Tadeusz Różewicz – poeta, który otworzył żyły wierszom

W czasach mojej chmurnej i durnej młodości mówiło się, że w Polsce tylko pięcioro poetów może liczyć na naprawdę masową rozpoznawalność. A byli to: ks. Jan Twardowski, Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert i Tadeusz Różewicz. Poza wypadkiem ks. Twardowskiego, który istotnie pod wiele strzech się wdarł, były to chyba szacunki mniej lub bardziej przestrzelone, co jednak i tak dostarczało zastępom ówczesnych liryków in spe dawki złudnej nadziei, że i ich kiedyś zaczną pokazywać w telewizji.

Oczywiście kojarzyć jeszcze nie równa się czytać. Poza tym droga każdego z wymienionych wyżej twórców do świadomości mas była nieco odmienna. Szymborską i Miłosza najbardziej wywindował Nobel. Herbertowi pomógł status barda Solidarności – nienadkruszony, mimo iż po przepoczwarzeniu się PRL w III RP zaczął miewać niejakie kłopoty z demokracją, a ona z nim. Popularność ks. Twardowskiego to zjawisko mocno specyficzne i nie podejmuję się go analizować. Natomiast jeśli idzie o Różewicza, sprawa jest nieco poplątana. Pomijając jego obecność w podręcznikach do polskiego, największą realną sławę zyskał chyba wśród samych poetów – czy w ogóle artystów – i dopiero od nich niejako „przeciekł” dalej.

We wspomnianym tutaj okresie z całej piątki na łonie Abrahama spoczywał jedynie Herbert. Pamiętam, jak wiadomość o jego śmierci zaskoczyła mnie w dżdżysty lipcowy wieczór w Poznaniu. Dziś nie żyją już wszyscy. Różewicz zmarł jako ostatni wiosną dwa lata temu. Teraz kończyłby dziewięćdziesiąt pięć lat. Przytaczam te dane, bo fakt, że to właśnie on zgasił światło po – jak bywał też ów kwintet określany – Starych Mistrzach, wydaje mi się wielce znamienny.

Przechodziłem różne literackie fascynacje. W przypadku wielu z nich nie byłbym już w stanie konkretnie powiedzieć, co mnie do tego akurat autora przywiodło i kazało potowarzyszyć mu dłużej. Tak mam choćby ze Stachurą, Hemingwayem czy Kerouacem. Po prostu niektórzy pisarze wlatują w twój horyzont, zostawiają to, co jest ci potrzebne do własnego rozwoju, a potem rozpływają się w pomroce dziejów. I nawet jeśli niekiedy do nich wracasz, nie możesz się samemu sobie nadziwić, że mogli wywoływać aż taki dreszcz. Trafiają się i tacy – u mnie na przykład Herling-Grudziński – którzy nawiedzają cię co pewien czas jak duchy, mówiąc: hej, nie zapominaj! Są też ci, co do których wiesz, że stanowią zamknięty rozdział, lecz mimo to wciąż czujesz się ich dłużnikiem.

Dla wielu z nas – bo chyba mogę tu mówić w imieniu szerszym, niż własne – próbujących na przełomie stuleci coś tam dziergać w materii słowa poetyckiego Różewicz był taranem, który przejechał się po naszych wyniesionych ze szkół przyzwyczajeniach. Nie tylko kopiowaliśmy jego wersyfikacyjne „schodki” i naśladowaliśmy niepodrabialną suchą dykcję. Nawet ci z nas, którzy strukturalnie znajdowali się na antypodach i produkowali długie potoczyste wersy, nie stroniąc od wielkich liter i znaków interpunkcyjnych, przejęli jego filozofię rozkładu świata i ponowoczesnej dewaluacji wartości. Cali byliśmy z niego.

Tyle że tak naprawdę wcale nie byliśmy, bo też i w gruncie rzeczy na ogół gównośmy z niego rozumieli. Imponowała nam poza, styl, emanująca z tego niepozornego facecika w grubych okularach aura awangardzisty. Różewicz był ozdrowieńczą odtrutką zarówno na nadętą frazę jaśniepana Miłosza znad zatoki San Francisco, jak i na godnościową obstrukcję moralisty Herberta. Szymborska ze swoim krakówkowym tiutiurlikaniem w ogóle się nie liczyła. A z kolei Twardowski to było jakieś poetyckie disco polo. My łaknęliśmy rebelii. Szukaliśmy jej w różewiczowej „poezji śmietników”.

No dobrze, upraszczam, generalizuję. A i to „my” wypadałoby chyba jednak zamienić na „ja”. Świadectw tego, jak ogromny wpływ Różewicz wywarł na ówczesną tzw. „młodą poezję”, da się aż nadto znaleźć zarówno w samych utworach, jak i w wypowiedziach krytyków. Pisał o tym wyczerpująco zwłaszcza Karol Maliszewski. I to, jak mi się wydaje, w wielu artykułach. Tak naprawdę jednak ścieżkę dotarcia do Różewicza każdy przeszedł indywidualnie i dopiero suma tych pojedynczych zetknięć tworzy obraz całości. Mogę więc miarodajnie opowiedzieć jedynie o własnym doświadczeniu.

Początki mojej fascynacji Różewiczem – i pisząc o fascynacji mam na myśli naprawdę mega fioła, polegającego na pożeraniu wszystkiego, co stworzył on sam, i co inni stworzyli o nim – datują się mniej więcej na przełom XX i XXI wieku. Miałem wtedy – jak zapewne większość z nas – iście bałwochwalczy stosunek do nagród literackich, a że Różewicz akurat dostał Nike za „Matka odchodzi” i zrobił się wokół tej pozycji tak wielki szał, iż w mojej bibliotece trzeba było zapisywać się na kolejkę do wypożyczenia, to stwierdziłem, że po prostu muszę się temu fenomenowi nieco bliżej przyjrzeć. Potem do jeszcze głębszych studiów pobudziło mnie duże zainteresowanie, jakie Różewicz wywołał na polonistyce, kiedy miano mu wręczyć doktorat honoris causa UW.

Jak już nadmieniałem przy okazji tekstu o Marcinie Świetlickim, byłem wtedy zanurzony w Miłoszu. Pisałem jak on, chciałem być jak on, wydawało mi się, że bazując na jego estetyce, wskrzeszę gmach wzniosłej poezji, który moi zaczadzeni Świetlickim rówieśnicy pracowicie dewastowali. I co? Ano to, że tempo, w jakim tenże Miłosz zbladł i zmarniał w moich oczach, gdy coraz głębiej penetrowałem świat Różewicza, zaskoczyłoby nawet najstarszych górali. Fakt, iż znalazłem z nim nić łączności, podczas gdy nie mogłem nawiązać jej z równolatkami, mówi dużo o tym, czemu w istocie go nie rozumieliśmy. Ale o tym za chwilę.

W Różewiczu na równi z treściową zawartością zachwyciło mnie podejście do warsztatu. Ono zresztą na początku może wręcz silniej. U niego, jak doprawdy u mało kogo, „co” organicznie współistniało z „jak”. Ciągłe przepisywanie, redagowanie, poprawianie, cyzelowanie jednego wiersza czy kawałka prozy przez dwadzieścia lat i ogłaszanie kolejnych wersji w kolejnych tomach, nie jawiło się w jego kontekście jako postmodernistyczny grymas, pusta zabawa w wyczerpanie. Ta jego swoista „inżynieria literatury”, zmaganie się z formą na oczach publiki, miało głębokie znaczenie, stanowiło emanację jego „walki o oddech” i odzyskiwania świata po kataklizmie.

rozewicz_rekopis

Lubił podkreślać, że wszystko, co napisał, stworzył ręcznie. Odbitki pobazgranych rękopisów stały się właściwie integralnym składnikiem jego książek. Przyrównywał to do cielesnego bez mała związku, jaki malarz nawiązuje z obrazem, w czym, nawiasem mówiąc, przejawiała się jego obsesja na punkcie sztuk wizualnych. Przyznam, że choć sam praktycznie od zawsze używam do pisania komputera, chyba potrafię tę metafizykę zrozumieć. Podobne deklaracje w ustach niejednego pisarza brzmiałyby bufonowato, u Różewicza – nie.

Od Różewicza przejąłem jeszcze jedną niezwykle cenną rzecz – przekonanie o płynności gatunków i pozorności dzielących je granic. Jego „zawsze fragment”, który odzwierciedla całość, fundamentalnie zaciążył na moim osobistym myśleniu o literaturze. To, że dzisiaj nie uznaję różnicy między postem na blogu i tekstem w książce, ani między fabułą i esejem, mam z niego. Bo to właśnie on pokazał mi, że rzeczywistość jest pokawałkowana, a sztuka to trud jej rekonstrukcji, walki o kształt.

I tu dochodzimy do owego rozminięcia się autora „Kartoteki” z rzeszami jego późniejszych epigonów. Powszechnie utrzymuje się – a i ja, poznając go, nie od razu wyzwoliłem się z tego przekonania – że Różewicz to negacjonista, czy wręcz nihilista. Dość często mówiło się o nim „poeta zgorzkniały”, „piewca pustki”. Tyle że – jak on sam nieraz prostował w wywiadach – ta negacja jest pozorna. W odniesieniu do niego zwykle kładzie się nacisk na doświadczenie katastrofy cywilizacyjnej, które go uformowało – na wojnę, Holokaust, pytanie o możliwość „robienia” poezji po Oświęcimiu – ale rzadko pojawia się refleksja, że cały jego wysiłek ma na celu właśnie odzyskanie tego, co zostało utracone.

Czynił to zaś w sposób całkowicie pozbawiony minoderii, co – trzeba chyba wyeksplikować tu wprost – najbardziej odróżniało go od większości koleżeństwa po piórze. Był maksymalistą – to pewne. „On to wziął poważnie” – jak w jednej z poetyckich laudacji podsumował Miłosz. Tak – on to wziął poważnie. Poważny śmiertelnik, który nie tańczy na targowisku literatury.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również