Po śmierci Philipa Rotha

Sam już nie zliczę, ile razy zżymałem się na rytualne odprawianie internetowych egzekwii po śmierci kogoś sławnego. Ta praktyka zawsze mnie śmieszy. Świadczy o bigoterii tych, co to koniecznie muszą się pokazać, jacy to oni oblatani, jacy, ach, kulturalni, jak słuchali, oglądali, cenili. Jak to zwykła mawiać moja świętej pamięci rodzicielka: srali muchy, będzie wiosna, będzie lepiej trawa rosła. Kiedy byłem świeżo upieczonym studentem, zdarzało mi się oszukiwać, że znam książki, których w rzeczywistości nigdy nie czytałem. Raz zostałem przyłapany i nie zapomnę tej lekcji do końca życia.

Chociaż z drugiej strony, gdy umiera ktoś rzeczywiście w jakiś sposób ci bliski, kto coś dla ciebie znaczył, trudno nie pokusić się o kilka refleksji. Czy Philip Roth był dla mnie takim kimś? Po części tak, choć muszę najzupełniej szczerze wyznać, że od tego, o czym pisał, znacznie bardziej interesowało mnie, jak to robił. W przypadku kogoś, kto – tak jak ja – sam próbuje sił w literaturze, taka postawa raczej nie powinna dziwić, bo to zupełnie naturalne poszukiwanie wzorca, niemniej akurat w przypadku Rotha ów, nazwijmy go tak, techniczny aspekt jakoś wyjątkowo wysuwał mi się na czoło. Ale wrócę do tego za chwilę.

Moje pierwsze zetknięcie z twórczością Rotha odbyło się mniej więcej w tym samym czasie i miejscu, w którym poznałem Bukowskiego. Oczywiście jako jeden z tych oblatanych i, ach, kulturalnych – czy też do owej elitarnej kategorii aspirujących – zdawałem sobie sprawę, że ktoś taki istnieje. W kilku różnych słuchanych przeze mnie dyskusjach padało to nazwisko. I w końcu postanowiłem coś przeczytać. Miałem nadzieję na słynny „Kompleks Portnoya” – ludzie kulturalni i na pewnym poziomie zawsze rozpoczynają przygodę z nowym pisarzem od najbardziej kanonicznych dzieł – niestety w miejskiej bibliotece mieli akurat tylko „Mój wiek męski”.

Obcowanie z tą książką stało się dla mnie objawieniem. I to właśnie poprzez jej strukturę formalną. Fikcyjny autor-narrator, który okazuje się być alter ego innego fikcyjnego autora-narratora, który z kolei – jak przyjęło się ogólnie przypuszczać – jest alter ego prawdziwego pisarza? Serio? No tak, byłem po polonistyce, znałem główne założenia postmodernizmu i miałem za sobą przymusową lekturę kilku dziwotworów, lecz w tej powieści te piętrowe gry wydawały się tak bezpretensjonalne i naturalne, jak gdyby inaczej po prostu się nie dało.

Nie, zaraz! Coś pokręciłem. Jeszcze raz. Alter ego prawdziwego pisarza, które okazało się fikcyjnym alter ego innego fikcyjnego alter ego tegoż prawdziwego pisarza. Chyba w takiej kolejności to występowało. Nie mam tej książki w swojej kolekcji, a nie chce mi się szukać. No właśnie, i to cały Roth! Nigdy nie wiesz, gdzie zmyśla, a gdzie mówi prawdę albo sączy coś pomiędzy. Tak czy siak, historia snuje się wokół niejakiego Petera Tarnopola – młodego amerykańskiego Żyda o literackich ambicjach. Oczywiście śledzimy jego zapisane w formie pamiętnika egzystencjalne zmagania, w których główną rolę odgrywa jędzowata żona, lecz aspekt relacji pisarza z jego dziełem wysuwa się na pierwszy plan, co chyba już na zawsze „ustawiło” moją recepcję Rotha.

Zresztą jego samego ta kwestia nurtowała chyba niemal na równi z innymi podejmowanymi wątkami. Dał temu nawet wyraz w swojej rzekomej autobiografii, opatrzonej jakże mylącym tytułem „Fakty”, w której nie dosyć, że pozmyślał niektóre wydarzenia, a w najlepszym razie pozmieniał imiona części bohaterów, to jeszcze całość spiął klamrą zawierającą krytyczne uwagi od Natana Zuckermana – właśnie tego alter ego ni Rotha, ni Tarnopola – zarzucające mu kłamstwa. Może się od tego w głowie pokićkać.

Z biegiem czasu te rothowskie żonglerki, maskowane paplaniną o najróżniejszych izmach, coraz bardziej mnie frapowały. Facet tyle energii włożył w rozmycie granicy między prawdą a fikcją właściwie chyba głównie po to, by zdjąć z siebie odium autobiograficzności, a co za tym idzie – wstyd związany z obnażeniem oraz ewentualny strach przed oskarżeniami tych, którzy mogli się poczuć przez niego zniesławieni. W sumie to bardzo ludzkie. Ale czego ten biedny Roth tak się wstydził? Wyuzdanego seksu? Tego, że wdepnął w toksyczny związek i nie umiał się z niego wyplątać? Jakichś niepoprawnych rozważań?

A może tak naprawdę gdzieś w tle czaił się inny, o wiele głębszy i bardziej dojmujący strach przed własną żydowską wspólnotą, którą już u zarania swej pisarskiej kariery pokalał i która postanowiła go za to odsądzić od czci i talentu? Wszak pewnych świętych tabu się nie tyka. Nie wolno tego robić nawet współplemieńcom, nawet jeżeli spadająca na nich za to infamia to majowy deszczyk w porównaniu z tym, co za, dajmy na to, scenkę żydowskiej kopulacji z wątróbką spotkałoby goja. Choć akurat mnie doniosłe żydowskie pierepałki obchodzą mniej więcej tyle co zeszłoroczny śnieg, więc przy rzeczonej interpretacji się nie upieram.

Roth to też żywioł historii. Na pewno był znakomitym kronikarzem i celnym komentatorem przemian, jakim Stany Zjednoczone podlegały w XX stuleciu. Co ludzi takich jak ja – przez tamtejszą kulturę ukształtowanych – autentycznie może ciekawić. Dał tego świetny dowód choćby w „Amerykańskiej sielance” – jednej z bardziej przeze mnie lubianych jego powieści – w której przez kameralny rodzinny dramat pokazał destrukcyjny wpływ lewackiej rewolucji dzieci kwiatów na społeczeństwo. A też w „Ludzkiej skazie”, gdzie rozprawił się z demonami rzeczywistego rasizmu, lecz i z terrorem dominującej na uczelniach liberalnej histerii na tym punkcie.

Jednak Roth – taki, jakim go zapamiętam – to przede wszystkim literatura sama w sobie. To przekonanie, że powieści w dzisiejszych czasach mogą być czymś więcej, niż posklejaną z martwych klisz gatunkową rozrywką. A jednocześnie, że mogą być – w miarę, rzecz jasna – przystępne dla odbiorcy niebędącego pseudokulturalnym bufonem, nadymającym się nad „ambitnymi dziełami” głównie dla zaspokojenia własnej próżności i snobizmu. Roth pilnował tej poprzeczki skwapliwie.

Kilka lat temu głośno zrobiło się o jego groźbie, że zwróci swą National Book Award, jeśli to prestiżowe wyróżnienie – przyznawane dotychczas zawodnikom tej rangi co on sam, Arthur Miller i John Updike – otrzyma Stephen King. Oczywiście koniec końców nagrody nie oddał, ale, jak powszechnie wiadomo, artyści to ludzie porywczy, nadwrażliwi i miewają fumy, więc nie należy temu przydawać przesadnych znaczeń. Co nie zmienia faktu, że u schyłku życia u Rotha intelektualnej żarłoczności chyba coraz wyraźniej towarzyszyło zgorzknienie. Co objawiło się choćby w słynnej, przytaczanej często, wypowiedzi o rychłym końcu literatury.

Ciekawi mnie tylko, czy istotnie aż tak strasznie czekał na tego nobla, którego niedostanie tak wielu zdążyło opłakać z chwilą, gdy media poinformowały o jego śmierci. Pragnąłbym wierzyć, że jako leciwy, zdystansowany od szaleństw świata mędrzec miał tę zeszmaconą i do cna skompromitowaną błyskotkę najserdeczniej w dupie. No ale z drugiej strony, skoro nawet taki buntownik i nonkonformista jak Robert Allen Zimmerman się złamał… A co poza tym? Wiadomo: Newark, Newark, Newark, Żydzi, Żydzi, Żydzi. I to wszystko wyjaśnia.

Polecam również

1 thought on “Po śmierci Philipa Rotha

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.