Technologia zamętu

Różnica między „Czy rosyjska armia przygotowuje się do wojny z Zachodem?” a „Za dwa tygodnie Rosja rozpocznie wojnę z Zachodem” jest z jednej strony znacząca, a z drugiej – na tyle mimo wszystko subtelna, że w codziennej bieganinie, gdy kolejne coraz mocniejsze nagłówki przemykają przez nasze ekrany, dość łatwo ją przeoczyć. Pierwszy tytuł pochodzi z portalu „Rzeczpospolitej”, drugi – ze strony Pikio, oba zaś dotyczą dokładnie tego samego zagadnienia i, o ile dobrze odgaduję, pierwszy dla drugiego stanowi źródło. A dodajmy, że w różnych wariantach tę informację powieliło kilka innych serwisów.

Chodzi oczywiście o niepokój związany z manewrami „Zapad 17”. Z obu tekstów dowiemy się, że w związku z brakiem przejrzystości co do faktycznego scenariusza tych manewrów pewne obawy wyrażają państwa bałtyckie oraz przedstawiciele NATO. W obu przeczytamy wypowiedź dowódcy sił USA w Europie gen. Bena Hodgesa, że te ćwiczenia mogą stać się rosyjskim „koniem trojańskim”, którego celem jest pozostawienie dużej ilości uzbrojenia na Białorusi. Z obu dowiemy się ponadto, że niektórzy ukraińscy politycy uważają, iż rosyjska armia chce sprawdzić, na ile jest gotowa do wojny z Zachodem, zaś same manewry mogą być przykrywką dla działań ofensywnych.

Problem niestety w tym, że w obu przypadkach zostaniemy o tym poinformowani zupełnie inaczej. Bo o ile tekst w „Rzeczpospolitej” jest utrzymany w tonie alarmującym, ale w miarę wyważonym, o tyle Pikio idzie na całość. A raczej nie tyle idzie, bo ich materiał to w gruncie rzeczy ocierająca się o plagiat zżyna z „Rz”, co już w przedbiegach odpowiednio odbiorców formatuje niepozostawiającym cienia wątpliwości tytułem i obrazkiem z krwawym Putinem.

To zresztą stała i konsekwentnie przez ten portal realizowana strategia. Wszystko tam jest pilne, szokujące i makabryczne, a ich graficy nie szczędzą krzykliwych jaskrawych barw, by przykuć uwagę. Niby nic nadzwyczajnego. Dziś niemal każdy tak robi. Klasyczna już i do znudzenia przeanalizowana ze wszystkich stron tabloidyzacja mediów w sieci dodatkowo nakłada się na fundamentalny i wciąż na ogół kiepsko rozwiązywany problem spieniężania treści. Efektem jest oczywiście pogoń za klikalnością, w wyniku której powstaje coś, co da się scharakteryzować już nie tyle jako tabloidyzację, co jako pauperyzację.

A choć – jak zaznaczyłem – procederem tym w większym lub mniejszym stopniu plamią się wszyscy, Pikio osiągnęło w nim – nomen omen – szokujące i makabryczne mistrzostwo. Ich metoda jest banalnie prosta: zrobić z byle bzdury niesamowicie ważny news, a do tego tak skomponować tytuł, by nie było od razu wiadomo, o co chodzi, a jednocześnie by wzbudzić niepokój, a niekiedy po prostu strach. Do tego czerwone albo purpurowe plansze z bijącym po oczach napisem PILNE.

Niedawno kilka serwisów poinformowało o pożarze beczki z żółtym fosforem w Chorzowie. Sytuacja początkowo rzeczywiście wyglądała groźnie – obawiano się skażenia powietrza w trzech miastach. Jedynie Pikio nie podało w tytule, o jakie miasta chodzi, co w połączeniu z apokaliptyczną grafiką mogło zasugerować, że wydarzyła się katastrofa o randze bez mała krajowej. Pewnej styczniowej nocy na Pikio ukazał się materiał zatytułowany: „Sytuacja jest dramatyczna. Za 20 minut rozpocznie się wojna”. Autor, Maksymilian Tomanek, „zapomniał” jedynie dodać, że jej areną ma być… Senegal.

Nie, nie chodzi o to, że cierpienia ludności Senegalu uważam za mniej ważne niż cierpienia Europejczyków. Chodzi o to, że pan Tomanek z premedytacją wykorzystał lęk, w jakim od kilku lat żyjemy, i który też, nawiasem mówiąc, jest sukcesywnie podsycany. Jeśli więc ktoś opluł ludność Senegalu, to właśnie on. Dla mnie jest to wręcz kwintesencja degrengolady, w jaką osuwa się tak zwane portalowe dziennikarstwo. I pomijam tu już kwestię fake newsów. A na Pikio się „uwziąłem”, gdyż to właśnie ono uosabia tę patologię w najczystszej postaci.

Teoretycznie można by na to machnąć ręką. Żerowanie na sensacji jest tak stare jak same media. Za swoisty internetowy folklor możemy uznać całodzienne ekscytowanie się kozą z „twarzą demona” i spekulacje jednego z pikiopodobnych portali, że nawałnicę, która zabiła harcerki w Suszku, mogła spowodować broń klimatyczna. Można też ostatecznie wybaczyć tekst o nadciągającym końcu świata portalowi, którego założyciel na okrągło tokuje, jak to chce tworzyć niezależne polskie media z polskim kapitałem. W końcu jakoś ten kapitał musi zdobyć, a i na chińskie zupki też skądś trzeba mieć.

Problem niestety w tym, że takie działania powodują skutki uboczne. Jest ich kilka. Przede wszystkim ogólne obniżenie jakości debaty publicznej. Ale o wiele bardziej niebezpieczne jest zdewaluowanie się roli informacji, czyli de facto – informacyjny chaos, w którym rzeczy ważne i nieistotne, prawda i fałsz, fakty i opinie, są ze sobą tak doskonale wymieszane, że stają się jednolitą i kompletnie beztreściową papką. Za którymś razem wojna rzeczywiście może wybuchnąć za miedzą, a chemiczne skażenie rzeczywiście objąć znaczne terytoria, lecz my to zbagatelizujemy. No bo przecież to znów stare dobre Pikio.

Dziś każdy może zostać nadawcą. Dosłownie każdy. Wystarczy założyć blog, fan page czy kanał na YouTube i na nieomal równych prawach z zawodowcami propagować swoją wizję świata. Próg wejścia właściwie nie istnieje. Wielu takich ludzi – zwłaszcza na YouTube – ma zasięgi porównywalne z niektórymi profesjonalnymi redakcjami. Wielu staje się gwiazdami, a nawet autorytetami. Niektórzy być może w pełni zasłużenie. Ale nie wszyscy, ani też – jak podejrzewam – nie większość z nich. Niestety nieraz naprawdę ciężko ich odróżnić.

Chcę tu od razu uprzedzić ewentualne zarzuty, że gloryfikuję przedinternetowe czasy, kiedy przepływ informacji kontrolowały wyselekcjonowane grupy specjalistów, koncerny medialne i namaszczone przez nie autorytety. Nic podobnego. Brak wyboru, albo wybór pozorny, jest tak samo zły jak jego nadmiar. Pod tym względem nigdy nie było równowagi i nie należy jej oczekiwać. Nie zamierzam też wyrokować o istnieniu lub nieistnieniu broni klimatycznej ani podważać możliwości, że los ziemi może przypieczętować zderzenie z asteroidą czy wojna nuklearna. (Akurat to w obliczu działań Korei Północnej wydaje się dosyć prawdopodobne.) Sednem są tu cele tych, którzy takie treści publikują, oraz ich dalekosiężne konsekwencje.

Kluczowa jest oczywiście dezinformacja. Sęk w tym, na ile stanowi ona niezamierzony efekt szumu wywołanego przez nieodpowiedzialnych twórców, polujących na okruchy sieciowego tortu i posuwających się przy tym do działań na granicy etyki czy wręcz poza nią, a na ile w pełni świadomie wykreowane zjawisko. Co najmniej jeden portal z tych, do których powyżej nawiązałem, bywa oskarżany o agenturalne powiązania z Rosją. Tego rodzaju posądzenia pojawiają się właściwie w stosunku do wszystkich, ale powiedzmy, że wobec tego jednego wyjątkowo często.

Co do tego, że internet jest obszarem wojny informacyjnej, chyba trudno żywić wątpliwości. Co do tego, że są w nią zaangażowane służby specjalne – chyba też. Publicznie znane są relacje byłych pracowników tak zwanych rosyjskich fabryk trolli. Choćby Marata Burkharda, który pracował w takim miejscu zatrudniającym trzysta osób. Podobno każda z nich musiała w trakcie jednej szychty zamieścić 135 komentarzy po przynajmniej 200 znaków każdy.

Innym frapującym przypadkiem jest analizowany ostatnio przez Piotra Lisiewicza fenomen gwiazd polskiego prawicowego YouTube’a takich jak choćby Grzegorz Braun, Aleksander Jabłonowski czy… Mariusz Max Kolonko, który zanim zaczął opowiadać „jak jest”, klękał z kwiatami przed Jolantą Kwaśniewską. Wszyscy oni – jak wskazuje Lisiewicz – mają jedną zaskakująco wspólną cechę: obecną jakby mimochodem prorosyjskość. Na przykład Braun: podlizując się uczestnikom konferencji smoleńskich, jednocześnie – niczym rasowy agent wpływu posługujący się „nożycami Golicyna” – głosił ośmieszające je tezy o maskirowce. Jabłonowski raz nawet zagrał bolszewika.

Tajemnicą nie jest też kupowanie odsłon na YouTube (ponoć pół miliona wyświetleń można nabyć na Allegro już za dwa tysiące złotych) czy lajków na Facebooku. Tak „wybustowana” treść lub osobowość nie może nie przyciągać. W końcu mało kto oprze się magii cztero- lub pięciocyfrowych liczb. Że już nie wspomnę o badaniu profili polityków, które przeprowadziła Anna Mierzyńska, i z którego wyszło jej, że co trzecia reakcja na Facebooku pod statusami najbardziej znanych polskich polityków to reakcja z konta fałszywego lub przejętego.

Wszystko to dobitnie pokazuje, jak łatwo manipulować przekazem w sieci. A skoro można w niej wykreować coś z niczego, można również tworzyć informacyjny zamęt, który nie tylko sprawi, że przestaniemy rozeznawać, co jest prawdą, i podkopie zaufanie do mediów, ale przede wszystkim ośmieszy samą ideę informacji. Za pierwszym, drugim, dziesiątym razem szkarłatny banner od Pikio zrobi na odbiorcy wrażenie, ale kiedy znów i znów przekona się, że na ogół jest to nabijanie go w klikbajtowego balona, za razem piętnastym machnie ręką. A wtedy może właśnie naprawdę ktoś odpali atomówkę.

Najgorsze niestety jest to, że tego rodzaju żałosne praktyki coraz częściej stosują również media starające się uchodzić za poważne. A raczej ich internetowe przyczółki, które muszą ścigać się z hochsztaplerami pokroju Pikio. Ot choćby Telewizja Republika, która zamiast spokojnie i bez emocji informować o rosnącym napięciu na półwyspie koreańskim, zaczęła epatować użytkowników swojego portalu atomowymi grzybami i dramatycznymi pytaniami, czy w tym roku czeka nas zagłada. Teraz tylko patrzeć, aż zaproszą Atora jako eksperta od przepowiedni.

Źle się państwo bawicie.

 

Polecam również

  • Jakub Lewandowski

    Z diagnozą można i się nawet zgodzić, wątpię jednak w adekwatność Twoich wniosków. Przyznam, że liczyłem na coś ponad (jednak) eksploatowany tu i tam aspekt masowego zobojętnienia na newsy.

    Odpowiedz sobie na takie pytanie: ile razy miałeś w ostatnim tygodniu/miesiącu kontakt z fake newsem? Kilka, kilkanaście, może nawet -dziesiąt razy. Być może też udało Ci się jakiś news zweryfikować itd. – w porządku. Ale teraz drugie pytanie: ile z czytanych przez Ciebie w ostatnim tygodniu/miesiącu newsów miało bezpośredni wpływ na Twoje życie? Chodzi o newsy w rodzaju: benzyna będzie droższa, nowe prawo o związkach pozwoli Ci zalegalizować Twoją relację z kolegą itd. Czyli bez-poś-red-ni wpływ, nie jakiś dyskursywny, symboliczny, ideologiczny.
    W mojej opinii nie zobojętnienie jest problemem, lecz iluzja tego, że news, o którym się czyta jest w ogóle istotny. Więc tabloidyzacja, albo nawet pauperyzacja – spoko, ale spektakularyzacja – to jest clue całej sprawy: że nam się wydaje, że to lub inne ma dla nas jakieś znaczenie.

    Wydaje mi się, że zmiana tej optyki ma swoje głębokie konsekwencje dla podejmowanych działań. Też mam bloga, też analizuję prasę; nieraz piszę otwarte listy do redakcji lokalnych gazet z mojego regionu, ale wydaje mi się, że nie w demaskowaniu, obnażaniu, weryfikowaniu leży odpowiedź. Odpowiedź (i przyszłość) leży w tworzeniu takich newsów, które będą relewantne dla odbiorcy.

    Mówiąc jeszcze krócej: diagnozą jest według mnie “Społeczeństwo spektaklu” Deborda, wnioskami – “Tymczasowa Strefa Autonomiczna” Beya.
    Podniecamy się Senegalem, Białorusią, jakimiś Trybunałami. A kiedy ostatnio zrobiłeś jakiś fajny projekt z sąsiadami. A to w końcu ich widujesz codziennie, co nie? 😉
    Dzięki za wpis!

    • Spektakularyzacja! Właśnie tego pojęcia mi brakowało, choć wokół niego krążyłem. Dziękuję za podrzucenie go. Niemniej sednem mojego tekstu jest nie tyle zdiagnozowanie samego problemu w odniesieniu do mediów internetowych, co raczej zasygnalizowanie konsekwencji. A jest nią – jak starałem się wykazać – delegitymizacja samej idei informacji, czy w ogóle opisywania świata, poprzez utopienie tego co istotne w beztreściowej paplaninie.

      Oczywiście możemy się spierać co do samej definicji istotności. Masz rację, że najważniejsze jest to, co bezpośrednio nas dotyczy. Najlepiej widać to przecież na przykładzie różnych mediów lokalnych. Tylko że co tak naprawdę oznacza tutaj “bezpośrednio”? O ile rzeczywiście większego znaczenia dla mojego życia nie ma to, kto spoczywa w grobie Michaela Jacksona albo co powiedziała Gretkowska u Kuźniara, o tyle na przykład pewne posunięcia polityczne lub nawet geopolityczne już jak najbardziej tak. Nie chcę się któregoś dnia obudzić, odsłonić okno i nagle zobaczyć na ulicy rosyjski czołg. Wolałbym być na to mimo wszystko przygotowany. Że nie wspomnę choćby o sądach. Obym nigdy nie musiał się z wymiarem sprawiedliwości stykać, ale… też lepiej wiedzieć, co w trawie piszczy.

      Przy czym tu też występuje gradacja, bo posunięcia Rosji z racji położenia geograficznego rzeczywiście mogą (choć nie muszą) mieć na moje życie bardziej bezpośredni wpływ niż wspomniana wojna w Senegalu. Swoją drogą ten przykład rzeczywiście szczególnie mocno mnie zbulwersował. Głównie dlatego, że gościa, który to pisał, Senegal obchodził jeszcze mniej niż mnie. Chodziło jedynie o wykorzystanie podsycanego od dawna lęku przed bliżej niesprecyzowanym konfliktem do podbicia statystyk. Wyjątkowe świństwo. Uważam, że takie praktyki należy publicznie piętnować. Nie tylko ze względów etycznych, ale po prostu ze względów bezpieczeństwa.

      Tak czy inaczej, chcemy tego czy nie, strefa wpływu zewnętrznego świata na nasze tu i teraz się poszerzyła. A może raczej wraz z rozwojem mediów poszerzyła się jej świadomość. Choć osobną kwestią jest – specyficzne właśnie dla naszej internetowej epoki – przesadzanie z tym. Czasem naprawdę warto się odłączyć. Ale warto też apelować o odpowiedzialność. Nawet jeśli to wołanie na puszczy 😉

      Pozdrawiam.