Sztuka szwejcownictwa, czyli fascynacji VHS-ami ciąg dalszy

Miłość do kina miewa najróżniejsze postacie. W przypadkach szczególnie namiętnych owocuje tym, iż amant sam chwyta za kamerę. Wówczas, bywa, dostajemy prawdziwe perełki. Afekt niekiedy poczyna się również w najdziwniejszych miejscach. Na przykład w wypożyczalni kaset wideo. Weźmy pierwszy nasuwający się od razu przykład: Quentin Tarantino. Nie dość, że uwielbienie do srebrnego ekranu wyssał z mlekiem matki, która imię Quentin dała mu na cześć bohatera granego przez Burta Reynoldsa w serialu „Strzały w Dodge City”, to w świat reżyserii, którego stał się żywą ikoną, wjechał wprost z przechodzącej dziś do nieodwołalnego lamusa świątyni filmów na taśmie magnetycznej.

Nie należę do fanatycznych admiratorów twórczości Tarantino, lecz jego postać, jak i nostalgiczne wspomnienia wszystkich wypożyczalni, na miłosnym buszowaniu po których upłynęło mi dzieciństwo i kawał zmarnowanej młodości, jakoś nieodparcie nasuwają mi się w związku z filmem Michela Gondry’ego „Be Kind Rewind”, który w Polsce zaistniał pod tytułem „Ratunku! Awaria”. Komedia to zwariowana, lecz nie tyle w przebiegu, bo sporo tam też akcentów dramatycznych, a i do śmiechu nie ma za dużo, co w koncepcie. Michel Gondry zabawia się bowiem, właśnie wzorem Tarantino, w popkulturowy mikser, przemycając przy okazji przesłanie o wartościach wspólnego działania, tudzież zabierając głos w sprawie piractwa.

Passaic na przedmieściach Nowego Jorku żyje małymi udrękami dnia codziennego i legendą wielkiego pianisty jazzowego, Fatsa Wallera, której gorącym propagatorem jest niejaki Elroy Fletcher (Dany Glover). Elroy to istny dinozaur epoki VHS. W czasach DVD i depczącego mu po piętach standardu blue-ray uparcie prowadzi chylącą się do kresu wypożyczalnię kaset. Kiedy wyjeżdża w podróż służbową, by podpatrzyć, jak konkurencja zwabia klientelę, interes zostawia pod opieką swojego nierozgarniętego pracownika, Mike’a (Mos Def). Na pożegnanie chłopak dostaje od niego jedyny przykaz: pod żadnym pozorem nie wpuszczaj tu swojego porąbanego kumpla, Jerry’ego. Słusznie, bo Jerry (Jack Black) to żywa hekatomba z metalową płytką w głowie i lekką paranoją.

Oczywiście zagłady nie daje się powstrzymać. Jerry, cały zjonizowany po nieudanym sabotażu elektrowni, wkracza do wypożyczalni, robi kosmiczny bałagan i… kasuje wszystkie kasety. A tymczasem nieliczni, którzy nie wyrzucili magnetowidów, czekają na swoje filmy i nie zamierzają słuchać żadnych wymówek. Zdesperowani przyjaciele wpadają na karkołomny pomysł: postanawiają nakręcić wszystkie utracone filmy na nowo, najpierw we dwóch, potem z pomocą dziewczyny z sąsiedztwa, Almy. Tym sposobem powstają nowe wersje „Króla lwa”, „Pogromców duchów”, „Robocopa”, ale także wykwintnych klasyków, takich jak „Wożąc panią Daisy”. I jak to bywa tylko w absurdalnych komediach, zremasterowane przez drużynę przygłupów z kamerą hity robią furorę, a od zachwyconych klientów sypią się zamówienia na kolejne obrazy do zeszwejcowania. Taką bowiem nazwę przyjmuje ich, jeśli można to tak górnolotnie określić, poetyka.

„Ratunku! Awaria” nie jest wielką sztuką. Trudno też posądzić tę produkcję o rozrywkowość. Pomimo ogólnie ciepłego wydźwięku, zawarta tam pomiędzy gagami dawka goryczy, ujęcia podupadających dzielnic oraz ludzi, którzy nigdy na dłuższą metę nie będą piękni i szczęśliwi, odstręczą zwolenników beztroskiego zarykiwania się ze śmiechu już po pierwszych dwudziestu minutach. Jednak, jeśli przedrzemy się przez nieco nużący początek, czasu spędzonego przed ekranem nie uznamy za stracony. Przyjemnie jest bawić się w odgadywanie ukrytych w fabule nawiązań do najsłynniejszych filmów, ale również – by powołać się na głoszoną przez Tarantino tezę, że w każdym filmie, nawet tym klasy B, kryje się jakaś głębia – warto zwrócić uwagę na wiadomość, którą Gondry najwyraźniej chce nam przekazać.

A wiadomość ta brzmi: Hollywood to nadęta stara dziwka, która karmi was opakowanymi w milionowe budżety banałami. Obraz Gondry’ego wpisuje się w ten sam parodystyczny nurt, co serie „Strasznych filmów”, „Komedii romantycznej” i „Wielkiego kina”. Podobnie jak tam, pastisz i dekonstrukcja służy przekłuciu wielu posypanych oscarowym brokatem balonów i daniu obracającym milionami dolarów inżynierom masowych gustów na całym świecie ozdrowieńczego prztyczka w nos. Hollywood nie znosi, gdy się je poucza i zagania w kozi róg, toteż w Passaic zjawiają się strażnicy świętych praw autorskich, uprzytamniający bez ogródek Jerry’emu i Mike’owi, że ich zabawa, która tymczasem przekroczyła ramy zabawy, jest nielegalna. Jednak serce widza staje po ich stronie, zwłaszcza, że dzięki pieniądzom zarobionym na wypożyczaniu zeszwejcowanych produkcji będą mogli uchronić Fletchera przed eksmisją.

W czasach, gdy mielące na jałowym biegu, przyduszone kryzysem Hollywood stawia na pewniaki, tego typu na poły niezależne produkcje mogą być świetną artystyczną odskocznią. Oczywiście kolejne klony „Avatara” czy dziesiąte części „Terminatora” nadal będą zapychać popcornowy głód, lecz takie dzieła, jak wyprodukowany z dala od wielkich wytwórni, a mimo to obsypany nagrodami „Dróżnik” pokazują, że kino nie do końca stoczyło się w komercję. Zaś szermujący autotematyzmem „Ratunku! Awaria”, w którym bohaterowie osiągają sukces za pomocą przestarzałego modelu kamery wideo i tekturowych rekwizytów, przypomina, że autentyczna sztuka bierze się z dziecięcej pasji i miłości.

Quentin Tarantino pewnie by się z tym zgodził. A ja żałuję, że zapodział się scenariusz romantycznego thrillera, który napisaliśmy z chłopakami, kiedy mieliśmy po piętnaście lat. Gdybyśmy mieli kasę na kamerę (duża na kasety VHS, trzymana na ramieniu, była wtedy poza naszym zasięgiem i nawet wakacyjne rozwożenie gazet nie zasiliło budżetu na tyle, aby produkcja mogła ruszyć) zostalibyśmy polskimi pionierami szwejcownictwa. I pomyśleć, że dziś można to robić zwykłą komórką. Tylko tamta pasja gdzieś wywietrzała.

Polecam również