Stojąc przy oknie w dniu śmierci Bohdana Smolenia

Dlaczego tak bardzo ta śmierć mnie poruszyła? Nie jestem podatny na tego rodzaju czułostki. Nie zalewam się łzami na fejsbuku. W ogóle nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałem. Zupełnie jak Jake z „Dallas ‘63”. Nawet na pogrzebie matki oczy miałem idealnie suche. Teraz też nie płaczę. To nie o to chodzi. No bo w sumie co mi jakiś tam Smoleń? Lubiłem gościa. Wielu go przecież lubiło. Za dzieciaka słuchałem kaset z występami „Tey”, oczywiście nie rozumiejąc politycznego podtekstu, ale i tak świetnie się bawiąc. A poza tym jak już nad czymś ryczeć w tych dniach, to raczej nad Aleppo – tak jak pół fejsbuka.

A jednak tym razem łamię własny kodeks i wrzucam na łola ten ckliwy status. Po prostu czuję taką wewnętrzną potrzebę. Może dlatego, że choćbyśmy nie wiem jak bardzo onanizowali się naszym humanizmem, jeden człowiek znany z twarzy i imienia znaczy dla nas więcej niż setki anonimowych ofiar dalekiego krwawego konfliktu. Albo może dlatego, że ja i Smoleń mamy ze sobą coś wspólnego – obydwaj dźwigamy piętno samobójstwa w najbliższej rodzinie. On nawet bardziej. Bo ja ojca dyndającego na sznurze jednak nie widziałem, a on syna i żonę – niestety tak.

Jesteśmy istotami bliskiego zasięgu. Nic na to nie poradzimy. W ludziach poszukujemy odbić siebie samych. Projektujemy na nich własną siatkę skojarzeń. Ich los stanowi dla nas pretekst do zadumy nad naszym losem. Ich cechy wyglądu czy zachowania to asumpt do refleksji nad uwarunkowaniami, które także i nas ukształtowały. Nie, to nie żaden monadyzm. Tak już po prostu jest. Tak zostaliśmy skonstruowani przez naturę. Dopiero akceptacja tych ograniczeń pozwala je świadomie przekroczyć.

Jak sytuuje się w tym Smoleń? Chyba po prostu tak, że mam z nim związane wspomnienia – dobre wspomnienia. Nie tylko tych kaset, których słuchałem za dzieciaka, bo bez przerwy się przeziębiałem i musiałem czymś wypełniać czas na, nomen omen, chorobowym. Raczej ludzi, sytuacji, pewnego specyficznego klimatu, w który ówże niepodrabialny, uwędzony nikotyną głos się wpisywał. Odpalam sobie na przykład na YouTube skecz z Laskowikiem, w którym Smoleń gra panią Pelagię z zakładu produkującego bombki, i coś mi świta, pamięć podsuwa strzępki obrazów… jest pokój, poświata telewizora… Zaraz, czy to przypadkiem nie leciało w okolicach któregoś Bożego Narodzenia? I te powiedzonka. Wszyscy się nimi przerzucali. Jak dziś internetowymi memami.

Poza tym Smoleń zawsze trochę przypominał mi tych facetów, których codziennie spotykało się w pociągu, gdy matka woziła mnie do szkoły do Warszawy. Wąs, nieco zamglone, jakby żabie spojrzenie, dżins, przewieszona przez ramię torba, a w niej zawinięte w przetłuszczony papier śniadaniowy kanapki. Ci, którym udało się usiąść, kimają, pochrapując. Ci zmuszeni stać też z ledwością stawiają opór przyczepionym do rzęs ołowianym odważnikom. Senna, wymemłana koalicja, której częścią i ja się czuję. Gdzieś z przodu przepycha się konduktor. Wysiadają w Miłosnej albo na Wschodniej.

Niekiedy któryś pomaga matce otworzyć przymarznięte drzwi. Bo w tych lokomocyjnych reminiscencjach zawsze jest zima. Czasem któryś zagada, a kiedy indziej to ja zagaduję. A granatowo żółta elektryczna osobówka telepie się po torach jak żółw i nigdy nie wiadomo, czy gdzieś pod Rembertowem nagle się nie rozkraczy na pół godziny. To jest chyba mniej więcej to, co różni mądrale nazywają wspólnotą losu. Nie trzeba niczego mówić. Po prostu się patrzy jeden na drugiego i się wie. Tkwimy w tym razem.

A Smoleń mi to wszystko uosabia, jakoś syntetyzuje, jakoś w tej swojej aparycji i osobowości zawiera. Jest jak gdyby ucieleśnioną kwintesencją lat osiemdziesiątych z całym ich – jak ujęła pewna moja fejsbukowa znajoma – złachmanieniem i zmarnowaniem. Wyraża całą ich cichą desperację, która ułańską fantazją maskuje klęskę. Jest ikoną bycia raz na zawsze określonym i zdeterminowanym. I to z niego przebija nawet w rolach tak, zdawałoby się, abstrakcyjnych jak operetkowy gubernator w peruce z „Pana Kleksa w kosmosie”. Zresztą równolegle zagrał tam epizodycznego kierowcę Jarząbka – postać już na wskroś z ducha epoki.

Ale przecież jego kariera tak naprawdę pokazuje, że ten marazm da się zwalczyć, ograć go, wyzwolić się poprzez stępienie mu kłów satyrą. Nie wiem, nie chcę bawić się w psychologa, jednak fakt, że na przełomie lat 60 i 70 odkrył w sobie żyłkę kabareciarza, mógł mieć także znaczenie terapeutyczne. Wielu wtedy taką ścieżkę wybierało. Kontestacja ma wiele narzędzi – niekoniecznie spektakularnych i nie zawsze do końca uświadomionych. Choć tak jak mówię – nie wiem, jak było ze Smoleniem. Spekuluję.

Później oczywiście już wchodził w to świadomie. Kiedy byłem mały, oprócz kaset „Tey” i „Pod spodem” miałem w swojej kolekcji również nagranie kabaretu dla dzieci „Sześć dni z życia kolonisty”. Popołudniu odgrzebałem je w czeluściach internetu i niesamowicie uderzyło mnie, jak bardzo i ono jest naładowane tak zwanym drugim dnem, obśmiewając choćby takie peerelowskie kurioza jak czyn społeczny. To i zaleta i wada, bo wiele mrugnięć oczkiem jest już dziś nieczytelnych.

Na przykład dla mnie, choć nie uważam się za jakiegoś totalnego ignoranta w peerelologii, sporo smaczków z „Tey” pozostanie już na zawsze niezrozumiałych. Jasne, mogę uzupełnić luki w wiedzy, dobudować sobie kontekst, ale tego nie poczuję. Moje czasy to lata 90, które Smoleń – nota bene – po uporaniu się z depresją spowodowaną rodzinną tragedią też wziął na satyryczny celownik. Jego krótki romans z disco polo – naprawdę romans, bo puszczali go w poświęconych tej muzyce programach i nawet nieźle sobie radził na ich listach przebojów – to też w gruncie rzeczy sejsmiczny zapis czasu. Ale znów – ja kojarzę, gimby już nie.

Co pozostaje? Może to śmieszne i tromtadrackie w odniesieniu do kogoś, kogo znało się tylko z mediów, ale… no cóż, smutek. Tak po prostu. Mam nadzieję, że gdziekolwiek się znalazł, dobrze mu tam. I że ten cały mrok, który w sobie nosił, pokrywając go błazenadą, rozwiał się. Ze swojej strony mogę tylko powiedzieć: dziękuję. Dziękuję za to, że pan był, i za to, że był pan właśnie taki. I za wszystkie dobre emocje, które pan dawał.

Fot Alchetron


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również

  • Rewelacyjny wpis. Uważam, że ten facet był wszechstronny i … o wielkim sercu. Wiele przeżył, a mimo to się nie poddał.

    • Dzięki. Fakt, niejeden po takim ciosie by się nie podniósł. Wielki szacun dla niego.