Publicystyka

Szersze implikacje sprawy Atora

Nie każdy musi być w meandrach sieci zorientowany, więc dla porządku najpierw kilka słów o samym Atorze. Krzysztof Woźniak – bo tak brzmi jego prawdziwe imię i nazwisko – to jedna z bardziej rozpoznawalnych, a na pewno bardziej charakterystycznych, osobowości polskiego internetu. Znany przede wszystkim jako youtuber, od niedawna prowadzi portal wTemacie24. W ostatnich wyborach kandydował do sejmu z list partii KORWiN. Ja o jego istnieniu dowiedziałem się po wybuchu słynnej, odnotowanej również przez tzw. tradycyjne media, dramy między nim a innym youtuberem.

Nie chcę w tym miejscu oceniać jego twórczości. Postanowiłem o nim napisać, bo kolejna afera, jakiej bohaterem w ostatnich dniach się stał, wpisuje się w szerszy ciąg dosyć mocno niepokojących zdarzeń związanych z tym, jak internet obecnie funkcjonuje w naszym życiu. Zanim przejdę dalej, warto już teraz uświadomić sobie jedną rzecz: cyberprzestrzeń nie tylko stała się immanentnym składnikiem naszego świata – równie nieodzownym jak prąd, dzięki któremu po niej surfujemy – jest ona również terenem najzupełniej realnej wojny; wojny nowego typu, w której żołnierzami nie są jedynie, ani nawet nie przede wszystkim, hakerzy.

Ale do sedna. Cała sprawa zaczyna się tuż po rocznicy Powstania Warszawskiego. W dniu obchodów Ator publikuje w swoim, wspomnianym już, serwisie artykuł o spaleniu polskiej flagi i spuszczeniu jej resztek w toalecie. Miał to być taki swoisty „żart” w wykonaniu jednej z użytkowniczek Facebooka. Głównym założeniem tekstu było pokazanie dwulicowości Facebooka w kontekście akcji masowego kasowania konserwatywnych i patriotycznych stron, jaka odbyła się w poprzedni weekend i do której dumnie przyznał się Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.

Dwa dni później Ator wystąpił w TV Republika, gdzie poinformował, że zablokowano mu prywatny profil na Facebooku. A właściwie nie tyle zablokowano, co po prostu usunięto. Ponieważ ma kontakty w branży IT, konto udało się przywrócić. Co jednak jeszcze bardziej frapujące, ujawnił screeny, z których wynika, że na jednej z facebookowych grup uknuto spisek przeciwko niemu. Miano między innymi zaplanować wrobienie go w gwałt. Dzień po wywiadzie w Republice został zbanowany. Tym razem już standardowo: profil istnieje, lecz właściciel nie może nic na nim zamieszczać, czyli jest całkowicie odcięty.

By taki ban mógł zostać nałożony, konto, fanpage lub grupę najpierw trzeba zgłosić. Nie mam z tym, przynajmniej póki co, doświadczeń, ale podobno takich zgłoszeń musi być większa ilość. Jednego czy dwóch Facebook nawet nie dostrzeże. Oznacza to, że podobnie jak w przypadku weekendowej czystki, a także kilku innych – między innymi analogicznej akcji przed jedenastym listopada czy osób lub środowisk banowanych już w zasadzie regularnie – musiało tu interweniować… nie wiem… kilkadziesiąt? kilkaset? osób.

Co do podnoszonej w tekście Atora dwulicowości należy tutaj dodać, że owo banowanie też najwyraźniej działa mocno wybiórczo. Ujmując kolokwialnie: o wiele łatwiej w utopijnym królestwie pana Zuckerberga doznać represji za patriotyzm lub nieprzychylne komentarze o gejach czy uchodźcach, niż, na przykład, za szkalowanie Jana Pawła II. O tym akurat coś wiem. Może nie z własnego doświadczenia, ale chociażby z opisywanej w tySolu sprawy pewnej zajmującej się właśnie czymś takim grupy, której masowe zgłaszanie – także przeze mnie – długo nic nie dawało.

W związku z ostatnim czyszczeniem Facebooka z nienawiści i nacjonalizmu pojawiło się kilka kontrowersji. Wywołało je już samo oświadczenie ich biura prasowego, w którym dawali do zrozumienia, że wszystkiemu winien jest jakiś systemowy błąd. Stawiałoby to w cokolwiek dwuznacznym świetle walecznych czynowników Rafała G. Tu akurat zgodziłbym się z Atorem, że jeśli odpowiedzialność faktycznie leży po stronie Facebooka, to najpewniej chcieli sobie po prostu to przypisać, żeby wyjść na bardziej bohaterskich. Z przymrużeniem oka traktowałbym także dywagacje niektórych portali, że Facebook przestraszył się Steve’a Bannona. Zresztą mniejsza z tym.

Tak naprawdę liczy się kilka innych aspektów. Ator niezależnie od tego, jak ocenialibyśmy jego działalność, nie jest zwykłym żuczkiem wrzucającym na fejsika przysłowiowe zdjęcia kotów, lecz jednoosobową instytucją o potężnym dotarciu, porównywalnym praktycznie z niektórymi telewizjami czy dużymi gazetami. Mimo to można go było, jak się okazuje, dość łatwo spacyfikować. Do tego facet ma chody, dzięki którym jakoś się z tego wykaraska. A co z tymi, którzy ich nie mają? Co, dajmy na to, ze mną, jeśli komuś nieopatrznie nadepnę na odcisk? Miesiąc temu Facebook wyłączył mi możliwość wykupowania reklam za rzekome naruszenie mitycznych zasad i nie mogę się doprosić ani wyjaśnienia, ani przywrócenia.

Możemy więc dojść do sytuacji, gdy ludzie – tacy mali blogerzy jak ja, czy nawet wrzucacze kotów – dwa razy się zastanowią, nim coś opublikują, bo będą się bać, że zaraz zza winkla wyskoczy miłujący wolność Rafał Gaweł ze swoimi dzielnymi wolontariuszami czy tam inny świętoszkowaty HejtStop. Facebook będzie wszelkie protesty miał w dupie, a kto wie, czy sam dodatkowo nie przywali. Bo za rok czy dwa w ogóle możemy się obudzić w świecie, w którym mową nienawiści będzie wszystko, czego nie zaaprobuje święty Gaweł i miłosierny zbawca ludzkości Zuckerberg.

Oczywiście można sobie na to lekceważąco machnąć ręką. Przecież to tylko internet. Ano nie tylko. Bo tak jak napisałem powyżej, stał się on już zbyt ważny. Popełniliśmy niestety ten błąd. A drugim błędem było – i wciąż jest – pozwalanie, by monopolizowały go globalne korporacje, które – co dziś doskonale wiemy – bynajmniej nie są neutralne aksjologicznie i biorą czynny udział w toczącej się na naszych oczach kulturowej wojnie. Na dodatek ich produkty – takie jak właśnie wszechpotężny Facebook – mogą się stać narzędziem do manipulowania opinią publiczną na niespotykaną dotąd w dziejach skalę.

Nie, wcale się nie podniecam. Piszę to zupełnie na zimno. Moje mikroskopijne zasięgi każą mi być raczej spokojnym. Na razie. Bo jednak gdzieś z tyłu głowy lęgnie się obawa. Tu nie chodzi tylko o zwykłą wolność – o to, że ja, Ator czy ktokolwiek ma prawo tworzyć, co i jak chce, dopóki nie narusza wolności innych. Ani nawet nie o to, że może cię strollować banda gimbusów. Tu idzie raczej o to, że próbuje się kryteria owej wolności definiować arbitralnie, a do tego wedle cokolwiek dyskusyjnych standardów. Ator w swoim tekście słusznie pyta, czy rzeczywiście o taką wolność walczyli powstańcy.

Atora nikt kochać nie musi. Ja też – skoro już o tym mówimy – mam do niego zastrzeżenia. Ale – do ciężkiej cholery! – powinien móc spokojnie robić to, co robi, zwłaszcza że znajduje nabywców. Chyba że naprawdę ktoś uważa go za na tyle znaczące zagrożenie, aby chcieć go uciszyć. Co wbrew pozorom nie jest aż takie głupie, bo tacy trybuni ludowi jak on mogą rzeczywiście wywierać wpływ. Co, nawiasem mówiąc, też jest swoistą, choć niekoniecznie i nie w każdych okolicznościach pozytywną, cechą internetu.


Fot telewizjarepublika.pl

Polecam również