O północy w Paryżu

Ruchome święto Allena

No tak, dziś Walentynki, więc choć na świecie nie jest za wesoło, wypadałoby napisać coś walentynkowego. A właściwie walentynkowo-filmowego. Bo to święto jakoś nieodzownie kojarzy mi się z kinem. Miałem ten temat wziąć na warsztat dużo wcześniej, ale po tym, co się stało w Paryżu w listopadzie, było mi jakoś niezręcznie. Chociaż z drugiej strony, czy istnieje lepszy sposób na przeciwstawienie się złu, niż potęga żywej wyobraźni i kultury?

Po obejrzeniu „O północy w Paryżu” zawsze się zastanawiam, jak zareagowałby Ernest Hemingway, gdybym pokazał mu mojego smartfona i powiedział, że w tym oto płaskim pudełeczku z dziwnym ekranem zmieściłyby się wszystkie jego książki. Że w ogóle za pomocą paru stuknięć palcem w to ustrojstwo mógłbym je ściągnąć z każdego miejsca na ziemi. Pewnie kazałby mi iść, psiakrew, do diabła lub wymierzył siarczysty prawy sierpowy. Albo w ogóle nie chciałby ze mną gadać. Szczególnie gdyby się dowiedział, że jedyną rzeczą, na jaką polowałem, były okazyjne ceny, zaś prawdziwą myśliwską strzelbę trzymałem w ręku raz w życiu. Jako dziecko, więc niemal ugiąłem się pod jej ciężarem.

Albo po prostu klepnąłby mnie kordialnie po ramieniu, łyknęlibyśmy jednego szybkiego i ruszyli na obchód po nocnych knajpach Paryża z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Oczywiście padałby deszcz, bo – jak wiadomo – zmoknięty Paryż jest najcudowniejszy. Ale to wszystko, ma się rozumieć, zakładając, że miałbym szczęście i z chwilą wybicia północy przyjechałby samochód-widmo, który zabrałby mnie z gnuśnej, dręczonej zmorami powierzchownych relacji międzyludzkich teraźniejszości XXI wieku do pokrytej patyną mitu epoki Straconego Pokolenia, zapijającego bezsens egzystencji na paryskich brukach, a przy okazji tworzącego sporą część najwybitniejszych dokonań sztuki ostatnich stu lat.

Taki niezwykły przypadek przytrafił się głównemu bohaterowi filmu, Gilowi – sfrustrowanemu scenarzyście, który z rozkoszą zamieniłby apanaże w Hollywood na skromny żywot literata. Rzecz jasna tylko w Paryżu, dokąd przyjeżdża z jędzowatą narzeczoną Inez i jej rodzicami, herbacianymi konserwatystami uważającymi przyszłego zięcia za idiotę i utracjusza z niezdrową skłonnością do populistycznego komunizmu.

O północy w Paryżu

Gil nie posługuje się smartfonem. Na dobrą sprawę w „O północy w Paryżu” jedynym atrybutem współczesności, jaki wyraźnie rzuca się w oczy, jest płaski telewizor w hotelowym pokoju, którego i tak nikt nie włącza. Co więcej powieść, którą bez przerwy szlifuje Gil – oczywiście ręcznie – opowiada o człowieku prowadzącym sklepik z memorabiliami. Widz ma, oczywiście, domyślić się, że bohater książki to alter ego samego Gila – żyjącego fantazjami o wyidealizowanej przeszłości, zakochanego w starych piosenkach melancholika. Eskapizm i złudna wiara, że kiedyś ludzie byli bardziej szlachetni, a świat – piękniejszy, to – jak niedwuznacznie sugeruje Paul, bufonowaty konkurent do względów Inez – syndrom wyparcia, nieumiejętności radzenia sobie z problemami emocjonalnymi. Cóż, jeśli za takowe uznać brak jakiejkolwiek uczuciowej więzi Gila z narzeczoną, spędzającą czas na bieganiu po galeriach i dalekim od dyskrecji flirtowaniu z Paulem, diagnoza ta wydaje się nie tak znowu mijać z prawdą.

W tym filmie Woody Allen miksuje dwa składniki bardzo charakterystyczne dla swojej twórczości: satyrę na amerykańską inteligencję z klasy średniej – bez względu na kierunek politycznych zapatrywań – i nostalgię. Tutaj ze zdecydowaną przewagą na korzyść tej drugiej. „O północy w Paryżu” wpisuje się w ten sam nurt co „Purpurowa Róża z Kairu” czy – moje ulubione – „Złote czasy radia”, których, mimo całego wdzięku, „O północy…” nie jest w stanie przebić. Podobnie jak tam, również i w idyllicznej pocztówce z Paryża Allen snuje historię w tonacji wyzłacającej, lekko wodewilowej, cały czas jednak nie tracąc z oczu prostego faktu, że przekonanie o wyższości „kiedyś” nad „teraz” to tylko pigułka na poprawienie sobie nastroju. Czego kwintesencję odnajdujemy w momencie, gdy Adriana – muza Picassa, w której zakochuje się Gil – wyznaje, że marzy o przeniesieniu się z barbarzyńskich lat dwudziestych do belle epoque i pozostaniu tam.

No ale – złuda, nie złuda – Gil i tak nie ma powodów do narzekania. Bohema przyjmuje go jak swego. Pije ze Scottem Fitzgeraldem (później odwiedzie Zeldę Fitzgerald od skoku z mostu), Hemingway wygłasza mu epicki wykład o męstwie i śmierci, Gertruda Stein podsuwa pomysły na poprawki w książce, a Salvador Dali wdaje się z nim w surrealistyczną pogawędkę o nosorożcach. I jeszcze na odchodne – klasyczne allenowskie zagranie – nasz wyalienowany podróżnik w czasie podrzuca Luisowi Bunuelowi fabułę „Anioła zagłady”, którą tamten początkowo uznaje za, delikatnie mówiąc, głupią.

O północy w Paryżu

Film – wbrew reklamującym go dynamicznie zmontowanym trailerom jest bardzo stonowany i, jak to u Allena zazwyczaj bywa, wcale nie wyciska salw śmiechu. A i romantyzm – tak eksponowany w materiałach promocyjnych jako atut – też raczej, po allenowsku, subtelnie wyciszony i podany z przymrużeniem. Śmiem nawet twierdzić, że gdyby nie marka nazwiska reżysera, agresywna kampania reklamowa mogłaby mu tylko zaszkodzić. Naprawdę dawno nie widziałem filmu tak drastycznie rozmijającego się z tym, co na jego temat usiłowali mi kilka lat temu wcisnąć spece od marketingu. Tu, na szczęście, na plus. A upływ czasu jeszcze bardziej to poczucie wzmacnia.

Wypada zgodzić się z tym, na co zwracali uwagę niektórzy recenzenci zaraz po premierze: „O północy w Paryżu” to patchwork pozszywany z turystycznych folderów i wyobrażeniowych klisz. Ale chyba też podejmuje z nimi przewrotną grę, w jakiś sposób stara się je rozmontować. Allen nie byłby sobą, gdyby się o taki zabieg nie pokusił. Bo może tak naprawdę wcale nie idzie o przeszłość, lecz o mitologizowanie w ogóle – czasów, miejsc i, chyba wręcz przede wszystkim, ludzi. Choć realizmu w filmie jak na lekarstwo (chyba że dokleić mu wyświechtany przymiotnik „magiczny”), to właśnie po jego stronie zdaje się pośrednio – poprzez zaprzeczenie – opowiadać reżyser.

Być realistą to znaczy zaakceptować siebie i okoliczności – umieć oddzielić miraże fikcji od trzeźwego oglądu sytuacji, co pozwoli ci dostrzec, że kobieta, z którą się zaręczyłeś, być może wcale nie jest dla ciebie, a prawdziwa miłość znajduje się tuż o krok, na przykład w sklepie z płytami. A co z Paryżem? Jak Hemingway pisał w „Ruchomym święcie”, Paryż nigdy się nie kończy. No i ten deszcz. Po prostu nie może nie padać.

Polecam również