Świąteczne reklamy

W atakujących nas zewsząd świątecznych reklamach najbardziej problematyczne wcale nie jest to, że pojawiają się dwa miesiące za wcześnie. Kiedy uważnie im się przyjrzeć, najbardziej uderza to, iż w zasadzie nie dowiadujemy się z nich, o jakie święta chodzi. Wszystko tam niby jest: rodzinne ciepło, choinka, prezenty, promocje (zwłaszcza promocje!), a nawet – wbrew empirycznym obserwacjom z co najmniej kilkunastu ostatnich lat – śnieg. Brakuje tylko odpowiedzi na jedno fundamentalne pytanie: Po co to wszystko?

Mamy padać na pysk w kolejkach do kas, a potem odczuwać bliżej niesprecyzowaną „magię” i chłonąć efemeryczny „klimat”, ale bez refleksji nad ich źródłem. To tak jakby uczestniczyć w przyjęciu urodzinowym, na którym wszystkiego jest aż nadto, tyle że solenizanta wyproszono za drzwi i zabroniono o nim głośno wspominać. Jeszcze nie tak dawno sądziliśmy, że wystarczy powiedzieć „święta”, a każdy będzie od razu wiedział, że chodzi o Boże Narodzenie, czyli pamiątkę przyjścia na świat Jezusa Chrystusa. Dziś, patrząc choćby po tych reklamach, staje się to coraz mniej oczywiste.

Przesada? Niekoniecznie. Jeszcze nie tak dawno wydawało się, że wystarczy powiedzieć „naziści”, by każdy rozumiał, że chodzi o Niemców. I tak powoli, na miękko, ale konsekwentnie odrywa się pojęcia od ich desygnatów, by następnie zmienić ich znaczenia.

Pisałem o tym również w tekście z 2015 roku.

Odwrócony duch świąt

Polecam również