Sprawa Mariusza Zielke

Przyznam, że nie wiem, co mam o tej sprawie sądzić. Jestem wobec niej całkowicie bezradny. A na dodatek nurtują mnie wyrzuty, że w ogóle – gdzieś tam, z tyłu głowy – dopuszczam myśl, że wszystko to może być po prostu zgrabną marketingową sztuczką. Może tego rodzaju podejrzeniami krzywdzę człowieka, który naprawdę znalazł się w poważnych kłopotach i potrzebuje pomocy. Wściekam się na tę swoją nieufność, ale po prostu jakoś nie potrafię jej wyciszyć. Za dużo było tych różnych śliskich drak z kupowaniem recenzji czy lajków, albo z chamskimi prowokacjami na YouTube.

W każdym razie pomysł na kampanię reklamową polegający na tym, że gość udostępnia w sieci za darmo swoją powieść, jednocześnie rozpowszechniając komunikat, iż usiłowano jej normalne wydanie zablokować, nie wydaje mi się aż tak znów niedorzeczny. Potrafię sobie nawet wyobrazić dalszy rozwój wypadków. Wokół całej afery robi się wielki szum, internety gardłują o cenzurze, pobrania książki idą w tysiące, aż wytwarza się społeczna presja, pod której naciskiem ci źli kapitulują i w ciągu tygodnia wydawnictwo rzuca wolumin na rynek. A ci wszyscy, którzy ściągnęli, plus jeszcze trochę tych, co tylko słyszeli albo widzieli na fejsie, oczywiście kupują, by dobro ostatecznie zatriumfowało.

Nie chodzi o to, że jestem w stanie „z palca” przywołać jakieś analogiczne akcje na poparcie tej tezy – bo nie jestem – ale o to, że najzwyczajniej w świecie jest klimat, który wzięcie pod uwagę takich rozwiązań dopuszcza. Gdyby – co nie daj Bóg! – okazało się to prawdą, byłoby to na pewno jakieś znaczące przekroczenie, nadużycie publicznego zaufania na poziomie bez porównania wyższym niż, na przykład, propsowanie książek na Lubimy Czytać z fikcyjnych kont. Mam nadzieję, że autor nie jest aż do tego stopnia zdesperowany. Ale o co chodzi?

Kilka dni temu ktoś z moich znajomych udostępnił na fb post Mariusza Zielke. Bardzo dramatyczny post, w którym Zielke informował, że zadarł z niebezpiecznymi ludźmi i że usiłują oni nie dopuścić do wydania jego najnowszej książki. I doprecyzowywał: „trafiłem na bardzo poważną sprawę kryminalną, która jest do dziś niewyjaśniona. Napisałem o niej tylko powieść, nic z kluczem. Po prostu powieść. A jednak z czymś trafiłem tak, że nie mogę jej wydać.” Zarzekał się przy tym kilka razy, że to nie jest żart ani żadna akcja. Wraz z upływem kolejnych dni ujawniał dalsze szczegóły zarówno na fb, jak i na YouTube. Wygląda to dość – trzeba przyznać – poważnie. W tle pojawia się nawet mafia.

W największym skrócie, na wypadek gdyby materiały zniknęły z sieci: rok temu pewien niewymieniony z nazwiska biznesmen zamówił u Zielkego opartą na faktach powieść o ataku bandytów na niego i porwaniu członka jego rodziny. Zielke zlecenie przyjął, gdyż jako autor kryminałów i eks-dziennikarz śledczy uznał historię za intrygującą. W trakcie przeglądania akt sądowych zorientował się, że temat sięga znacznie głębiej niż zwykłe porwanie, dotyczy bowiem korupcji na najwyższych szczeblach służb mundurowych. Bazując na tych danych, stworzył fikcyjną fabułę.

Po ukończeniu tekstu prawnik biznesmena zaproponował umowę, która umożliwiłaby przetrzymanie pierwszego wydania „Wszystko dla niej” – bo tak brzmi tytuł – przez 25 lat. Łamało to poprzednie ustalenia, według których książka miała się ukazać w listopadzie 2016 roku, więc Zielke się nie zgodził. I od tego – jak sam pisze – rozpoczęła się jego katorga.

Błagalnymi mailami doprowadziłem do telefonicznej „ugody”, na mocy której biznesmen m.in. zgadzał się, żebym swoją powieść wydał w Czarnej Owcy. Podpisałem umowę z tym wydawcą, bo książka mu się podobała. Po kilku dniach biznesmen wystąpił do mnie z niezrozumiałymi żądaniami (takich zmian w książce, że praktycznie musiałbym ją napisać od nowa oraz częściowego zwrotu pobranych za napisanie książki zaliczek, które wydałem na bieżące potrzeby). [Pisownia oryginalna.]

Zielke zerwał więc umowę z Czarną Owcą – co samo wydawnictwo zresztą potwierdziło na fb – i przekazał tekst swemu klientowi, który – co powinienem był nadmienić wcześniej – też posiada wydawnictwo. Ale wtedy prawnik oświadczył, że klient nie jest już zainteresowany publikacją, a sam Zielke nie może jej wydać nigdzie indziej. Zaproponował również kolejną umowę, której konsekwencją byłaby niemożność wydania „Wszystko dla niej” przez… 50 lat. Zielke otrzymał ultimatum, że umowa musi zostać podpisana do końca sierpnia, bo inaczej – cytuję – „będzie źle.”

Biorąc przedstawioną przez Zielkego wersję wydarzeń za dobrą monetę, jestem skłonny – podobnie jak on – przypuszczać, iż rzeczony biznesmen nie jest tu głównym winowajcą, i że prawdopodobnie są na niego wywierane jakieś naciski. Jeśli macki afery rzeczywiście sięgają aż do służb czy wręcz do policji, mam nadzieję, że na biurku ministra Błaszczaka znalazła się już odpowiednia notatka, może nawet sama książka, a on jej nie zlekceważył. Zastanawia mnie jednak biznesmen. Rozumiem, że Zielke połaszczył się na atrakcyjny temat, tylko nie mogę pojąć, po co ów tajemniczy facet w ogóle chciał, żeby ta historia została spisana. Ze zwykłej próżności? Pro publico bono? A może chciał się w ten sposób zabezpieczyć?

Książkę pobrałem, ale nie zacząłem jeszcze czytać. Jakoś ciężko mi zedrzeć z niej odium tego całego zamieszania i skupić się na czystej lekturze. Sprawę zaś upubliczniam na wypadek, gdyby Mariuszowi Zielke coś się stało. Choć mimo wszystko może lepiej byłoby, gdyby się to okazało podpuchą. Nawet jeśli po jej ujawnieniu Zielke byłby skończony. Z dwojga złego lepiej być skompromitowanym niż martwym. Stwierdzenie, że czytelnikom zostawiam ocenę, trąci potwornym banałem, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Książkę można ściągnąć na przykład stąd.

Polecam również

  • Ciekawa sprawa, pierwsze słyszę. Co prawda historia autora skoro tak szczegółowo opisywana na FB zaczyna śmierdzieć dobrze skrojoną marketingowo opowiastką i w sumie mógłbym to przyjąć za pewnik, gdyby nie fakt, że faktycznie udostępnił swoją książkę za darmo. Na czym więc miałby zarobić rozkręcając tę spiralę zainteresowania?

    • Na tym, że później wyda to normalnie, a ludzie, którzy mu kibicowali, poczują się zobligowani, by mu wynagrodzić cierpienia. Ale tak jak napisałem: mam nadzieję, że to jednak prawda. Jakkolwiek dwuznacznie to brzmi, bo przecież nikomu nie należy życzyć przepraw z mafią.

      • Mariusz Zielke

        Dzięki za uczciwy tekst. Masz prawo mieć wątpliwości. Wielu je ma. Ale udowodnię już wkrótce, że to nie ściema. Ja sam popełniłem błąd, że zachowałem się jak furiat (na wieść o groźbie sądowej blokady książki), teraz wyciszam temat, bo już ksiażka jest w sieci, więc jeśli zostanie zablokowana, nie zniknie. Sprawa jest skomplikowana, wielowątkowa i poważna. Prawdopodobnie jej finałem będzie jakieś większe śledztwo. Mam nadzieję, że upublicznienie sprawy zapewni mi bezpieczeństwo. Jak tylko będę mógł, ujawnię znacznie więcej szczegółów, które są bardzo ciekawe.

        • Proszę bardzo. I życzę powodzenia. Będę śledził posty sprawy. Pozdrawiam.