Solidarność z lufą przy skroni

Według informacji „Deutsche Welle” część niemieckich miast planuje konfiskaty prywatnych nieruchomości, w których chce rozlokować uchodźców z Afryki. Takie posunięcie ma zresztą jakoby uzasadnienie w prawie. Można się do niego uciec w celu zapobieżenia bezdomności, o ile wyczerpałoby się inne sposoby na zakwaterowanie. W Gelsenkirchen władze rzekomo już wezwały właścicieli pustych mieszkań, aby udostępnili je do dyspozycji przybyszów, których tylko w tym roku może do Niemiec przyjechać nawet osiemset tysięcy. Obecnie tymczasowe ośrodki powstają między innymi w halach sportowych czy budynkach po supermarketach. To jednak wciąż kropla w morzu potrzeb.

Czytając streszczający przytoczone powyżej doniesienia artykuł w naTemat.pl, poczułem się, jakby ktoś z zimną krwią robił ze mnie świnię. Zabór osobistego mienia, w dodatku w świetle prawa, to dowód skrajnej arogancji systemu wobec jednostki. Jako żywo może się to kojarzyć z powojenną Polską, w której władza ludowa masowo wywłaszczała właścicieli z pałacyków, dworków i kamienic, a w zamian tworzyła w nich kwatery komunalne, szkoły, biblioteki bądź domy dziecka. Powód był szlachetny i moralnie słuszny: zniszczona infrastruktura, sieroctwo, skrajna bieda. Solidarność wymaga, by ten, kto ma więcej, podzielił się z tym, komu brakuje. Poddawanie owej zasady w wątpliwość automatycznie wyklucza każdego z grona porządnych ludzi.

Z innej beczki. Na jednej z austriackich autostrad zostaje znaleziona zamknięta ciężarówka, a w niej ponad siedemdziesiąt rozkładających się ciał nielegalnych imigrantów. Nietrudno sobie wyobrazić przebieg zdarzenia. Szajka przemytników, wizja lepszego życia w lepszym świecie i ciężkie pieniądze, które mają to życie kupić. Kilka dni później na internetowej scenie zjawia się niejaki Rafał Gaweł, zaś razem z nim – Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Grożą, że będą publicznie ujawniać dane osób, które anonimowo piszą w sieci obelżywe komentarze pod adresem mniejszościowych grup. Wydrukują zdjęcia i cytaty i postarają się, by dotarły do kolegów ze studiów, pracodawców, rektorów, a nawet proboszcza.

Wyłaniająca się z tych przykładów dwubiegunowość jest immanentnie fałszywa. Nie podobna się zgodzić na sytuację – nazwijmy to zupełnie wprost – pospolitego moralnego szantażu, gdy albo bez zastrzeżeń kochasz uchodźców i raczej oddasz im ostatnią koszulę, niż wyrazisz cień krytycyzmu wobec nich lub poświęconej nim unijnej polityki, albo otrzymujesz piętno rasisty i ksenofoba. Chociaż – cóż się tutaj dziwić? Opętana lewackim obłędem Europa do absolutnej perfekcji wyćwiczyła sztukę zaganiania w kozi róg, czego klinicznym symptomem są właśnie nadgorliwi tropiciele rozmaitych, mniej albo bardziej urojonych, fobii w rodzaju Gawła i jego drużyny pierścienia.

Oczywiście problem przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu nie jest wyimaginowany. Oni istnieją naprawdę. To fakt, z którym nie da się dyskutować – można co najwyżej zająć wobec niego stanowisko. Abstrahując od hejtu, którego główne zagrożenie polega bardziej na tym, iż karmi totalistyczne apetyty lewicowych fanfaronów pokroju Gawła, aniżeli na tym, że kogoś skłoni do zbrodni, kluczową kwestią jest to, że dla praktycznie każdej ze stron – i siebie wcale nie wyłączam – ludzie ci sami przez się, jako indywidualne istoty, nie znaczą nic. Dla mnie są bezimienną masą z serwisów informacyjnych, dla Gawła – pretekstem, żeby pokazać, jakiż to z niego pogromca mowy nienawiści, a dla eurokratów z Brukseli – ostatnią desperacką próbą ratowania skompromitowanej do cna doktryny multi-kulti.

Tak więc mało, że wszyscy najwyraźniej chcą coś na ich plecach ugrać, to jeszcze nie sposób oprzeć się wrażeniu, że my, przeciętni Europejczycy – ani od nich lepsi, ani gorsi – mamy być jedynie bierną publiką, która karnie klaszcze w zapodawany przez orkiestrę rytm. Odbiera się nam przywilej niepokoju, zastępując go ckliwymi obrazkami, mającymi zawstydzić, skruszyć opór u samych korzeni. A grunt podatny, bo raz – naturalna ludzka empatia, dwa – nadal silny w europejskiej kulturze kolonialny kompleks z XIX wieku, tudzież XX-wieczny strach przed upiorami faszyzmu i nacjonalizmu.

Solidarność to wspaniała rzecz. I piszę te słowa ledwie kilka dni po rocznicy Sierpnia ’80, co tematowi uchodźców nadaje wyjątkowy ton. Tyle że aby wydała owoce, musi w niej wystąpić element dobrowolności, czyli coś, co sternicy europejskiej polityki w Berlinie i Paryżu chyba cynicznie pomijają. Największy humanitarny kryzys od zakończenia II wojny światowej to – jak wskazuje część komentatorów – w dużej mierze konsekwencja ich udziału w rewolucjach przeciw Asadowi i Kadafiemu. I oto teraz, gdy żywe skutki ich pragmatyki szturmują Europę, zamiast mężnie wziąć na klatę odpowiedzialność za jej opłakane efekty, wolą scedować je na sąsiadów.

Posługiwanie się argumentem, że solidarność to ulica dwukierunkowa, jest po prostu ohydne. Skoro dziś wielki euro patriota Donald Tusk poucza swoją paździerzową angielszczyzną, jak bardzo powinniśmy odwdzięczać się Zachodowi za udzielone w przeszłości wsparcie, to mnie pozostaje mieć nadzieję, że każdy zza żelaznej kurtyny, kto dołożył choćby okruch czekolady do wysyłanych nam paczek, zrobił to wyłącznie z własnej woli. Chcę wierzyć, że nikt nie był szantażowany zdjęciami głodnych polskich dzieci. Ani że żaden Francuz, Niemiec czy Włoch nie został wykopany przez jakiegoś smutnego urzędnika z własnego domu.

Z obecnej sytuacji próżno szukać dobrych wyjść. Na dłuższą metę nie rozładują jej ani mury, ani narzucane siłą kwoty. Przypuszczam, że prędzej czy później nie da się uniknąć rozwiązań radykalnych. Prawdopodobnie konieczna będzie jakaś forma selekcji, co w ogniu pohukiwań, że budzą się demony rasizmu, nie będzie łatwe. O ile w ogóle ktokolwiek się na to zdecyduje. A najgorsze jest to, że owe mroczne cienie faktycznie mogą wychynąć. I winni temu nie będą uchodźcy, lecz utopiści, którzy zamiast kierować się kryteriami realizmu, ronią krokodyle łzy nad martwym syryjskim chłopcem na plaży.

Poprzednie