Roberto Bolaño rozlicza Pinocheta

Niewątpliwie do najbardziej wykwintnych rozterek mieszkańców pierwszego świata należy ta, którą książkę przeczytać, gdy ma się do wyboru dwie i obie mniej więcej tak samo kuszą. Stanąłem ostatnio przed owym fundamentalnym pytaniem. Znajomy pożyczył mi „Uległość” wiadomo kogo oraz niewielką objętościowo powieść, właściwie nowelę, „Gwiazda daleka” autorstwa chilijskiego pisarza Roberto Bolaño. O Bolaño wcześniej nie słyszałem nic, a jeśli nawet jego nazwisko obiło mi się o uszy, to już zdążyłem zapomnieć. Musiałem stoczyć ze sobą ciężką walkę, by jednak odłożyć „Uległość” na później.

Houellebecq wydawał się opcją aż nazbyt oczywistą. Poza tym choćbym nie wiem jak się zarzekał, że chcę jego najnowsze dzieło skonsumować dla walorów literackich – a mam z nim swoje przepychanki od pewnego czasu – nie ma co kryć, że uczyniłbym to też z pobudek… no po prostu z pobudek politycznych. Czy pierwszego francuskiego mizogina i islamofoba da się w ogóle czytać inaczej? Jakoś wątpię. Polityczny, choć nie aż tak wprost, był już przecież w swoim debiutanckim eseju o Lovecrafcie. Natomiast co do Bolaño – cóż, miałbym wyrzuty sumienia, że przedkładam doraźne impulsy nad ciekawość nieznanego lądu. Houellebecqowi od tego nie ubędzie, a mój lekturowy horyzont może tylko zyskać.

Wiem, że nie przeczytam ani nie obejrzę wszystkiego, lecz jednak mam taki imperatyw, żeby poznać tyle, ile się da. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku cały dorobek ludzkiej kultury okaże się pyłem wobec jednego tchnienia wieczności. Nie mówiąc o tym, że gdy zacząłem się przeklikiwać przez Internet w poszukiwaniu szczegółowych informacji, odkryłem, że Bolaño należy do czołówki pisarzy latynoamerykańskich. Więc dodatkowo doszedł jeszcze wstyd, że mając okazję się z nim zaznajomić, mógłbym z niej nie skorzystać. Zwłaszcza że kolega go mocno zachwalał.

roberto_bolano

Gdy zacząłem czytać, a jeszcze bardziej gdy skrolowałem kolejne witryny, narastały we mnie coraz silniej dwa odczucia. Pierwsze, ściśle odnoszące się do samej postaci autora, było takie, że prawdopodobnie nie zdołałbym go polubić. A drugim, związanym już konkretnie z treścią „Gwiazdy”, choć po części też z osobą autora, był zawód. Owszem, zawód. Nie tyle książką, co raczej faktem, że kolega ewidentnie, choć oczywiście nieświadomie, wprowadził mnie w błąd, zarysowując pokrótce fabułę oraz przedstawiając powody, dla których, według niego, mogłaby mi się spodobać. Z jego słów wynikało, że jest to opowieść o artystach, coś jakby inside look w życie cyganerii. Rzeczywiście uwielbiam takie historie. Uniwersytet, warsztaty literackie, iluzja, że cały świat egzystuje na ciągłym intelektualnym haju – no, te sprawy.

Książka Bolaño naprawdę o tym jest. Narratora i jego przyjaciół poznajemy jako uczestników warsztatów poetyckich. Naprawdę żyją tak, jakby poza literaturą nie istniało nic ważniejszego i – jak w takich opowieściach bywa – kluczowym zdarzeniem w ich grupie jest pojawienie się kogoś nowego. Tu jest nim niejaki Alberto Ruiz-Tagle – młodzian intrygujący i tajemniczy, poeta-nie-poeta, który ma oczy jakby należące do kogoś innego, a własną twórczość traktuje jak gdyby wyszła spod obcej ręki. Kobiety za nim szaleją, mężczyźni go nienawidzą. Czysty samograj.

Gdyby „Gwiazda” powstała w USA, a jej autorem był Philip Roth, Jeffrey Eugenides czy też, dajmy na to, Michael Chabon, byłoby to świetnym punktem wyjścia do zaprawionej seksem i wysokogatunkowym humorem obyczajówki o liberalnych intelektualistach pływających sobie w akademickim akwarium. Tylko że to jest, proszę państwa, Ameryka Południowa, a Roberto Bolaño to pisarz do szpiku uformowany przez tamtejsze warunki. Oczywiście sprowadzanie wszystkich wywodzących się stamtąd twórców do jednego wspólnego mianownika to spore nadużycie. Tym bardziej w wykonaniu kogoś, kto, tak jak ja, zaledwie liznął ich co bardziej reprezentatywnej śmietanki. Na pewno nie wszyscy piszą w konwencji realizmu magicznego – Bolaño z pewnością nie – ale, i tu chyba jednak znawcy się ze mną zgodzą, znakomita ich większość, w każdym razie tych z pokolenia Bolaño, jest ukąszona polityką.

„Gwiazda daleka” to powieść nie tyle może stricte polityczna, co raczej rozliczeniowa. Jest to zresztą – jak wynika z materiałów w sieci – nader charakterystyczny trop twórczości Bolaño. Pomijając fakt, że już od wczesnej młodości był radykalnym trockistą – podobnie jak bohater książki oraz jego towarzysze z bohemy, na czele z prowadzącym warsztaty Juanem Steinem, który szczyci się pokrewieństwem z generałem Czerniachowskim – silne piętno na jego życiu wycisnął pucz Augusto Pinocheta. Jego ślad znajdziemy też na kartach „Gwiazdy”.

Dla pełniejszego uchwycenia istoty książki warto w telegraficznym skrócie przypomnieć, na czym polegał zamach stanu z 1973 roku. Jego bezpośredni cel stanowiło obalenie prezydenta Salvadora Allende i jego skrajnie lewicowego rządu, który zaprowadził w Chile coś na kształt quasi-komunizmu. W ciągu trzech lat, jakie upłynęły od wyboru Allende do przejęcia władzy przez wojskową juntę pod dowództwem Pinocheta, znacjonalizowano mnóstwo prywatnych przedsiębiorstw, w ramach reformy rolnej dokonano parcelacji gigantycznych połaci ziemi, a ceny oraz płace były centralnie sterowane, co, mimo początkowej poprawy sytuacji ludności, doprowadziło kraj do ekonomicznej ruiny.

W momencie, gdy zbuntowana armia planowała pucz, nastroje były już tak rozwibrowane, że Allende zamierzał ogłosić plebiscyt, w którym naród miałby się opowiedzieć, czy chce jego ustąpienia. Nie zdążył. Rankiem 11 września wojsko wkroczyło do stolicy. W wyniku walk już pierwszego dnia zginęło kilka tysięcy ludzi, zaś Allende najprawdopodobniej popełnił samobójstwo w oblężonej rezydencji. Piszę „najprawdopodobniej”, gdyż ta kwestia, mimo zbadania zwłok w latach 90, wciąż pozostaje sporna.

U Bolaño te wydarzenia odbijają się pozornie dalekim echem. Już niebawem rozpoczyna się bowiem fala masowych aresztowań – do niewoli trafia także narrator, co nosi wyraźne piętno autobiograficzne – a uczestnicy warsztatów poetyckich rozjeżdżają się bądź giną bez śladu. I tu na scenę ponownie wkracza Ruiz-Tagle. Tym razem już pod prawdziwym nazwiskiem jako Carlos Wieder – pilot sił zbrojnych i pupil reżimu. Błyskawicznie zyskuje sławę oraz status bożyszcza tłumów dzięki spektakularnym pokazom lotniczym, podczas których wypisuje na niebie wzniosłe nacjonalistyczne slogany. Później wychodzi na jaw, że był również masowym mordercą, czerpiącym profity z usankcjonowanej przez nową dyktaturę przemocy.

Uwidacznia się tu, przynajmniej w mojej ocenie, konstytutywna dla tej powieści antynomia. Zderzony w niej zostaje czyn i bezczyn, działanie i bezruch. Bo Wieder to nie tylko symbol zła totalitaryzmu Pinocheta, ale też herold nowej poezji, której powstanie zapowiadał jeszcze przed puczem. Hitler w „Mein kampf” opisywał, jak pogardzał komunistami w równej mierze za ich ideologię, ale też i za to, że byli zbyt tchórzliwi, by swe rewolucyjne koncepcje przekuć w czyn. Tutaj jest coś podobnego. Z jednej strony grupka szermujących szczytnymi hasłami awangardzistów, którzy wszelako na gadaniu poprzestają, a z drugiej on – artysta mocy, nie teoretyk rewolucji, lecz jej sprawca.

Gdy teraz się nad tym głowię, zaczynam mieć coraz większy zgryz, co Bolaño tak naprawdę chciał powiedzieć. Stawiał przed artystycznym trybunałem Pinocheta za tortury, potrzaskane życiorysy i zniszczony kraj, czy może jednak dawał do zrozumienia: hej, byliśmy za słabi, to my powinniśmy bazgrać po chmurach i wyrąbywać krwią nową jutrzenkę. A może pytał o sens karania zbrodniarza, skoro sprawiedliwość i tak wymierzył mu już los. Albo wszystkiego po trochu. Spory wachlarz możliwości jak na kogoś, kto uważał się za dandysa i poetę, a po prozę sięgnął jedynie po to, by – jak podkreślał w wywiadach – zapewnić rodzinie materialny byt. Chyba zresztą z marnym skutkiem.

Zadziwiające są korelacje literatury z polityką u południowoamerykańskich pisarzy. Choćby kuzynka prezydenta Allende – Isabel. Buzuje w tym jakaś nie do końca chyba zrozumiała dla Europejczyków namiętność. U Bolaño jej najwyższym, w pewnym sensie diablo doskonałym wcieleniem jest Wieder. Lecz poniekąd również i Stein, który w końcu przechodzi od słów do działania, przyłączając się do sandinistowskiej partyzantki i dzięki temu czując się godnym pamięci o wuju. Reszta może tylko marzyć. Albo zgnić w zbiorowej mogile.

Polecam również