, trzymała maksimum pół godziny. Żaden klawisz do tej pory się nie obluzował, mimo iż są już nieźle wytarte. Ekran też w porządku, choć w porównaniu z cackiem Lubej – na jesieni zdmuchnie trzecią świeczkę – obraz wydaje się ciemny i mało nasycony.

Zawsze mnie zastanawiało, jak to jest, że wszystkim dokoła komputery bez przerwy się psują. Ja swojego też nie oszczędzam, więc albo po prostu jestem wyjątkowym szczęściarzem, albo skala eksploatacji nijak się ma do tego, co przyjęte jako norma. Tak czy siak, wedle obecnych standardów ja i moja wierna Toshiba plasujemy się gdzieś w rejonach wczesnego ordowiku. Ba, dziś przyznać się, że posiada się sprzęt starszy niż rok to śmiech na sali. Skrzętnie dbają o to zwłaszcza salony sieci komórkowych, ustawicznie atakując nasze zmysły coraz nowszymi i bardziej funkcjonalnymi modelami czegoś, co z telefonem dawno przestało mieć cokolwiek wspólnego. Tu na marginesie dodam, że mój smart fon już od dawna nie jest kompatybilny z Google Play.

Kiedyś, w jakimś artykule w dziale technologicznym jednego z tygodników, przeczytałem, że za kilka lat zwykła rozmowa telefoniczna będzie tylko darmowym bonusem do szwedzkiego stołu z możliwościami. Zgaduję, że owo „za kilka lat” nastało już trochę czasu temu, a tylko kapitalistyczny apetyt najróżniejszych panów S stoi tej przepowiedni na przeszkodzie. Ale i to pewnie się zmieni. W tym samym artykule postawiono tezę, że relacja człowieka z maszyną, i tak już głęboka, będzie dążyć do coraz pełniejszej symbiozy, aż staną się jednym ciałem. Jako dowód takich tęsknot naszego gatunku autor przedstawił kompulsywne sięganie po telefon (to jeszcze była epoka telefonów) w pociągu czy restauracji.

Ojcem chrzestnym takich pomysłów jest oczywiście Ray Kurzweil – gość, który wierzy, że pewnego dnia jego umysł zostanie skopiowany na dysk, i bardzo o siebie dba, żeby tej chwili doczekać. Kiedy niedawno w trakcie przeglądania portali (czy papierowa gazeta nie zalatuje już anachronicznością?) natknąłem się na informacje, że amerykańska DARPA pracuje nad zintegrowaniem komputera z ludzkim mózgiem, wyobraziłem sobie, jak ten transhumanista otwiera szampana. To znaczy pod warunkiem, że w ogóle może pić alkohol przy takiej ilości pigułek. Wszystko, co do tej pory znaliśmy z powieści sf oraz filmów takich jak „RoboCop”, „Raport mniejszości” czy „Matrix”, może na naszych oczach stać się realne. Nie jest to ani pierwszy, ani najbardziej elektryzujący tego rodzaju news, jednak właśnie ten czemuś wielce mnie rozzłościł, jakąś czarę goryczy przelał. Nie dość wam, kretyni, było Google Glass?

Kiedyś, jak gros moich rówieśników, uwielbiałem fantastykę naukową. Więcej – doznawałem prekognicji! Przewidziałem na przykład telewizję w komórkach oraz smart TV. Takie rzeczy snuły mi się po głowie pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy kolega z klasy przyniósł pierwszą komórkę – już z funkcją sms, mimo iż operator takiej usługi jeszcze nie oferował. Nie ma co, wspaniała przyszłość nas czeka – marzyłem. A później, gdy wytęsknione przeze mnie zabawki zaczęły się pojawiać, cały entuzjazm ze mnie uleciał. Przestałem fascynować się również sf. Do dziś mam na nią alergię.

A przecież może być tak cudownie! Pomyślcie tylko: Najnowszy wpis na moim blogu już nie wyświetla się wam na smart fonie czy tablecie, lecz prosto w oku. Koniec problemu pięciuset ładowarek, plączących się kabli, wypchanych kieszeni. Spotykasz znajomego i od razy masz jego pełne dossier – i to nie na jakichś przestarzałych okularkach A R, lecz bezpośrednio w mózgu. Tak samo z książkami czy muzyką. Technologia 3D należy od dawna do prehistorii, bo jesteś w samym sercu akcji. No i jak zyskałyby na tym nasze wnętrza! Zbierających kurz książek już prawie w nich nie ma, a teraz jeszcze znikną te wszystkie ekrany, klawiatury i pokrowce, które tak łatwo upaprać rozlanym na stole tłuszczem ze śledzi. Widzicie to? Ja też. I szlag mnie trafia.

Szlag mnie trafia, bo przecież sam się do tego przyczyniam. Im zaś większej wyrazistości ta perspektywa nabiera, tym chętniej pogrążałbym się w techno-melancholii. Ckni mi się do przełomu wieków. Na dobrą sprawę niemal wszystko, co mamy dziś, wówczas już istniało. Nawet blogi! Pierwszy pecet zagościł w moim pokoju bodaj w dziewięćdziesiątym drugim, a moja informatyczna przygoda zaczęła się od tego, że rozwaliłem system, kasując kluczowy dla jego działania plik config.sys. Do dziś mi tej cholernej landary żal. Tej, która ją zastąpiła, nie, mimo iż też wiąże się z nią pewien romantyzm.

Wszystko jest wersją beta czegoś następnego. Według Kurzweila postęp techniczny odbywa się w sposób wykładniczy. Kluczowe odkrycia nauki mają następować w coraz to krótszych odstępach czasu, aż dojdzie do Osobliwości, czyli punktu, w którym postęp stanie się już tak szybki, że wszelkie ludzkie przewidywania stracą aktualność. Wyliczył, że miałoby do tego dojść jeszcze przed końcem połowy obecnego stulecia. Mam szczerą nadzieję, że się pomylił. Bo to musi się skończyć. No musi i już! Musi istnieć nieprzekraczalna granica – bo ja wiem, może brak pierwiastków do tworzenia coraz bardziej zaawansowanych struktur – i oby nie była daleko.

A parę dni temu kupiłem nowy telefon. Taki zwykły, z normalnymi guziczkami, i ekranem, który – tak, tak, drogie dziatki – nie reaguje na dotyk. Trącasz go opuszkiem palca, a on nic. Przybyła mi kolejna ładowarka do zgubienia akurat wtedy, gdy najbardziej będzie potrzebna. A jako że rozwój technologii jest napędzany głównie rozrywką i komunikacją, po cichu liczę, że uda mi się osobliwość Kurzweila ciut odsunąć. W końcu kropla drąży skałę, czyż nie? Ale latarkę i kamerę ten zwyklaczek jednak posiada – nie ma zmiłuj.

Polecam również

  • Paweł

    Na komórach najbardziej widać jak pozorny postęp czasem jest cofanie się. Telefony były już coraz mniejsze, ale kiedy weszły smartfony rozmiar znów zaczął rosnąć, a wytrzymałość baterii spadać. Niby masz od groma funkcji, ale się w tym gubisz – że nie wspomnę o wirusach 🙂

  • Robert

    Mojej toshibie, której codziennie używam do pracy, stuknęło już 10 lat i mam nadzieję, że jeszcze kilka lat pociągnie 🙂 A wszystko to bez choćby jednej reinstalki systemu 🙂 A smartfona nigdy nawet w ręku nie miałem. Od kilku lat używam zwykłej guziczkowej nokii, a kiedy wyzionie ducha, wymienię na kolejnego “dumbphone’a” 😉

    Pozdrawiam

    • Marcin Królik

      Też parę lat temu miałem guzikową nokię. Faktycznie była nie do zdarcia. Szkoda, że się jej pozbyłem. Również pozdrawiam 🙂

  • Pingback: Dzieje moich perypetii z Ubuntu… i z reklamacjami – Marcin Królik()