Sprawa Michaela Stürzenbergera

Czy we współczesnej Europie wolno krytykować islam? Czy zachodnie kraje, które dziś tak chętnie zarzucają Polsce albo Węgrom naruszanie standardów wolności słowa, same nie powinny spojrzeć w lustro? Jak należy interpretować sytuację, gdy niemieckie media, które chcą uchodzić za wzór rzetelności, przez kilka dni blokują doniesienia o gwałtach w Kolonii w sylwestrową noc na przełomie 2015 i 2016 roku? Jak o stanie europejskiej demokracji świadczy fakt, że właśnie w Niemczech można zostać skazanym na więzienie za zwykły post na Facebooku? Te pytania rodzą się w związku ze sprawą Michaela Stürzenbergera.

Jednak zanim do niej przejdę, chciałbym przypomnieć inną – nieco podobną – sprzed roku. Głośno zrobiło się wówczas o francuskiej firmie wydawniczej Piranha, która ogłosiła, że z powodów bezpieczeństwa rezygnuje z zapowiedzianego wcześniej opublikowania książki „Islamski faszyzm” niemiecko-egipskiego politologa i pisarza Hameda Abdel-Samada, która – w co doprawdy trudno uwierzyć – w samych Niemczech nie tylko się ukazała, ale zyskała status bestsellera. Abdel-Samad to, nawiasem mówiąc, nader ciekawa postać: były członek Bractwa Muzułmańskiego, który później zaczął je krytykować. I to z pozycji – co ciekawe – jak najbardziej lewicowych.

On sam podnosił argument, że strach przed wydaniem książki porównującej islamizm do faszyzmu to autocenzura, która źle wróży zachodowi na przyszłość. W podobnym duchu wypowiedział się podczas Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie Salman Rushdie – człowiek, który za prawo do swobody wypowiedzi zapłacił wyjątkowo wysoką cenę. We wcześniejszej rozmowie z „L’Express” stwierdził zaś gorzko, że jeżeli ataki na „Szatańskie wersety” miałyby miejsce dzisiaj, elity intelektualne nie tylko by go nie broniły, ale jeszcze oskarżyłyby go o obrażanie mniejszości etnicznej i kulturowej.

„Zamiast zdawać sobie sprawę, że musimy przeciwstawiać się atakom na wolność wypowiedzi, myśleliśmy, że musimy udobruchać ich kompromisem i wyrzeczeniem” – konkludował Rushdie, dodając jeszcze na koniec, że żyjemy w najciemniejszym okresie, jaki zna. A warto dodać na marginesie, że słowa te padły zaledwie kilka dni po deklaracji redaktora naczelnego „Charlie Hebdo”, że w zdziesiątkowanym przez terrorystów tygodniku nie będzie już więcej karykatur Mahometa, bo – jak to ujął – wykonali swoją robotę.

Proszę wybaczyć ów nieco przydługawy wstęp, lecz zależało mi na zarysowaniu możliwie najdokładniejszego tła, na którym to, co spotkało Stürzenbergera, uwidoczni się jeszcze wyraźniej i wzmocni rangę zadanych na początku tekstu pytań. Ale najpierw przedstawmy fakty.

W czerwcu ubiegłego roku Michael Stürzenberger – niemiecki dziennikarz i były rzecznik prasowy partii CSU, z której zresztą odszedł, gdyż uważał, że przymyka oko na problem z islamem – publikuje na swoim Facebooku zdjęcie, na którym muzułmański duchowny wita się z wysokim rangą przedstawicielem NSDAP. Zdjęcie pochodzi z roku 1941, a widoczny na nim człowiek to Amin al-Husseini – wielki mufti Jerozolimy. Do zdjęcia dołączony został wpis odnoszący się do historycznego artykułu w „Süddeutsche Zeitung” o podziwie, jakim reżim Adolfa Hitlera darzył islam. Kilka dni temu, właśnie za ten post, Stürzenberger został skazany przez sąd w Monachium na sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy i pół roku.

Zatrzymajmy się nad tym wpisem. Stürzenberger przywoływał w nim między innymi książkę Abdel-Samada, argumentując, że właściwie dopiero dzięki niej opinia publiczna mogła zdać sobie w pełni sprawę, że islam jest w istocie faszystowską ideologią, choć było to oczywiste już dla Winstona Churchilla, który stwierdził, że Koran to „Mein Kampf” Mahometa. Niestety przez długi czas polityczna poprawność zabraniała mówić o tym wprost. Tu być może warto uzupełnić, że widoczny na wklejonym przez Stürzenbergera zdjęciu Amin al-Husseini bywa określany jako jeden z najbardziej zagorzałych antysemitów w dziejach świata.

Co ciekawe, w 2015 roku o spotkaniu Hitlera z al-Husseinim przypomniał premier Izraela Benjamin Netanjahu, który stwierdził, że pierwotnie Hitler nie chciał eksterminować Żydów, lecz został do tego namówiony właśnie przez palestyńskiego muftiego Jerozolimy. Między innymi o tym w swych publikacjach informował niemiecką opinię publiczną Stürzenberger. W omawianym poście zwrócił ponadto uwagę na wystąpienia dawnego partyjnego kolegi, ministra spraw wewnętrznych Bawarii Joachima Hermanna, w których porównał on „Mein Kampf” z ukazującymi się w sieci komunikatami ISIS.

Oficjalnym powodem oskarżenia było to, że Stürzenberger upublicznił wizerunek swastyki, oraz że za pośrednictwem zdjęcia poniżał islam, stosując wobec niego mowę nienawiści. W wywiadzie dla „Super Expressu” wskazywał, że mnóstwo podobnych fotografii pojawia się na całym świecie. Także w Niemczech. Zgodnie z niemieckim prawem można publikować archiwalne fotografie przy tekstach prasowych dotyczących historii. Mimo tego prokurator zdecydował się wnieść akt oskarżenia, ignorując także fakt, że publikacja miała charakter nie afirmujący nazizm, lecz krytyczny.

Sądowi nie spodobało się ponadto, że Stürzenberger zacytował abdel-Samada. Zostało to uznane za naruszenie spokoju publicznego. A przypomnijmy, że mówimy tu o książce, która okupowała szczyty list bestsellerów. Kilka miesięcy wcześniej Stürzenberger stwierdził, że „islam jest jak rak”. Wtedy też stanął przed sądem, jednak sędzia uznał, że jego wypowiedź mieści się w ramach prawa do wolności słowa i krytyki religii. Teraz jednak stało się inaczej. Odwieszenie wyroku nastąpi, jeśli Stürzenberger znów poważy się na krytykę islamu, co – jak zaznaczył w wywiadzie z wisielczym humorem – nie będzie trudne, gdyż większość jego działalności publicznej polega na krytyce islamu.

Ze strony zarówno niemieckich polityków – w tym byłych współtowarzyszy z CSU – jak też i dziennikarzy spotkało go głównie obojętne milczenie. Na pytanie prowadzącego wywiad, czy dzieje się tak z tego samego powodu, dla którego media w Niemczech nie informowały o skandalu w Kolonii, odparł, że winien jest oportunizm. Oraz to, że jeśliby się w tej sprawie wypowiedzieli, to logika i podstawowe wartości nakazują stanąć po jego stronie. A oni – jak mówi – tego nie chcą, bo „islamofoba” i „radykała” wygodniej jest nie bronić.

Bo rzeczywiście przyznać tutaj trzeba, że Stürzenberger ma w Niemczech opinię publicysty kontrowersyjnego. Niechętnego nie tylko imigrantom muzułmańskim, ale też między innymi polskim. On sam broni się, że to nieprawda. Poza tym – jak deklaruje – jest przeciwnikiem zarówno islamu, jak też narodowego socjalizmu. Tłumaczy, że dziennikarze w niemieckich mediach głównego nurtu wolą pisać, że każdy kolejny atak jest czynem szaleńca, który nie ma tła religijnego. „To irytujące, wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale robią to wszyscy” – irytuje się.

Sprawa ma również polski wątek. Kilka dni temu na łamach portalu Stefczyk.info ukazał się artykuł, którego autor opisywał, jak próbował uzyskać od polskiego oddziału Amnesty International stanowisko odnośnie wyroku. Przytoczoną przez niego wymianę tweetów można w zasadzie skwitować jako klasyczne odbijanie piłeczki. Zapytani o opinię ograniczyli się do pouczeń, że o tym, czy wyrok jest „szokujący”, można wnioskować na podstawie źródeł. Szczególnie tych oficjalnych i oczywistych. Czyli w tym wypadku – jak rozumiem – właśnie kontrowersyjnego uzasadnienia sądu, od którego przecież wszystko się zaczęło.

Podobnych wątpliwości – jak z kolei doniósł portal „Do Rzeczy” – Amnesty International nie ma w przypadku Tomasza Piątka i jego rzekomo demaskatorskiej książki o tajemniczych powiązaniach ministra Antoniego Macierewicza. W związku z nią złożono zawiadomienie o możliwości popełnienia przez Piątka przestępstwa, za które może mu grozić nawet do trzech lat więzienia, lecz – jak czytamy w materiale na DoRzeczy.pl – zdaniem organizacji zajmującej się prawami człowieka prokuratura nie powinna jednak badać tej sprawy… w imię wolności słowa.

„Gdybym został skazany za krytykę któregoś z wyznań chrześcijańskich, byliby w pierwszym szeregu ataku na taki wyrok – kwituje Stürzenberger, odpowiadając na uwagę prowadzącego wywiad, że być może to czas, w którym Unia Europejska powinna oficjalnie zatroszczyć się o stan wolności słowa w Niemczech. – Jeżeli dotyczy to islamu, to w tej dziedzinie uważają, że lepiej wolności słowa nie mieć, bo to kreuje kłopoty. (…) Wyznawcy innych religii przecież nie dokonają zamachu.”

Cóż, prawdę mówiąc, nie wiem, jaką ostateczną konkluzją zamknąć ten tekst. Nie powinno się komentować rzeczy oczywistych. A poza tym pod klawiaturę cisną mi się same banały. Już po tysiąckroć przemielone i do cna oklepane. Jeden z nich, którym ewentualnie mogę się podzielić, to nie tchnąca niczym nowym refleksja, że każda rewolucja w końcu pożera własne dzieci. Inny to zdanie o sznurze, który się plecie po to, by samemu na nim w końcu zawisnąć. Europa uplotła sobie taką jedwabną pętle z fetyszu wolności i równości, które – jak co rusz się przekonujemy – można stosować wybiórczo.

Jakiś czas temu podśmiewaliśmy się z przemykającego tu i ówdzie newsa, że Kim Dzong Un zakazał w Korei Północnej sarkazmu. Nie chcę dawać do zrozumienia, że Europa dąży ku podobnym absurdom. Może więc ograniczę się do cytatu z wybitnej głuchoniewidomej pisarki i działaczki społecznej Helen Keller, która dowiedziawszy się, że w nazistowskich Niemczech rzuca się na stosy jej książki, napisała w otwartym liście do sprawców tych czynów: „Możecie spalić książki moje oraz najlepszych umysłów Europy, ale zawarte w nich idee przenikają milionami kanałów i będą trwać.”

Tak, wiem, trochę patetyczne. Ale nic adekwatniejszego nie przychodzi mi do głowy.


Źródła:

http://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-ksiazka-porownujaca-islamizm-do-faszyzmu-ocenzurowana-we-fra,nId,2251783

http://booklips.pl/newsy/salman-rushdie-ostrzega-zachod-przed-zagrozeniami-dla-wolnosci-slowa/

https://vladtepesblog.com/2017/08/18/germany-journalist-sentenced-to-six-months-jail-for-publishing-historic-photo/

http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/michael-sturzenberger-w-niemczech-islamu-krytykowac-nie-wolno_1014109.html

http://www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/bulwersujace-stanowisko-amnesty-polska-w-sprawie-dziennikarza-skazanego-za-pisanie-prawdy-o-islamie,20948026277

https://dorzeczy.pl/kraj/39181/Amnesty-International-broni-Tomasza-Piatka-Ale-przed-czym.html

Polecam również