Rozejm bożonarodzeniowy

Istnieją rozbieżne opinie odnośnie tego, czy agresja to naturalna, wynikająca z biologii dyspozycja człowieka, czy odpowiadają za nią warunki. Zagadnienie to specyficznej rangi nabiera w kontekście otwartego konfliktu. Czytałem kiedyś artykuł, z którego wynikało, że zwiększająca się liczba ofiar w kolejnych wojnach to w równej mierze efekt powstawania coraz doskonalszych rodzajów broni, jak postępującej dehumanizacji przeciwnika. Podobno podczas wojny secesyjnej większość – a w każdym razie spora część – żołnierzy obu stron celowo strzelała tak, by chybić.

Ciężko zabić, kiedy widzi się twarz potencjalnej ofiary. Gdy nagle zdajemy sobie sprawę, że ten, kogo traktowaliśmy jak bezosobowy cel, jest takim samym człowiekiem jak my. Tak jak my boi się, leżąc bezsennie i wsłuchując się w daleki terkot frontu. Ma jakieś równie zwykłe jak nasze marzenia, a gdzieś daleko być może także rodzinę, która go kocha i oczekuje na jego powrót. Ale też zapewne uzmysławiamy sobie, że nienawidzi nas równie mocno jak my jego. I że dzieje się tak, bo okoliczności wtłoczyły nas w inne mundury i oddały pod rozkazy innych dowódców, za którymi stoją sprzeczne interesy.

Architekci współczesnych wojen dokładają wszelkich starań, żeby ten dylemat unieważnić. Pomaga w tym technologia, dzięki której pola walki niewiele różnią się od gier wideo. Drony sterowane zdalnie z komfortowych, położonych w bezpiecznej odległości baz, pancerne pojazdy, napakowane elektroniką kombinezony – to wszystko nadzwyczaj skutecznie tłumi przypadkowe iskry człowieczeństwa. Resztę załatwia propaganda. Też coraz doskonalsza. Ba, niekiedy nawet mogąca zdziałać stokroć więcej niż mikroprocesory i laserowe pociski.

Ciut patetyczny mi ten wstęp wyszedł. Ale jakoś tak ciężko się powstrzymać, kiedy myślę o owym bezprecedensowym wydarzeniu sprzed ponad stu lat. Nie pamiętam, kiedy ani gdzie po raz pierwszy o nim usłyszałem. Najprawdopodobniej, tak jak w przypadku porwania lotu Aer Lingus 164, trafiłem na informację o nim na którymś z popularnonaukowych kanałów w typie Discovery, National Geographic, a może History. Pamiętam, jak ogromne wrażenie na mnie wywarło.

Wszystko zaczęło się w wigilijny wieczór 1914 roku pod Ypres w Belgii. Jeden z brytyjskich weteranów I wojny wspominał, że była to piękna, księżycowa noc. Wszędzie zalegał śnieg. Około 7 lub 8 w znajdujących się po przeciwnej stronie pasa tzw. ziemi niczyjej niemieckich okopach nagle zrobiło się zamieszanie. Brytyjczycy zobaczyli rozbłyskujące kolejno światła, a po chwili rozległ się śpiew, w którym rozpoznali melodię kolędy „Cicha noc”. Oczywiście z niemieckimi słowami. Szok, niedowierzanie, zdumienie, ale przede wszystkim ostrożność – takie emocje towarzyszyły uczestnikom tego niesamowitego zdarzenia, tak opisywali je po dekadach.

Trwająca od lata wojna każdego dnia pochłaniała tysiące istnień. Niemiecki plan pokonania Francji maksymalnie w sześć tygodni nie powiódł się, co postawiło żołnierzy obydwu stron konfliktu wobec konieczności spędzenia Bożego Narodzenia na froncie, z daleka od rodzin. 7 grudnia o zaprzestanie działań zbrojnych przynajmniej na czas świąt zaapelował papież Benedykt XV, ale głos Watykanu został zignorowany. To, co wydarzyło się wieczorem 24 grudnia i w różnym natężeniu miało trwać przez kilka kolejnych tygodni, nie było oficjalnym zawieszeniem broni, lecz po prostu spontanicznym gestem zmęczonych żołnierzy.

Światłami, które ujrzeli zaskoczeni Brytyjczycy, były świeczki, którymi Niemcy postanowili udekorować swoje okopy, korzystając z chwilowego przestoju w wymianie ognia. Obawiali się prowokacji. Przypuszczali, że Niemcy mogą w ten sposób próbować wywabić ich z ich pozycji. Dowództwo zakazało strzelania w kierunku nieprzyjaciela, ale też zaleciło daleko posuniętą czujność.

Jednak sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli. Na niemiecką „Cichą noc” zaczęto odpowiadać po angielsku. Słysząc odzew, niemieccy żołnierze zaczęli wychodzić z okopów i kierować się w stronę przeciwników. Tamci mimo zakazu opuszczania pozycji poszli w ich ślady. Wkrótce nastąpiły pierwsze spotkania, co zapewne musiało wyglądać niczym sceny z filmów o kontaktach z przedstawicielami obcej cywilizacji. Pierwsze nieśmiałe uściski dłoni, rozmowy, przekazywanie papierosów czy wymiana adresów.

Josef Venzel z 16 Bawarskiego Rezerwowego Pułku Piechoty – tego samego, w którym w tamtym okresie służył młody Adolf Hitler – donosił w liście do rodziny, że pewien brytyjski żołnierz podpisał mu się na pocztówce. Inny zagrał na organkach. Jeszcze inni tańczyli lub dumnie paradowali w niemieckich hełmach. „Nie zapomnę tego widoku przez resztę życia” – podsumował Venzel. Nawiasem mówiąc, jego towarzysz z okopu i późniejszy kanclerz III Rzeszy ponoć jakiemukolwiek brataniu się z wrogiem był przeciwny.

Brytyjski kapral John Ferguson wspominał później, że rozmawiali, jakby znali się od dawna. Stali przed niemieckimi zasiekami z drutu kolczastego. Grupki Niemców i Brytyjczyków utworzyły się na prawie całej długości frontu. Z mroźnej ciemności dobiegały śmiechy, rozbłyskiwały zapałki, gdy Niemiec podpalał Szkotowi papierosa lub na odwrót. „Cóż za widok” – zachwycał się wzruszony Ferguson.

Wieści o rozejmie szybko dotarły do sztabów często oddalonych o kilkanaście kilometrów od linii frontu. Nie wszyscy dowódcy byli zadowoleni z takiego obrotu spraw. W końcu jednak ustalono, że na czas świąt konflikt zostaje zawieszony. Pod Ypres ucichły armaty, a delegacje oficerów obu armii wymieniły się prezentami. Niemcy ofiarowali Brytyjczykom beczkę piwa, ci zaś odwzajemnili się typowo angielskim deserem – puddingiem śliwkowym. Czas zawieszenia broni został wykorzystany na zebranie z „ziemi niczyjej” ciał poległych żołnierzy oraz ich godny pochówek.

Ale była też rozrywka. Mimo ujemnej temperatury rozgrywano mecze piłki nożnej, używając do tego piłek skleconych naprędce z tego, co akurat było pod ręką. Według zachowanych świadectw jeden z meczów zakończył się zwycięstwem Niemców nad Brytyjczykami 3 do 2. Grę przerwano po tym, jak piłka przedziurawiła się na drucie kolczastym wystającym z jednego z okopów.

Pozostali alianci obserwowali ów fenomen z rezerwą. Mimo to świadectwa mówią, że także między innymi Francuzi, Belgowie, a nawet Hindusi oraz muzułmańscy Algierczycy jednali się z dotychczasowymi nieprzyjaciółmi, których jeszcze przed wigilią gotowi byli zastrzelić bez mrugnięcia okiem. Jednak tak czy inaczej, jak zauważa brytyjski historyk i autor książki o I Wojnie Światowej Martin Gilbert – w ten czy inny sposób inicjatywa zawsze wychodziła od Niemców.

Tymczasem święta się skończyły. 26 grudnia żołnierze spod Ypres wrócili do okopów, a po oddaniu w powietrze strzałów ostrzegawczych wróciła wojenna codzienność. W niektórych miejscach walki wstrzymywano jeszcze przez kolejne dni, a nawet całe tygodnie. W kilku przypadkach wznowienie konfliktu stało się w pełni możliwe dopiero po przybyciu nowych kontyngentów żołnierzy, którzy zastąpili uczestników bożonarodzeniowego rozejmu. Od tej pory jakiekolwiek próby porozumiewania się z nieprzyjaciółmi były obarczone groźbą kary śmierci.

Według różnych szacunków w rozejmie brało udział nawet około stu tysięcy alianckich oraz niemieckich żołnierzy. Co więcej, pod koniec grudnia do spontanicznych gestów przyjaźni dochodziło także na innych odcinkach frontu zachodniego. Fala niestety nie dotarła między innymi do Alzacji, gdzie nawet w czasie świąt nie zawieszono zmagań lotnictwa. Dochodziło na przykład do ataków brytyjskich samolotów na niemieckie hangary.

Historycy, choć podkreślają niezwykłość tego zdarzenia – a właściwie, powiedzmy to sobie wprost, bożonarodzeniowego cudu – są zgodni, że już rok później podobne pojednanie nie miałoby najmniejszych szans. Rozejm zdarzył się jeszcze przed pierwszym użyciem gazów bojowych i bombardowaniami z powietrza. Z roku na rok wojna stawała się coraz bardziej bezosobowa i krwawa, a wzajemne antagonizmy – coraz głębsze. Choć mimo wszystko chciałoby się wierzyć, że tlące się wspomnienie o Bożym Narodzeniu 1914 roku uratowało kilka żyć.

Ostatni naoczny świadek owego niezwykłego pojednania, Szkot Alfred Anderson, zmarł 21 listopada 2005 roku w wieku 109 lat. W 85 rocznicę tamtych wydarzeń pod Ypres stanął pamiątkowy drewniany krzyż, a w 90 rocznicę zakończenia wojny w Freilinghien odsłonięto pomnik poświęcony uczestnikom rozejmu. Wszystkim, bez względu na narodowość, religię czy poglądy polityczne, o które zresztą wtedy chyba nikt nawet nie pytał.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.