A gdyby Salman Rushdie wydał „Szatańskie wersety” dziś?

W dniu, w którym Senegal dawał naszym łupnia co się zowie, Salman Rushdie obchodził 71 urodziny. Przypomniał mi o tym niezawodny „fejs”, wrzucając na moją tablicę artykuł o dziesięciu najbardziej szokujących (inne się wszak nie klikają) ciekawostkach z życia autora „Ziemi pod jej stopami”. Wymieniam ten tytuł, gdyż była to pierwsza powieść Rushdiego, po jaką sięgnąłem, choć nigdy nie udało mi się jej doczytać do końca. Ale o tym za chwilę. Trzy pierwsze wymienione w artykule punkty dotyczyły zaś… uwaga, uwaga, kto się odważy, kto zgadnie? Tak, „Szatańskich wersetów”!

Tak sobie myślę, że dla pisarza tej miary co Rushdie musi być jednak cholernie frustrująca świadomość, że przynajmniej jakąś część swojej pozycji zawdzięcza kwestiom absolutnie pozaliterackim. W tym wypadku nałożonej na niego przez muzułmanów karze śmierci. Nie oznacza to, że bez tego wydarzenia byłby nikim. Jak słusznie przypomina autor tekstu, już przed pamiętnymi walentynkami 1989 cieszył się sporym uznaniem. Miał na koncie między innymi Bookera i, ugruntowaną również przez „Wersety”, opinię skandalisty i prowokatora. Ale nie oszukujmy się: gdyby Chomeini nie wydał na niego fatwy, a ileś osób nie zginęło z rąk islamskich fanatyków, Rushdie byłby po prostu jeszcze jednym cenionym prozaikiem.

Istnieje też spore prawdopodobieństwo, że nie zainteresowałbym się nim ja. I tu od razu mały flashback. Jest lipiec 1996 roku. Ja, prawie szesnastoletni, przechadzam się między pułkami w pewnej niedużej brytyjskiej księgarence. Interesuje mnie wyłącznie Stephen King. Oglądam jego „Marzenia i koszmary”, zastanawiając się, czy wysupłać tych parę funtów, gdy nagle mój wzrok przykuwa inna książka. Nosi oczywiście tytuł „The Satanic Verses”. W normalnych okolicznościach uznałbym ją za jakiś horror, ale tak się składa, że wiem, jaka historia kryje się za nią oraz jej twórcą. Biorę ją do ręki i wtedy dzieje się coś dziwnego: znużona sprzedawczyni zaczyna mi się uważnie przyglądać.

W końcu nie kupiłem ani Kinga, ani Rushdiego. Wyszedłem, czując, że moja obecność przestała być mile widziana. A warto tu, wracając do wzmiankowanego powyżej artykułu, dodać na marginesie, że anse do „Szatańskich wersetów” mieli nie tylko muzułmanie. Negatywnie o nich – jak zauważa autor tekstu – wypowiadał się na przykład naczelny rabin Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Rzekomo też ich sprzedaż do dziś jest zakazana między innymi w w Wenezueli, Kenii czy Tajlandii.

Nie zamierzam więc ukrywać, że kiedy w Polsce ukazała się „Ziemia pod jej stopami”, moją decyzję zakupową w dużej mierze stymulował właśnie ów ciągnący się za Rushdiem cień. Nie najlepiej może to o mnie ówczesnym świadczy, ale nic nie poradzę. Tak po prostu było. Zostałem zresztą przykładnie ukarany za moją bufonadę, bo – jak już wspomniałem – nie byłem w stanie tej książki pokonać. Przewracałem kartkę za kartką, ziewałem, ale brnąłem dalej. No bo to przecież Rushdie – gość, którego chcieli ukatrupić tylko za to, że napisał książkę.

Z „Wersetami” też niedługo później się zmierzyłem i niestety historia się powtórzyła. Tak samo było w przypadku kilku innych prób zaprzyjaźnienia się z Rushdiem. Po prostu jego postmodernistyczne rozbuchanie mnie męczy. Wietrzę w nim jakiś minoderyjny fałsz. Być może świadczy to o moim prostactwie intelektualnym, braku obycia – nie wiem, ale tak już mam. Jest mi najzupełniej obojętne, czy Rushdie bluźni, czy nie, skoro i tak siła owych jego bluźnierstw nie może się do mojej świadomości skutecznie przebić. Co jednak nie zmienia faktu, że Rushdie jako człowiek stał się symbolem.

Nie wiem, czy widzieliście kiedyś polskie wydanie „Szatańskich wersetów”. Chodzi mi o to z 1992 roku, które mam w swoich zbiorach. Ma ono złowieszczą czarną okładkę, a w środku brak informacji o nazwisku tłumacza (czyżby nadmiar ostrożności po niedawnym zabójstwie japońskiego tłumacza i pchnięciu nożem włoskiego?) i wydawnictwie. Od wielu lat nie jest już tajemnicą, że anonimowym wydawcą był, ni mniej, ni więcej, Phantom Press, który w latach dziewięćdziesiątych zalewał nasz rynek przede wszystkim pulpowymi horrorami. Może i postąpili tak z obawy przed zemstą islamskich asasynów, lecz są też podejrzenia, że najzwyczajniej był to chwyt marketingowy. Kto chciał, ten wiedział.

Tak czy siak, od pewnego czasu naprawdę dręczy mnie postawione w tytule niniejszego tekstu pytanie. Prowokują je zarówno wypowiedzi samego Rushdiego, jak i różne okolne wydarzenia z kilku ostatnich lat. Zanim więc wrócimy do Rushdiego, przyjrzyjmy się dwóm z nich.

Rok 2016. Francuska firma wydawnicza Piranha ogłasza, że z powodów bezpieczeństwa rezygnuje z zapowiedzianego wcześniej wydania książki „Islamski faszyzm” autorstwa niemiecko-egipskiego politologa i pisarza Hameda Abdel-Samada. W samych Niemczech książka nie tylko się ukazała, ale zyskała status bestsellera. Abdel-Samad to, nawiasem mówiąc, nadzwyczaj ciekawa postać: były członek Bractwa Muzułmańskiego, który później zaczął je krytykować. I to z pozycji – co ciekawe – jak najbardziej lewicowych. On sam podnosił argument, że strach przed wydaniem książki źle wróży zachodowi na przyszłość.

W tym samym roku Michael Stürzenberger – niemiecki dziennikarz i były rzecznik prasowy partii CSU – publikuje na Facebooku zdjęcie. Widać na nim, jak muzułmański duchowny wita się z wysokim rangą przedstawicielem NSDAP. Zdjęcie pochodzi z roku 1941, a ów człowiek to Amin al-Husseini – wielki mufti Jerozolimy. Zdjęciu towarzyszy wpis odnoszący się do historycznego artykułu w „Süddeutsche Zeitung” o podziwie, jakim reżim Adolfa Hitlera darzył islam. Rok później, właśnie za ten post, Stürzenberger został skazany przez sąd w Monachium na sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy i pół roku.

Oficjalnym powodem oskarżenia było to, że Stürzenberger upublicznił wizerunek swastyki, oraz że za pośrednictwem zdjęcia poniżał islam, stosując wobec niego mowę nienawiści. W wywiadach wskazywał, że mnóstwo podobnych fotografii pojawia się na całym świecie. W tym także w Niemczech. Zgodnie z niemieckim prawem można publikować archiwalne fotografie przy tekstach prasowych dotyczących historii. Mimo to prokurator zdecydował się wnieść akt oskarżenia, ignorując fakt, że publikacja miała charakter nie afirmujący nazizm, lecz krytyczny.

Sądowi nie spodobało się ponadto, że Stürzenberger zacytował abdel-Samada. Zostało to uznane za naruszenie spokoju publicznego. Ze strony zarówno polityków – w tym byłych towarzyszy z CSU – jak i dziennikarzy spotkało go głównie obojętne milczenie. „Gdybym został skazany za krytykę któregoś z wyznań chrześcijańskich, byliby w pierwszym szeregu ataku – skwitował Stürzenberger w wywiadzie dla „Super Expressu”. – Jeżeli dotyczy to islamu, to w tej dziedzinie uważają, że lepiej wolności słowa nie mieć, bo to kreuje kłopoty. Wyznawcy innych religii przecież nie dokonają zamachu.”

Wróćmy do Rushdiego. W rozmowie opublikowanej w 2015 roku na łamach „L’Express” nie pozostawił złudzeń, że jeżeli ataki na „Szatańskie wersety” miałyby miejsce dzisiaj, to elity intelektualne Zachodu nie tylko by go nie broniły, ale jeszcze oskarżyłyby go o obrażanie mniejszości etnicznej i kulturowej. Stwierdził ponadto, iż żyjemy w najciemniejszym okresie, jaki zna. A co ciekawe, słowa te padły zaledwie kilka dni po deklaracji redaktora naczelnego „Charlie Hebdo, że w zdziesiątkowanym przez terrorystów tygodniku nie będzie już więcej karykatur Mahometa, bo – jak to nader dyplomatycznie ujął – wykonali już swoją robotę. Dziękuję, kurtyna.

Helen Keller – głuchoniewidoma pisarka i działaczka społeczna – dowiedziawszy się, że w nazistowskich Niemczech rzuca się na stosy jej książki, wystosowała do sprawców owych potwornych czynów otwarty list. Napisała w nim, że mogą spalić książki jej oraz najlepszych umysłów Europy, ale zawarte w nich idee przenikną milionami kanałów i będą trwać. Mam poczucie, że Rushdie mógłby się pod tym podpisać. Teraz może nawet bardziej, niż 30 lat temu.


Fot Wikimedia

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.