Świąteczne fluktuacje

Z różnych miejsc na świecie ludzie wchodzili już na mój blog. Ale chyba jeszcze nigdy z Palestyny. Czy raczej, jak informuje aplikacja, której używam do monitorowania ruchu, z Terytorium Palestyńskiego. Aż tu nagle dziś, właśnie dziś… Kto to mógł być? Jakiś bot, który przemknął się przez siatkę zabezpieczeń? Efekt przypadkowego wyszukiwania? Czytelnik, który postanowił spędzić Boże Narodzenie w rejonach bliższych jutrzejszemu jubilatowi? Mam to jakoś interpretować? Odnieść do swojego życia? Ech, i tak za dużo się dopatruję.

Weźmy choćby coś takiego. W listopadzie na aukcji w nowojorskim oddziale londyńskiego domu aukcyjnego Christie’s za iście astronomiczną kwotę ponad czterystu pięćdziesięciu milionów dolarów sprzedano anonimowemu nabywcy obraz „Zbawiciel świata”. Ponoć jest to ostatnie dzieło Leonarda da Vinci znajdujące się w prywatnych rękach. Obraz wystawił rosyjski miliarder Dmitrij Rybołowiew, o którym swego czasu głośno było między innymi z powodu rozwodu kosztującego biedaka połowę majątku obliczanego na cztery i pół miliarda dolarów. Facet zbił go na sztucznych nawozach i kopalniach soli potasowej.

Nie była to – jak czytam – pierwsza próba upłynnienia „Zbawiciela” przez imć Rybołowiewa. Słuchy chodzą, że nabył go za sto dwadzieścia siedem i pół miliona dolarów, a i tak uważał, że słono przepłacił. Aż do roku 2011 sądzono, że ów niepozorny obrazek, namalowany na desce o wymiarach 60 na 40 centymetrów, mógł wyjść spod ręki ucznia wielkiego Leonarda – Giovanniego Boltraffio. Jego autentyczność miało potwierdzić dopiero kilka równoległych ekspertyz. Koronny dowód rzekomo stanowiła szklana kula trzymana przez Jezusa w lewej ręce. Nawet mnie nie pytajcie, o co w tym chodzi.

Tak czy inaczej, imć Rybołowiew niewątpliwie ma powody do świętowania. O ile oczywiście dzieło naprawdę wciąż było jego własnością. Bo wszak w tym elitarnym świecie nic nie jest do końca pewne. A ja się zastanawiam, co mnie w tej enigmatycznej informacji tak bardzo przykuło, że wypełniłem nią aż dwa akapity felietonu mającego w zamyśle luźno orbitować wokół motywu Bożego Narodzenia. Inkryminowany wizerunek Chrystusa jakoś wybitnie mi się nie podoba. Jest chyba dość typowy dla swoich czasów. Tak przynajmniej go odbieram moim dyletanckim okiem. Tchnie mi jakimś manieryzmem.

Niepodobna, rzecz jasna, podejrzewać, iż skodyfikowana w wielokrotności zer wartość tego artefaktu odnosi się do jego metafizycznej czy religijnej strony. Nie, Drodzy i Szanowni, nie w tym elitarnym świecie, który egzystuje w błogim przekonaniu, że wyemancypował się nad dobro i zło. Chociaż miło tak sobie naiwnie wyobrazić, że bezimienny kupiec właśnie teraz, w przededniu urodzin Jezusa z Nazaretu, spogląda na tę wystudiowaną, otoczoną lokami twarz i coś go porusza. Bo dlaczego odrzucić taką ewentualność? Czy staliśmy się już aż tak strasznie cyniczni?

Tak sobie właśnie nad tym wszystkim dumam, stojąc przy oknie, wdychając zachwycająco wiosenne grudniowe powietrze i usiłując sobie przypomnieć, kiedyż to ostatni raz na Boże Narodzenie spadł śnieg. Ale ten prawdziwy, nie brudnoszara pulpa, która dziesięć lat temu umiliła nam podróż na wigilijną kolację do babci. To były bardzo szczególne święta. Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, iż dokładnie miesiąc wcześniej wróciłem w rodzinne strony, uprzednio przełknąwszy żabę porażki. A po drugie i najważniejsze – to był ostatni raz, kiedy zasiedliśmy do stołu w komplecie. Potem z roku na rok blask zaczął stopniowo przygasać.

Kiedy byłem dzieckiem, Boże Narodzenie trwało trzy dni. Dla mnie rozpoczynało się już w wigilijny poranek. I chyba dość długo żyłem w tej iluzji. Potem się skurczyło do właściwych swych ram, co powitałem z pewnym jednak odcieniem smutku. Na tym w znacznej mierze polega dorosłość, czyż nie? Właśnie na tym, że rzeczy przestają wychodzić poza kontury. A z upływem czasu przestają nawet ich dotykać. Zbiegają się, wycofują, implodują do środka. Odsłania się coraz więcej pustej przestrzeni. Wypadałoby ją czymś zapełnić. Tego domaga się tak zwana natura, która – jak wiadomo – nie znosi próżni.

W tym momencie nachodzi mnie nieodparta pokusa, by się tak rytualnie powyzłośliwiać na tę potworną komercję. Tudzież na reklamy, które wciskają nam bliżej nieokreśloną, do tego całkowicie kłamliwą magię w miejsce zasadniczego sedna. Byle tylko nie wiedzieć, po co to wszystko, byle tylko zamazać cel i sens. Specjaliści od globalnego relatywizowania gotowi są nawet – na pohybel wszelkim faktom – wykorzystać do tej operacji śnieg, który rok w rok nieubłaganie pada, pada i pada z naszych ekranów, tworząc bałamutne tło dla neutralnych światopoglądowo światełek.

Warto w tym kontekście przywołać postać Thomasa More’a. O jego „Pismach więziennych” napomyka w świątecznym numerze „Do Rzeczy” red. Paweł Lisicki. Po sławetnej miłosnej awanturze z Anną Boleyn, w wyniku której Henryk VIII wymówił posłuszeństwo papieżowi i samozwańczo mianował się głową Kościoła w Anglii, More zrzekł się urzędu kanclerskiego, a następnie odmówił złożenia królowi przysięgi, za co trafił do Tower of London. Wszyscy mu perswadowali, by się ugiął, jednak on twardo pozostał przy swoim. Przypłacił to głową, zasłużywszy w następstwie na miano katolickiego świętego i męczennika.

We wzmiankowanej książce jest opis odwiedzin królewskich wysłanników, którzy przybyli, by przekonać More’a do zmiany stanowiska. Próbowali dowieźć, że parlament ma władzę ogłoszenia króla papieżem, jeśli taka będzie wola zasiadających w nim lordów. More na to odparł pytaniem, czy gdyby parlament przegłosował ustawę, że Bóg nie jest Bogiem, oni by się też z tym zgodzili. Stropieni odrzekli, że nie. Lecz to było dawno. Nie wątpię, że obecnie parlament – brytyjski lub jakikolwiek inny, a już na pewno europejski – gdyby tylko zechciał, posunąłby się i do tego. Wiadomo, postęp.

No ale nie ma co rozdzierać szat. Wojna przeciwko Bogu – a już swoiście przeciw Bożemu Narodzeniu – to zjawisko sięgające przynajmniej wiek wstecz, o czym w swym znakomitym skądinąd artykule na portalu TVN 24 przekonuje Marcin Napiórkowski. Boże Narodzenie już chcieli zniszczyć Żydzi – a przynajmniej tak utrzymywał Henry Ford – i nie dali rady. Dzisiaj zasadzają się na nie Przenajświętsi Uchodźcy, a jeszcze bardziej bijące im żarliwe pokłony eurokratyczne elity, które najchętniej zakazałyby wszystkiego, co choćby najodleglej kojarzy się z urodzinami Jezusa. Ale – jak dowodzi Napiórkowski – też czeka ich fiasko.

Zresztą… któż przeciwko nam, jeśli z nami sam Donald Trump? Takiego obrońcy Christmas dotąd chyba nie miało. Bo nie wiem, czy Państwo się orientują, ale dziś, w apogeum wojny cywilizacji, niewinne życzenia „Merry Christmas” to nie po prostu zwyczaj, uznawany przez zepsutych lewaków i liberałów za „kontrowersyjny”, lecz zawołanie bitewne oraz deklaracja, po której stronie szańca się stoi. I to niezależnie, czy się wierzy, czy nie. Bo już skończył się czas stania z boku.

Tylko czy na pewno? Znowu wracam myślami do tych pustych przestrzeni, które domagają się wypełnienia. Bo może tak naprawdę wszystko musi doszczętnie spłonąć i zgnić, żeby w opróżniony kontur mogła wpłynąć nowa treść. Może trzeba zejść na samo dno odrzucenia i samotności, by przyszedł ten, który przecież zaznał cierpkiego smaku tych owoców już od pierwszych chwil po przybraniu materialnej formy. A może właśnie trzeba trzymać kciuki, by nie musieć posuwać się aż tak daleko. A może prawda – jak zwykle – leży gdzieś pośrodku.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.