Czy w ogóle jest jeszcze sens pisać książki?

Właściwie to pytanie powinno brzmieć inaczej. Bo że książek sensu pisać nie ma, to chyba wie każdy, kto kiedykolwiek próbował się tym zajęciem parać. Kasy, o ile nie nazywasz się Remigiusz Mróz, tyle z tego co kot zwymiotuje. Serc szacownej noblowskiej akademii, o ile nie masz właściwych poglądów, nie podbijesz. Do telewizji, o ile wcześniej nie zagrałeś w trzydziestu serialach, nikt cię nie zaprosi. Pytanie tak naprawdę powinno brzmieć: czy jest sens książki wydawać? No ale w sumie skoro ich nie wydawać, to po kiego czorta je pisać? Wszak nawet darmowe wrzucenie do netu jest jakimś rodzajem procesu wydawniczego.

Naszły mnie owe wielce podniosłe refleksje pod wpływem ogłoszonych przez Bibliotekę Narodową statystyk, z których wynika, że rokrocznie zwiększa się ilość publikowanych w Polsce tytułów. Na przykład w roku minionym było ich ponad 36 tysięcy, co stanowi wzrost o 0,6 procenta względem roku poprzedniego, który też był rekordowy. Ogólnie, po gorszym dla branży wydawniczej okresie 2013 – 14, produkcja zapełnionych literami woluminów urosła o ponad 10 (słownie dziesięć!) procent. Jest to zresztą szersza tendencja, która z niewielkimi wahaniami utrzymuje się od początku lat dziewięćdziesiątych. Czyli po prostu kraj książkami płynący.

Ku gwiazdom strzeliły praktycznie wszystkie rodzaje literatury. Choć niektórzy przecierają oczy ze zdumienia, widząc na przykład, jak bardzo rozpulchnił się segment religijny. Ja tam nie wiem, co w tym dziwnego w kraju współrządzonym przez brzuchatych biskupów, no ale niech będzie. Zaskakiwać może też wysokie stężenie poezji. Nieco światła na ów fenomen rzuca inna część raportu, w której mowa o tym, że przyczyn tego stanu należy upatrywać w charakterystycznej dla współczesnej ekonomii tendencji do wzbogacania i różnicowania oferty rynkowej oraz w przemianach technologicznych.

Zauważono więc zarówno self-publishing, jak i vanity press. Cóż, fizyczne wyprodukowanie książki rzeczywiście nigdy nie było tak łatwe jak dziś. A dane te i tak mogą być zaniżone, bo przecież nie wszyscy obowiązkowe egzemplarze do Biblioteki Narodowej wysyłają. A do tego weźmy e-booki, które każdy średnio obeznany w komputerach może składać sam, i wszelkie inne formy totalnego samizdatu. Tylko że to nijak nie wpływa na poprawę sytuacji na rynku. Ba, jeszcze ją pogarsza.

Bowiem inne kluczowe pytanie brzmi: czy ktoś to w ogóle czyta? Odpowiedź: w większości nie. W większości są to po prostu tony, setki, tysiące ton całkowicie zbędnej, nadającej się wyłącznie na przemiał makulatury, w której utonęły nadzieje, marzenia i, często, pieniądze autorów. I bynajmniej nie mam tu na myśli jakości, bo to osobny temat.

Sprawę dość trafnie i nie bez dozy niezbędnego w naszych szczęśliwych czasach humoru rozkminił u siebie na blogu Bartosz Adamiak. Rzeczywiście, im więcej, tym mniej. Tak to działa. To klasyczny przypadek implozji pod własnym ciężarem. Nie ma wielu bestsellerów w dawnym rozumieniu tego pojęcia, bo nakłady pojedynczych książek spadają kosztem całokształtu. Nie ma kto tych książek kupować, bo ludzie są tak ogłuszeni nadmiarem, że stają się jak ten osiołek z wierszyka hrabiego Fredry, co to mu w żłoby dano i na końcu z głodu padł. Ze współczesnych konsumentów zresztą już nawet głód wywietrzał.

Wiecie co? Czytanie naprawdę nie jest obowiązkowe

Nie ma też na dłuższą metę nikogo, kto by pełnił funkcję gatekeepera, kto by ludziom po prostu mówił, po co warto sięgać, a co lepiej odpuścić. Krytykę zabił internet. Blogerzy książkowi? Może. Ale ich autorytet też jest niszowy. A poza tym oni również borykają się z powszechnym nadmiarem. Nikt nie jest już w stanie przeczytać wszystkiego. To może w takim razie jakieś wydawnicze limity wprowadzić? Och tak, tak, już słyszę, jak wszyscy wolnościowcy – tak jak przy zeszłorocznej awanturze o jednolitą cenę książki – drą ryja, że socjalizmem śmierdzi. I darliby tego ryja słusznie. Z tego klinczu po prostu nie ma dobrego wyjścia.

Jak to swego czasu miał skwitować Jan Himilsbach, gdy szukali z Janem Pietrzakiem piwa po całej Warszawie i trafili na remont ulicy: tyle dróg budują, tylko nie ma, kurwa, dokąd iść. (Nawiasem mówiąc, owo słynne, powtarzane w najrozmaitszych wariantach zdanie to cytat ze sztuki Maksyma Gorkiego „Barbarzyńcy”.) I kwestia ta ujmuje istotę problemu. Nawet nie w tym sensie, że nie ma co czytać, bo akurat czytać można więcej niż kiedykolwiek. Mało tego – święcie wierzę, że w tym zalewie słów istnieją arcydzieła na miarę Joyce’a, Kafki czy Hemingwaya, choć niestety nikt ich nigdy nie odkryje.

Po prostu… już się nie chce. Nie chce się czytać, ale i… pisać. No bo właśnie wyobraźmy sobie, jak to wygląda z perspektywy pisarza. Zwłaszcza takiego początkującego, który ledwo co wychynął z pokoju, gdzie napompowywał się marzeniami o byciu takim drugim Hemingwayem czy – niechby nawet – Mrozem. Wychodzi więc z tego pokoju, raz po raz dostaje od wydawców po pysku, potem się łamie, idzie w vanity albo w self i… tyleśmy go widzieli. Zresztą jeśli nawet mu się poszczęści i któreś wydawnictwo go przytuli, czeka go z grubsza podobny los.

I nieważne, czy napisałby drugi „Kosmos”, „Moby Dicka”, „W poszukiwaniu straconego czasu”, czy przygody komisarza Iksińskiego. Najlepiej w postapokaliptycznym świecie pełnym wampirów i czarownic. Nieważne, że ma w mediach społecznościowych dwustu obserwujących. Tak czy siak, pochłonie go żarłoczny ocean słów. Swoją drogą kiedyś naprawdę słyszałem o pewnej debiutantce z USA, której potencjalny wydawca chciał wiedzieć, ilu ma followersów na Twitterze, i od tego uzależniał decyzję.

Któregoś dnia – być może właśnie przeczytawszy taki raport albo zwyczajnie odwiedziwszy księgarnie – uświadamiasz sobie istnienie tej niebotycznej ściany słów, tego bezkresnego lasu ściętych drzew, morza farby drukarskiej, petabajtów danych. Słyszysz, jak to wszystko trzeszczy pod własnym ciężarem, a zarazem widzisz, jak mało kogokolwiek to obchodzi. I co? Ano to, że nie możesz sobie nie zadać pytania, czy powinieneś dorzucać do tego swoją cegiełkę.

Ja sobie je zadaję. I to niestety coraz częściej. Wiem, że nie przestanę pisać. Za bardzo mi to weszło w krew. A poza tym zawsze gdzieś w głębi tli się ta irracjonalna nadzieja, że może akurat tobie się uda. Że może jakiś splot czynników sprawi, iż wypłyniesz na powierzchnię, zamachasz rękami, a oni cię zauważą i wyłowią. Czy warto? Chciałbym znać odpowiedź.


Obrazek pochodzi z filmu “Cudowni chłopcy” (2000).

Pochodzenie wypowiedzi Himilsbacha wytropił autor bloga “Kompromitacje”.

Polecam również

5 thoughts on “Czy w ogóle jest jeszcze sens pisać książki?

  1. Zatem i ja się cieszę, Adamie. A z tym niewyłączaniem bloga to wiesz… obyś nie wypowiedział w złą godzinę 🙂

    1. Wyłączyli, bo przestał się opłacać. Dziś rolę dawnych masowych blogerni przejął fejs. Kiedy Google sobie skalkuluje, że Blogspot mu ciąży, utłucze go bez cienia sentymentu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.