Kultura

Niech się święci… długi weekend

Ciekawy był to czas, kiedy ten film zadebiutował w telewizji. Ciekawy dla mnie osobiście, bo akurat postanowiłem wyjechać z rodzinnych opłotków, niezbyt zamiarując wrócić. Przyszłość w tym względzie przyzna rację przysłowiu o rozśmieszaniu Boga opowiadaniem mu o swoich planach. Ciekawy dla kraju, bo właśnie w tych dniach spełniała się dziejowa sprawiedliwość i zjednoczona Europa zamknęła nas na dobre i złe w miłosnych unijnych objęciach, w efekcie czego Warszawa obrodziła błękitnymi paradami, na wspomnienie których dziś chce mi się co najwyżej sardonicznie parskać. Ogólnie rozpoczynało się wielkie grillowanie.

Bo był to początek mitycznej prosperity spowodowanej tym, że spece od słupków powiedzieli nam, że tak, jak najbardziej już można, że już skończyły się mordercze lata dziewięćdziesiąte i pora nieco rozluźnić pas. Życie było mniej więcej beztroskie, na rusztach bardzo przyjemnie skwierczały kiełbaski, milenijna pluskwa nie utopiła nas w pożodze atomowych grzybów, zaś rodzimi reżyserzy, mimo iż nadal wyśmiewali się z narodowych przywar, jakby ciut spuścili z tonu, jakby przejaśnieli, zdobywając się na wyrozumiałe pobłażanie. Aha – tak zwana opinia publiczna zbierała zęby po aferze Rywina, a w TVP, pod auspicjami której powstał zarówno „Długi weekend”, jak i cały cykl „Święta polskie”, niepodzielnie władali postkomuniści.

Czy wymienione powyżej okoliczności mają jakiekolwiek znaczenie dla interpretacji obrazu Roberta Glińskiego? Według mnie tak. A jeśli nawet nie, to co? Fajnie sobie przypomnieć to i owo, zwłaszcza gdy dzięki temu efektywniej tka się kontekstualną sieć, bez której każdy tekst kultury – choćby i błahy, a przecież nie ma co się oszukiwać, że „Długi weekend” jest jakimś arcydziełem – staje się o wiele uboższy. Skoro już decydujemy się na opcję ze zwierciadłem epoki, bądźmy konsekwentni.

Sytuacja przedstawia się tak: Bogdan, zawodowy trep z kompanii reprezentacyjnej, poszukuje „drugiej połówki” w „Randce w ciemno”. Wtedy prowadził ją Tomasz Kamel, który tu zagrał sam siebie. Mało kto dziś chyba jeszcze pamięta ten piątkowy show, jak również to, że łączył on pary w najróżniejszych przedziałach wiekowych. No więc jest sobie ten Bogdan kreowany przez Krzysztofa Globisza – lekko nieśmiały, stremowany, może i zawstydzony – a po drugiej stronie wachlarza siedzą potencjalne wybranki serca. Ta ostatnia, Marta – Joanna Żółkowska – sprawia wrażenie, jakby znalazła się tutaj co najmniej za karę albo na skutek jakiejś fatalnej pomyłki. Widz od razu wie, że Bogdan wybierze właśnie ją. A jeśli nawet nie od razu, to po jej odpowiedzi, że nie zaśpiewa, bo to byłoby nieuczciwe wobec innych kandydatek, jest już kupiony.

Kluczowym momentem „Randki w ciemno” już po podniesieniu wachlarza zawsze był wybór koperty z wycieczką. Ach, to napięte wyczekiwanie! Co wypadnie? Egzotyczna zagranica czy szara Polska? I te z ledwością ukrywające zawód grymasy, gdy czasem jednak los wskazywał Mazury zamiast Majorki. Oczywiście jak nietrudno się domyślić, nasi wybrańcy też muszą się obejść smakiem. I tak oto lądują w luksusowym hotelu nad jeziorem. I to by było na tyle, jeśli idzie o sielankę i motylki w brzuchu. Marta szybko pokazuje Bogdanowi, gdzie jego miejsce, a reporterka, która miała im towarzyszyć, woli „prawdziwe zwarcie światopoglądowe” gdzieś pod hipermarketem od ich cukierkowego pierdu-pierdu. I popełnia duży błąd. Bo „prawdziwe zwarcie” przeszło jej koło nosa.

długi weekend

Schemat fabularny jest tu oczywiście łatwy do przewidzenia. Przestrzeń, w której znalazła się grupka przypadkowych osób, przegląd ludzkich typów i nieuniknione zwarcie charakterów. A dodatkowo wszystko to rzucone na tło majówki, która chociaż teoretycznie świąteczna – bez wdawania się w oceny, który dzień należałoby czcić bardziej – dla większości z nich oznacza już jedynie wypoczynek. Komora kriogeniczna, tenis, a nawet popołudnie przy laptopie. Byle bez flag. Po prostu żadnych flag! No, chyba że unijne, bo te biało czerwone to same niesnaski prowokują. Cóż, nie dotyczy to naszych randkowiczów.

Sytuacja jest ciekawa, by nie powiedzieć – znamienna. Znamienna właśnie dla klimatu owej należącej już nieodwołalnie do przeszłości epoki, której czołowe atrybuty wyszczególniłem. Bo niby z jednej strony dostajemy udrapowaną w strój lekkiego komediodramatu krytykę bezideowości i pustego konsumpcjonizmu – poeta Tomaszek, niegdyś solidarnościowy bard, a dziś felietonista erotycznego pisemka i podstarzały dziwkarz, ujmuje ją celnie w sentencji o twórcach trzeciomajowej konstytucji, którzy przynajmniej mieli piękne sny, podczas gdy nam nic już się nie śni – ale z drugiej bardzo wyraźnie, wręcz nachalnie, uwypukla się relatywizm etyczny i nieostrość postaw wobec PRL.

Wiek oraz profesja Bogdana jednoznacznie sugerują, że w mroźną noc stanu wojennego był wśród tych, którzy grzali się przy koksownikach. Z kolei Marta – eks-opozycjonistka, która głodowała za Tomaszka, a do wojskowych oprócz historycznego ma też uraz osobisty za to, że jeden z nich śmiertelnie potrącił jej narzeczonego – może i gardzi płytką współczesnością, ale do „Randki w ciemno” idzie, bo można za darmo pojechać na wycieczkę. Może i pluje na Bogdana, ale gdy w teleturnieju, w którym główną nagrodą jest domek jednorodzinny, dostaje pytanie o kaliber nabojów do kałasznikowa, nie ma skrupułów, by do niego zadzwonić.

Takich smaczków można wyłuskać więcej. Choćby sama postać Tomaszka – jego artystyczny upadek dodatkowo podkreślony tym czysto ludzkim. Do tego w całym towarzystwie jedynym ideowcem z krwi i kości okazuje się nastolatek w koszulce z wizerunkiem przewodniczącego Mao, który dziś, o ile nie przekabaciłyby go bałamutne obietnice kapitalistycznego Mordoru, pewnie zasiliłby szeregi partii Razem. W „Długim weekendzie” jak na dłoni widać moralną i historiozoficzną schizofrenię III RP z obliczem Aleksandra Kwaśniewskiego wybierającego przyszłość oraz styl – III RP, która po Rywinie wkroczyła w przedśmiertne przesilenie.

Czy to oznacza, że „Długi weekend” odrzucam? Ależ skąd! Fantastycznie mi się go ogląda i zawsze z przyjemnością do niego wracam. W obecnej fazie „mądrości etapu”, której duchowo patronują nieludzko nieskazitelni Roj, Inka i Łupaszka, taki obraz raczej nie mógłby powstać. Może w kontekście powyższych akapitów zabrzmi to paradoksalnie, jednak przy wszystkich zastrzeżeniach Bogdan i Marta są jakoś tam prawdziwi.

Polecam również