„Smoleńsk” – niezupełnie udany film o fabrykowaniu rzeczywistości

Ano tak, udało mi się w końcu zobaczyć „Smoleńsk”. I już na wstępie muszę wyznać, że mój główny kłopot z tym obrazem bynajmniej nie polega na tym, czy jest on dobry lub zły. Raczej na tym, że w jego ocenie – tu od razu zdradzę, że z przewagą negatywów – należy uwzględnić to, co zazwyczaj postrzegam jako mało bądź też zgoła nieistotne dla odbioru, a więc czynniki zewnętrzne. Teksty kultury powinny bronić się same. Naprawdę nie musi nas obchodzić, jaki budżet za nimi stał, jakie umowy podpisali aktorzy i z kim pił reżyser. Tego urynkowionego myślenia, odwracającego uwagę od sedna spraw, nauczyła nas niestety popkultura.

Zazwyczaj śmieszy mnie, kiedy po premierze jakiegoś filmu, zwłaszcza z tej bardziej kasowej pułki, pierwszą rzeczą, o jakiej prawią jego omawiacze, jest to, ile milionów dolarów zostało w niego wpakowanych. Albo jakich efektów specjalnych w nim użyto. Tak jakby w ogóle nie istniała treść i niesione przez nią, nawet mimowolnie, znaczenia. Wiem, że nie one stanowią cel masowej produkcji kolejnych Batmanów czy Bondów. Jest nim oczywiście zysk. Jednak z faktu, że przemysł usiłuje zawładnąć kulturą – przecież nie tylko filmową, choć może na niej najwyraźniej to widać – nie wynika, że musimy się tej tyranii poddawać. Za kilkanaście lat te zawrotne sumy na nikim nie będą robić wrażenia, efekty się zestarzeją, a treść pozostanie.

Ze „Smoleńskiem” zapewne też tak będzie, a mimo to właśnie w jego przypadku te kwestie są tak integralną częścią samego filmu, że rzutują na ocenę. Mam oczywiście na myśli wszystkie perypetie związane z jego drogą na ekrany – odrzucenie scenariusza przez PISF, karkołomną ekwilibrystykę, żeby zdobyć fundusze, wreszcie temat. Słowem wszystko to, co sprawiło, że gdy na planie zgasły światła, Antoni Krauze wyglądał podczas wywiadów jak z krzyża zdjęty. Słuchając, jak mówi, że „Smoleńsk” to najważniejsze dzieło jego życia, po prostu nie mogłem się opędzić od wrażenia, że język jego ciała komunikuje coś całkowicie przeciwnego.

Tak czy inaczej, „Smoleńska” nie da się przez to traktować w normalnych kategoriach. Każdą rzecz, jaką będzie się chciało o nim powiedzieć – zarówno tę na minus, jak i na plus, odnośnie formy, jak i przekazu – trzeba przepuścić przez tę specyficzną perspektywę. Podejrzewam, że to odium będzie się za „Smoleńskiem” ciągnąć zawsze – nawet kiedy mroki historii pochłoną kulisy jego powstawania. Stąd też nawet nie próbuję patrzeć na niego jak na zwykły film. On sam wszak tego nie chce.

Ale po kolei. Zacznijmy właśnie od formy. Ona rzeczywiście jest największym obciążeniem. Mamy tutaj do czynienia z wymuszoną przez budżet – bo nie wierzę, że taki był pierwotny zamysł scenarzystów – quasi-dokumentalną stylistyką. Tam, gdzie ekipy nie było stać na inscenizację – na przykład w sekwencjach przed Pałacem Prezydenckim, w scenie pogrzebu na Wawelu czy w Katyniu – po prostu wkleili oryginalne materiały telewizyjne. Wygląda to więc trochę jak łatane i dokładnie tak, jak się obawiałem, powoduje dysonans z grą aktorów. Grą zresztą na ogół bardzo sztuczną. Redbad Klijnstra w roli demonicznego szefa stacji TVM wypada karykaturalnie. Beata Fido to emocjonalne drewno, przez co jej przemiana, która ma stanowić clou, wydaje się kompletnie bezobjawowa.

Poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak rzeczywiście niezła Anna Samusionek (niepokorna dziennikarka, wzorowana chyba na Lichockiej), Lech Łotocki (prezydent Lech Kaczyński) i Aldona Struzik (wdowa po generale Błasiku), aktorzy przeważnie wyglądają na zmęczonych, zgaszonych I nieprzekonanych. Ich gra niewiele różni się od tego, co obserwujemy w TVN-owskich lub polsatowskich serialach typu „W 11” czy „Sędzia Anna Maria Wesołowska”. W ogóle cały film sprawia takie wrażenie, do czego dodatkowo przyczynia się taśma, na jakiej go nakręcono. Choć, rzecz jasna, nie jestem tu ekspertem.

Te mankamenty oczywiście bezlitośnie obnażają mielizny scenariusza, najprawdopodobniej w trakcie lat realizacji wielokrotnie przerabianego i dostosowywanego do zmieniających się okoliczności. A jego zasadniczym felerem wcale nie jest propagandowy wydźwięk, który mu zarzucali nadgorliwi, tak salonowi, jak i antysalonowi, recenzenci, lecz fabularny chaos. Nie mam nic przeciwko propagandzie, jeśli jest dobrze podana. Tu autorzy raczej uszyli wór, do którego na siłę starają się wepchnąć cały wytworzony przez „niepokornych” przekaz odnośnie katastrofy smoleńskiej. Przez to mająca stanowić kręgosłup fabuła zostaje zmarginalizowana i odbiera się ją jak doszytą na odczepnego. Równie dobrze mogliby nakręcić po prostu kolejny dokument.

A ta historia naprawdę ma potencjał. Jest w niej wszystko, co właściwie złożone da mroczny, przejmujący thriller, który oglądałoby się z zapartym tchem, nawet nie wiedząc, że łyka się konkretnie ukierunkowane przesłanie. Mamy dziennikarskie śledztwo i prowadzącą je zimną karierowiczkę, która pod naporem faktów oraz mnożących się sprzeczności rewiduje poglądy. Mamy panoramę społeczną, całe spektrum zachowań, buzującą mistykę, a wszystko podlane kryminalną intrygą z udziałem służb specjalnych i wysokich kręgów władzy. No i duchowa metamorfoza samej bohaterki.

Nie uwiera mnie, że film forsuje tezę o zamachu. Tak, robi to! Obserwując w retrospekcjach, jak najpierw kontrolerzy przekazują pilotom fałszywe dane, potem jak w trakcie lotu rozpada się skrzydło i wreszcie jak następuje wybuch, raczej trudno żywić wątpliwości co do intencji autorów. Nie mam im tego za złe przede wszystkim dlatego, że sam należę do ludzi nieufnych wobec tzw. „oficjalnych wersji”, po wtóre uważam, że w wolnym kraju każdy ma prawo snuć takie teorie i spekulacje, jak chce. Każdy też powinien zostać wysłuchany, zwłaszcza jeżeli na swe opinie przedstawia jakiekolwiek dowody. Pozafilmowe losy „Smoleńska” pokazują, że u nas od początku był z tym niejaki problem. Tym bardziej zatem szkoda, że przez to osłabione zostało „propagandowe ostrze” filmu.

Ale też trzeba uczciwie powiedzieć, że nie sam zamach czy próby udowodnienia go stanowią tu istotę. To jest bardziej opowieść o czymś, co Rafał Ziemkiewicz nazwał kiedyś ubijaniem filcu, czyli o wtłaczaniu opinii publicznej pewnej wersji zdarzeń i wypychaniu wszystkiego, co mogłoby ją podważyć. Myślę, że wielu ludzi – mnie z pewnością – to o wiele skuteczniej zraziło do panów Laska i Millera, niż to, czy faktycznie wierzymy, że było to zaplanowane działanie, czy też że katastrofę spowodowała seria nieszczęśliwych zbiegów okoliczności z domieszką ludzkich błędów. W filmie pada znamienne zdanie, że wierzą tamci (znaczy ci od sikania na znicze), a my chcemy wiedzieć. Film traktuje właśnie o odmawianiu prawa do tej wiedzy.

A czyni to, bazując na teorii tzw. „nożyc Golicyna”. Jest to – jak zostaje wyłożone expressis verbis w samym filmie i jak można przeczytać w sieci – strategia propagandowa wymyślona przez majora KGB Anatolija Golicyna, który w 1961 roku podjął współpracę z CIA i zdradził wiele cennych sekretów sowieckiej bezpieki. „Nożyce” polegają, w największym skrócie, na utrwalaniu dwóch pozornie przeciwstawnych wersji zdarzeń po to, aby zdezawuować dążenie do prawdy. W przypadku Smoleńska pierwszym ostrzem, odpalonym tuż po katastrofie, miał być przekaz o błędzie pilotów i jego późniejsze pochodne, na czele z pijanym generałem oraz wywierającym presję prezydentem, a drugim – najbardziej fantastyczne teorie spiskowe, czyli sztuczna mgła, maskirowka, dobijanie rannych etc.

Efekt jest genialny. Wszyscy „rozsądni” zaczynają odruchowo wierzyć w to, co dostali tuż po katastrofie, zaś każdy, kto ośmiela się zgłaszać weto, od razu, praktycznie z automatu, zostaje przyporządkowany jako wariat i oszołom. Sęk w tym, że by nożyce były skuteczne, potrzebni są „fryzjerzy”, którzy będą nimi umiejętnie strzyc. Tu oczywiście przydadzą się dziennikarze – tacy jak główna bohaterka, która dla sukcesu zrobi wszystko, jak również i łajdacy pokroju jej szefa. Do tego dołóżmy drobną agenturalną inspirację i gotowe.

Chcę jeszcze na koniec wrócić do niedomogów formalnych. Napisałem, że przeszkadzają w odbiorze, ale są dwa momenty, gdy ta surowa, jak gdyby pół amatorska płytkość wywołuje emocjonalny wstrząs. A jest to scena spawania trumien ze szczątkami ofiar i sam upadek samolotu. Gdy na to patrzymy, uświadamiamy sobie, jak w istocie banalny przebieg musiała mieć ta tragedia. To na zasadzie kontrastu jeszcze wyraźniej odsłania jej przerażającą głębię.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również