Sześć lat temu odszedł Edward Żentara

Rzadko pozwalam sobie na wpisy „ku pamięci” po śmierci kogoś znanego. Robię to zazwyczaj, gdy ten ktoś był rzeczywiście dla mnie w jakiś sposób ważny, gdy coś w moje życie wniósł. Opłakiwanie aktorów czy muzyków stało się już jednym z rytualnych zachowań w mediach społecznościowych. Trochę tak, jak wśród ludzi zainteresowanych literaturą obowiązkowe odnotowywanie, że ten a ten w tym roku dostał nobla. Trochę to w sumie śmieszne. Wolę nie wnikać, ilu roniących łzy na Facebooku naprawdę danego artystę słuchało czy oglądało, i ilu fetujących werdykty szwedzkiej akademii rzuciło się gorączkowo do Wikipedii przed wklepaniem statusu.

A dziś ówże zawsze dbający o komfort swych użytkowników „fejs” przypomniał mi mój własny post sprzed sześciu lat, który wrzuciłem spontanicznie na wieść o samobójstwie Edwarda Żentary. Dałem w nim też link do ostatniej sceny „Siekierezady”, która oczywiście w zwanym międzyczasie zdążyła już wyparować z YouTube’a. Cieszę się z tego wspomnienia. Szkoda, że nasza pamięć jest tak bardzo ulotna. Ale też od razu naszła mnie taka ironiczna myśl, że gdyby Żentara „siedział na fejsie”, pewnie teraz by żył i grał. W końcu ponoć jednym z elementów zbawczej misji Cukierberga jest zapobieganie samobójstwom. Ale niestety Żentara to inne pokolenie. Wolał zwany real.

Dokładnie sześć lat temu podciął sobie żyły w służbowym mieszkaniu przy teatrze im. Solskiego w Tarnowie, gdzie pełnił funkcję dyrektora. Podobno zostawił list, ale jak zwykle w takich wypadkach nie ujawniono jego treści. Tabloidy i plotkarskie portale sugerowały, że mogło chodzić o problemy w samym teatrze lub o jakieś sprawy sercowe. A może o jedno i drugie. Nie dociekałem. Zresztą jakie to ma znaczenie? Zostawił żonę i syna – też, nawiasem mówiąc, artystę, znanego m.in. z zespołów Mgła i Kriegsmaschine.

Dla mnie był przede wszystkim twarzą. Należał do tego szczególnego rodzaju ludzi – wbrew pozorom nie tak znów częstego nawet wśród aktorów – którzy zobaczeni gdzieś raz, już zawsze z tobą zostają. Nie pamiętam, gdzie się z nim zetknąłem po raz pierwszy. Przeglądając jego nader obfitą filmografię, przypuszczam, że mógł to być któryś z dawniejszych, emitowanych jeszcze w latach osiemdziesiątych seriali: „Rodzina Połanieckich” lub „Trzy młyny”. Na pewno duże wrażenie zrobił na mnie w „Karate po polsku”, no i oczywiście w „Siekierezadzie”, którą obejrzałem na fali zaciekawienia Stachurą. Ale co z tą twarzą? Czemu tak wyjątkowa?

Chyba temu, że była w niej jakaś dziwna zaciętość, skierowanie w głąb, które czyniło ją niezwykle charyzmatyczną, a zarazem desperacką. Czuło się, że ta twarz skrywa za sobą jakiś mrok i ogromne udręczenie. A też może i poniekąd zło, które stara się stłumić. Najpełniej wybrzmiało to chyba właśnie w „Karate po polsku” – moim zdaniem jednym z najlepszych polskich filmów lat osiemdziesiątych –gdzie zagrał człowieka rozdartego między kulturą a wewnętrzną bestią, którą bezskutecznie usiłuje trzymać na uwięzi, co w finale doprowadza do tragedii. Jest to kreacja na tyle sugestywna, że trudno nie odnieść wrażenia, iż czerpał z własnych doświadczeń. I tak jest w zasadzie w każdej jego roli – czy to księdza, czy zawodowego zabójcy, w którego wcielił się w trzecim sezonie „Ekstradycji”.

Najbardziej osobliwie – przynajmniej z tych rzeczy, które widziałem – wypadło to w jego interpretacji postaci św. Maksymiliana Kolbego w „Życie za życie”. Przypominał tam raczej surowego pustelnika, jakiegoś bez mała ojca pustyni, któremu czas upływa na walce z demonami i który już za życia stoi u progu męczeństwa, niż kogoś, kto zdolny byłby stworzyć medialne imperium na, bądź co bądź, jednak globalną skalę. Ale przejawiało się to również i w serialowych chałturach – w „Na dobre i na złe” czy „M jak miłość”. Zawsze taki sam: zaciśnięty, skupiony, gorzki, tajemniczy.

I nawet nie to, że dałoby się go określić mianem aktora charakterystycznego w potocznym rozumieniu tego pojęcia. Po prostu istnieje taki typ artystów, których wewnętrzny świat tak silnie emanuje na ich twórczość, tak ją zakrzywia, że co by nie robili, zawsze wychodzi to samo. W niektórych wypadkach jest to wada, ale w nielicznych – i do takich bez wątpienia należał Żentara – niekoniecznie. Pamiętam jego epizodzik w „Na dobre i na złe”, zagrany zapewne tylko dla kasy, w którym wcielił się w chorego żołnierza, usiłującego nie okazać, jak bardzo jest z nim źle. Poci się, zaciska szczęki, drży – po prostu sto pięćdziesiąt procent Żentary w Żentarze, aż wręcz do granic autoparodii.

Nie zaskoczyła mnie informacja, że popełnił samobójstwo. Wiem, jak to brzmi – po trzęsieniu ziemi każdy przysięga, że dostrzegał symptomy. Ale serio, ów ciemny tanatyczny instynkt był wypisany na tej jego twarzy. Przecież między innymi z tego powodu tak dobrze wypadł jako Janek Pradera. Tak… prawdziwie. Zresztą w poświęconym Stachurze filmie dokumentalnym z 1992 roku sam przyznawał zupełnie otwarcie, że poczuwa się do wspólnoty z nim. Padły tam bardzo znamienne i, jak się okazało, profetyczne słowa, iż ma nadzieję, że w jego wypadku nie dojdzie do autodestrukcji.

Strasznie musi być umierać w pustym mieszkaniu, czując, jak krew powoli z ciebie wypływa. Widzę to. Pewnie napuścił ciepłej wody do wanny, żeby rany się nie zamknęły. O czym myślał, dopóki był w stanie zachowywać świadomość? Żałował? A może wprost przeciwnie? Może z każdą sekundą coraz bardziej tego pragnął? Samobójstwo poza tym, że w gwałtowny sposób wyrywa człowieka ze świata, poniekąd go piętnuje. Chcąc nie chcąc, patrzymy na niego właśnie przez ten pryzmat. To krzywdzące i redukujące, ale jednocześnie dopełniające.

Rysuje się tu jakaś niesamowita, makabryczna jedność twórcy i jego dzieła. I ten dym… ta mgła…

Polecam również