Specjalne oczko dla Bukowskiego

Nazwisko Bukowskiego pierwszy raz obiło mi się o uszy chyba gdzieś w okolicach premiery filmu „Faktotum”. Siedziałem wówczas w miejscu, do którego niespecjalnie lubię powracać wspomnieniami. Była to jedna z tych dziur kurewsko w jego wczesnym stylu. Cztery ściany, jedno okno – no, dwa, jeżeli doliczyć balkon – a na dole jadłodajnia i zbierająca się pod nią codziennie żulia z bonami żywnościowymi z opieki społecznej. Nie wiem, na czym oni tam gotowali te obiady, ale śmierdziało, jakby wrzucali do garów stare kości i posypywali sodą. Około południa nie szło już tego wytrzymać. W lecie zaduch przyprawiał o skurcze żołądka. Miałem stary komputer, którego klawiaturę musiałem kłaść na wysuniętej szufladzie szafki. Kiedy w nią bębniłem, brzękały sztućce.

Telewizyjne zwiastuny „Faktotum” jakoś mnie nie obeszły. Jednak kiedy przeczytałem, że na kablówce ma lecieć inny film oparty na prozie Bukowskiego, postanowiłem rzucić okiem. No i tak zobaczyłem „Ćmę barową” ze zrobionym na lumpa Mickeyem Rourke i zjawiskowymi nogami Faye Dunaway. Ot, takie sobie niby nic: zapijaczony bon vivant w nie za czystych gaciach żegluje po barach Los Angeles lat czterdziestych, wdaje się w bójki, zaś w rzadkich chwilach trzeźwości pisze w swojej klitce opowiadania, których nikt nie chce drukować. Ach, i jeszcze słucha w radiu muzyki poważnej. Błahostka, ale z klimatem. Na długo Bukowski w mojej głowie zyskał zawadiacko roześmiany pysk Rourke’a. Nawiasem mówiąc, „Faktotum”, które fabularnie jedzie na podobnych motywach, do „Ćmy” w ogóle się nie umywa. Dillon to porażka.

W moim ziemskim czyśćcu była biblioteka, w niej – opowiadania Bukowskiego. Wziąłem, by sprawdzić, o co tyle szumu. Spodobała mi się ich dezynwoltura i balansująca tuż na krawędzi ekshibicjonizmu autokreacyjna bezczelność. To samo w intensywniejszym stężeniu znalazłem później w jego powieściach i wierszach. Bukowski to jeden z tych maksymalistów, piszących całe życie jedną książkę.

 

Nieraz zestawia się go z Kerouacem, wskazując na liczne podobieństwa – autobiograficzność, używki, obyczajowa swoboda itp. Bukowski zawsze się na takie porównania wściekał. Moim zdaniem słusznie. Kerouac karmił siebie i swych wyznawców złudzeniami. Szukał spełnienia w mętnej metafizyce, miotając się gdzieś między podrzędnym buddyzmem z kalifornijskiego kampusu a ideologią nieskrępowanej wolności, która wypaliła go wewnętrznie na długo, nim tę samą drogę od iluzji do destrukcji przeszły stymulowane przez jego kolegów dzieci kwiaty. Bukowski to całkowita antyteza wszystkiego, czym był ruch bitników. Jego twórczość, mimo iż zawadiacka i skrząca humorem, jest w gruncie rzeczy antyutopijna. Jego pozadogmatyczny indywidualizm pod pozorem łobuzerskiej autocelebracji kryje nagą świadomość istnienia bez taryfy ulgowej, którą czasem da się łagodzić ironią, szklanką whisky, a niekiedy morzem dup.

Bukowski nie ściemnia. Wali prosto z mostu, jak jest. Ma bezpośredni kontakt z życiem przez każde zakończenie nerwowe. Nie skręca ani na lewo, ani na prawo. Kiedyś pewien europejski dziennikarz miał go ponoć zapytać, dlaczego tak źle wyraża się o czarnych, na co Bukowski z wzruszeniem ramion odparł: Nic ci nie poradzę, że akurat takich spotykam. Pracuję z tym, co widzę. Podobnie jak jego dwaj literaccy mistrzowie, Louis-Ferdinand Celine oraz John Fante (którego nazywał wręcz swoim bogiem), wychodził z założenia, że jedyne, co może uczynić pisarz, to przekazać swoją unikalną prawdę o świecie.

Dla mnie była to najcenniejsza lekcja wyniesiona z kontaktu z jego prozą. Przykre zatem, że masowa kultura tak trywialnie go przemieliła, wyciskając jedynie ów folklorystyczny sztafaż lekkoducha, pijaka i artysty przeklętego. Serial „Californication”, którego główny bohater był rzekomo wzorowany na Bukowskim, mitologizuje i mistyfikuje wszystko, co on sam pragnął z brutalną, a czasem prymitywną bezwzględnością odkłamać. Najlepiej, właśnie w kontekście popkultury, pokazuje to jego powieść „Hollywood”, w której zawarł doświadczenia z pracy nad „Ćmą barową”. Ciekawe, co by mogło powstać, gdyby jakimś cudem zaplątał się na plan „Californication”. Szpila jego satyry mogłaby przekłuć niejeden nadęty balon.

Charles Bukowski zmarł na białaczkę 9 marca 1994 roku w San Pedro. W ostatniej powieści ukończonej tuż przed śmiercią – nosi tytuł „Szmira” (w oryginale „Pulp”) niejaka Pani Śmierć poluje na Celine’a, który jej uciekł i od trzydziestu lat skutecznie gra jej na nosie. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Bukowski aka Chinaski wywinął jej ten sam numer. Gdziekolwiek jest, mam nadzieję, że nieźle imprezuje. Należy mu się. Cholera, należy mu się! Dziś wieczór piję za ciebie, Hank.

Polecam również

  • Faktotum to świetny film, dwa razy widziałem, dwa razy zachwycony, aż chce się wtedy czytać jego prozę, potem jednak ochota przechodzi.

    • Marcin Królik

      Jak dla mnie to Dillon kompletnie ten film rozwala na łopatki. Jest jakiś taki… bo ja wiem? wycofany, prawie autystyczny – zupełnie nie w duchu Bukowskiego. “Ćma barowa” jest bardziej w jego klimatach. W końcu sam nad nią czuwał.

  • Mi pisarz bardziej się kojarzy z Faktotum, gościem trochę wycofanym, skłonnym do refleksji, bo jak inaczej pisać, da się inaczej ?

    • Marcin Królik

      Hm, trochę mnie zastrzeliłeś. Ja, prawdę mówiąc, odczytywałem to wycofanie Chinaskiego w wersji Dillona raczej jako przejaw problemów z adaptacją do otoczenia, właśnie bardzo nieliteracko, a raczej psychologicznie. To mnie w nim drażniło, bo nie licowało z mitologią Pisarza, jaką prokurował Bukowski, a także Fante, na którym on się jednak mocno opierał. Rourke był temu bliższy. Ale… no nie wiem, może warto byłoby to “Faktotum” odświeżyć. Może byłem uprzedzony. Spróbuję.

  • Swietny blog. Naprawde masz smykaĹ‚ke do pisania:)

    • Marcin Królik

      A, dziękuję za uznanie. Miło czytać 🙂